Chapters

 Życie nigdy nie stało w miejscu, zawsze coś się działo. Raz było dobrze, raz źle, ale ja nigdy nie zrażałam się niepowodzeniami. Szłam dalej z uniesioną głową, sprawiając wrażenie, że wszystko jest w porządku. Przecież musiało być, tego ode mnie wymagano. Od teraz wszystko się zmieni, JA się zmienię... muszę to zrobić. Dla siebie i dla niego. Może przez to znowu go odzyskam.


Fall in love with that moment
- Więc do zobaczenia, proszę pana - to moje ostatnie słowa, zanim wychodzę z biura. Mijam się z nieznajomą brunetką, która również po chwili wychodzi i podąża razem ze mną. Czuję na sobie wzrok każdej kobiety, mającej nadzieję na pracę. Odebrałam im ją, teraz to ja jestem górą. Ja mam przewagę. Naciskam guzik windy, a do moich uszu dochodzi jeszcze głos brunetki, informujący o wyborze jednego z jej szefów... od kilku sekund też mojego. Pozostałe gniewnie na mnie spoglądają. Widać, że mają ochotę rozszarpać mnie na strzępy, lecz już za późno. Drzwi windy się zamykają, a ja zjeżdżam na dół. Jestem sama. Dopiero wtedy uśmiech wkrada się na moją twarz, cała promienieję. Dzisiejszy dzień należy do wygranych. Coś mi się udało. Pierwszy raz od dłuższego czasu.

There is a obstacle to overcome
Jedno mogę o nim powiedzieć, to naprawdę w porządku człowiek. Nie jest typowym biznesmenem – wstrętnym gburem, dla którego liczą się tylko pieniądze, kupno nowego jachtu, odrzutowca, czy własne ego, powiększające się z każdą chwilą. Jest naprawdę miły, zabawny i inteligentny. Nie traktuje mnie jak równą sobie. Nie jak sekretarkę, podwładną czy kogoś gorszego.
- Nigdy nie pomyślałabym, że pan…
- Nie pan, po prostu Dylan! – upomina mnie. – Nie lubię, kiedy ktoś z firmy mówi do mnie per pan, to postarza – mruczy niezadowolony, mam ochotę się roześmiać, ale to chyba nie stosowne.
- A więc, Dylan… nigdy nie pomyślałabym, że coś takiego zrobicie – przyznaję zaskoczona.

Nightmare even for the day
Widzę go. Wraca właśnie ze spotkania. Ubrany w ciemne spodnie i jasnoniebieską koszulę, a marynarkę trzyma w ręce. W drugiej znajduje się jego telefon, przez który żywo konwersuje. Chyba jest zdenerwowany. Mija mnie, posyłając w moją stronę ciepły uśmiech, odwzajemniam. Zanim znika w gabinecie, słyszę, jedno zdanie, którym obdarza rozmówcę.
- Rebecca, nie przesadzaj i nie rób afery o byle co! – jest spięty, widzę to.
Czyli rozmawia z nią, mogłam się domyślić. Ciekawi mnie tylko, dlaczego się kłócą. To znaczy z tego, co usłyszałam, mogłam tak wywnioskować.
Znielubiłam ją jeszcze bardziej po naszym wczorajszym spotkaniu, ta kobieta mocno działa na moje skołatane nerwy. Mam dość tej blondyny, jej obecność to chyba jedyny minus tej pracy.

Talk is what we need
- W porządku? – pyta Christian. Nawet nie zauważam, kiedy do mnie podchodzi. Wyrywam się z transu, przyklejając na twarz sztuczny uśmiech i kolejną maskę złudnej pewności siebie. Mam już tego dość.
- Najlepszym – kłamię nie mrugnąwszy nawet okiem. Powoli się łamię, chcę wykrzyczeć całą prawdę, by reszta dowiedziała się, co tak naprawdę we mnie drzemie.
Ten potwór wie, gdzie jestem, znowu mi coś zrobi! A ja znowu zostanę sama, nienawidzę go, Christianie! I nie, nic nie jest w porządku!
- Pozwól jeszcze na chwilę – ruchem ręki zaprasza mnie do swojego biura.
Jeśli mam być szczera, przyznaję, że okropnie się boję. Co ja mu powiem? Wszystko, byleby nie prawdę. Nie poradzę sobie z tym, jestem przecież za słaba.
Przegram.

This is how we do the party
 - Czyżbym cię zawiodła? Jakże mi przykro… – wypluwam, siląc się na sztuczny uśmieszek.
  - Mieszkasz sama? - wypala nagle. Ostatkiem silnej woli powstrzymuję świerzbiącą pięść przez dotknięciem jego zadartego nosa. Wykonuję krok bliżej niego, krzyżując ręce na piersi. Nerwowo przygryzam wnętrze policzka i niemal czuję w ustach metaliczny posmak własnej krwi. Nieprzyjemne uczucie.
  - Tak -  odpowiadam krótko. – Nie zauważyłeś, nikogo innego tu nie ma?
  Ty szowinistyczny dupku, jak myślisz, dlaczego?
  - Cieszę się, wyszło ci to na dobre - sili się na czuły uśmiech. Nie udawaj, że zależy ci na moim dobrym samopoczuciu, bo nigdy ci nie uwierzę.

Never again
- Chris, strasznie cię przepraszam – odpowiadam zmieszana. – To się więcej nie powtórzy…
  - Wiem, że nie – rzuca. – Każdy ma złe dni, ale ty… jesteś blada i ciągle chyba jeszcze śpisz. Ciężka noc?
  Chciałabym się uśmiechnąć, ale nie potrafię tego uczynić. Nieśmiało jedynie przytakuję i wręcz czuję, jak moje policzki stają się czerwone. To niemożliwe, by mężczyzna potrafił mnie onieśmielić zaledwie jednym spojrzeniem.
  - Można tak powiedzieć…
  - Przydałby ci się kubek mocnej kawy – zauważa, na co obdarzam go zawstydzonym uśmiechem. – Co powiesz na tą kawiarnię niedaleko?
  Potrzebuję chwili, by całkowicie przyswoić sobie jego słowa. Chce iść ze mną na kawę. Ze mną… i to teraz. Ja i on.

 Too much love can hurt you
- Anastasio, proszę, byś swoje prywatne sprawy załatwiała po pracy – szorstki głos Christiana obija się o moje uszy. Momentalnie wstaję z miejsca i uśmiecham się w jego stronę. On jednak pozostaje obojętny. Nie odczytuję żadnych emocji. Jest na mnie zły przez ten telefon?
  - Ja… przepraszam – dukam nieśmiało, spuszczając wzrok w dół.
  Zostawia mnie samą i znika za drzwiami swojego biura. Mogłam powiedzieć Toby’emu, że jestem zajęta… ale nawet nie przeszło mi to przez myśl. Tak bardzo cieszyłam się, że mogłam z nim porozmawiać. Nie zwróciłam uwagi na to, gdzie się znajdowałam. Nie powinnam była, wiem to.
  Postanawiam więc to naprawić. Z niewiadomych przyczyn ogarnia mnie strach.

My own guardian
Po około pięciu minutach znowu mogę zobaczyć Stellę. Zamiast wrócić do pracy, podchodzi do mnie i krzyżuje ręce na piersi. Uważnie mi się przygląda, jakby próbowała ocenić. Tylko po co? I tak nigdy nie będę taka jak ona. Jest pewna siebie i wie, czego chce, wytrwale do tego dąży. Mi tych cech brakuje. Nie wiem więc, dlaczego tak na mnie patrzy. Jakby ze złością.
  - Co to było? - syczy przez zaciśnięte zęby. Może to niepoprawne, ale uśmiecham się i unoszę wzrok znad papierów, które mam przeanalizować.
  - Rozmowa?
  - Każda wasza rozmowa tak wygląda? - dalej wierci mi dziurę w brzuchu. Gdyby tylko weszła parę minut wcześniej, nie byłaby zadowolona.

Who is laughing now?
 Wszystkie trzy uśmiechamy się na widok szatyna rozmawiającego z Sophie. Po niej również nie widać ani śladu wczorajszego wypadu. Ciekawe jak u Clarie, ona chyba odrobinę przesadziła...
  - Ana, pozwól na chwilę - mówi, lustrując moje ciało wzrokiem od stóp do głowy. Nie uchodzi to uwadze Stelli, która patrzy na mnie z ukosa. Ignoruję ją i udaję się do biura razem z mężczyzną.
  Zajmuję miejsce naprzeciwko niego.
  - O co chodzi?
  - Sprawy się trochę pozmieniały i to ja muszę być w Miami... a właściwie my - poprawia natychmiast. - Nie masz nic przeciwko temu?

Like a champion
- Tak się złożyło - mruczę, wbijając wzrok w drzwi windy. Mam nadzieję, że nie kieruje się na ostatnie piętro, bo chcę jak najszybciej stracić go z pola widzenia.
Na szczęście już po minucie mamy towarzystwo. Kobieta z czarnymi jak noc włosami uśmiecha się w stronę Kevina, mnie zaszczycając krótkim spojrzeniem. Jest śliczna. Ba, piękna, w czerwieni jej do twarzy. Zajmują się pogawędką o wczorajszym wieczorze, który dla obojga był interesujący, dzięki czemu ja mogę wykonać krok do tyłu i udawać, że nie istnieję. To o wiele prostsze i czasami żałuję, że nie mogę tego robić częściej.
Nie byłoby problemów, zmartwień i kłopotów. Nie byłoby tych dziesiątej błędnie podjętych decyzji. Nie byłoby mnie. Czyż to nie przyjemna perspektywa?

Get ready for new adventures
  - To są chyba jakieś żarty – warczę cicho, lecz i tak nie uchodzi to jego uwadze. On sam również nie tryska optymizmem. Podczas tych trzech dni miałam odpocząć od widoku twarzy Brody’ego. A dzieli nas niecałe dziesięć metrów.
  Los chyba już nie może bardziej sobie ze mnie zakpić. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.
  - Panno Crawford, tym razem, proszę, żadnych artykułów piśmienniczych – szepcze, by nikt nie usłyszał naszej krótkiej rozmowy. Mimowolnie się uśmiecham i potakuję, posyłając mu rozbawione spojrzenie. Dopóki będę obok szatyna, Carlson nie odważy się zrobić niczego głupiego.
  Boi się go, widać to na kilometr. Dla mnie to dobrze, nawet bardzo dobrze. Obędzie się bez nieprzyjemnych sytuacji. Przynajmniej taką żywię nadzieję.

Nothing I can do
  - Powinienem? – unosi brwi i posyła mi kokieteryjny uśmiech. Sama się sobie dziwię, ale tak, powinien i to jak najszybciej. Ja zresztą też.
  W pośpiechu otwieram drzwi, a szatyn patrzy na mnie osłupiały. Nie często jakaś kobieta jest w stanie mu odmówić, więc chyba nie jest do tego przyzwyczajony. Pod tym względem jestem wyjątkowa.
  W ostatniej chwili odwracam się i lekko muskam jego usta, czym nas oboje wprawiam w niemałe zdziwienie. Nie rozumiem, skąd bierze się u mnie ta nadzwyczajna pewność siebie.
  - Do jutra – mówię po raz kolejny i zamykam mu drzwi przed nosem. Opieram się o ścianę, dotykając swoich ust. Właśnie zrobiłam prawdopodobnie jedną z najbardziej nieprzemyślanych, ale też przyjemnych rzeczy w życiu.
  Pocałowałam Christian’a Brewer’a.

Forget about your mistakes
  Szatyn zbiera myśli, jakby układał w głowie specjalną przemowę. Te sekundy ciągną się w nieskończoność, mam dość czekania na odpowiedź.
  - Przepraszam, Ana – chyba nie do końca tego oczekiwałam. – Naprawdę nie wiem, co mnie napadło. To był jakiś głupi impuls. Nie powinienem był. Nie jesteś zła?
  Jak mogłabym być zła, Christianie? Może tylko na siebie, ponieważ ciągle zaprzątam sobie głowę tym incydentem. Żadne z nas nie nazywa tego po imieniu. Pocałowaliśmy się. Należy to jednak do rzeczy wczorajszych, nic nieznaczących. Niech tak pozostanie, wyjdzie nam to na dobre.
  - Zapomnijmy o tym, dobrze? Nie byliśmy wczoraj sobą – zauważam.
  - Jak pani sobie życzy, panno Crawford – sili się na żartobliwy ton. Oddycham z ulgą, gdy niezręczny temat zostaje wyczerpany. Żadne z nas nie zamierza dłużej tego ciągnąć.

Better than everybody
  - Co masz zamiar z tym zrobić?
  - Na razie będziemy go obserwować, może to po prostu nieścisłości księgowego, ale jeśli sytuacja się powtórzy, wybierzemy się tam osobiście i to sprawdzimy.
  Imponuje mi jego stanowczość w podejmowaniu decyzji. Bez względu na wszystko zachowuje zimną krew i otwarty umysł, nie działa pochopnie. Nie podoba mi się jednak koncepcja prawdopodobnego wyjazdu. Jeszcze dochodzę do siebie po ostatnim, więc nie będzie to właściwe posunięcie, jeśli chce, bym mu się tam na coś przydała. Biorę głębszy oddech, nerwowo kreśląc długopisem po kartce papieru i obserwuję jego szyderczy uśmieszek. Wie doskonale, co zaprząta w tej chwili me myśli.
  Jasna cholera, o to mu właśnie chodzi.

Family issues
 - Ana, skup się! Mówię ci już piąty raz.
  Jeśli już coś złego musi dziać się w moim życiu, dzieje się natychmiastowo, niosąc za sobą opłakane skutki. Przed Panem Wszechwiedzącym nic nie jest w stanie się ukryć, nawet zmiana nastroju. Bywa to uciążliwe, zawsze potrafi mnie rozgryźć. Zaczyna być to lekko przerażające.
  - Tak, przepraszam – dukam nieśmiało, besztając się w duchu za swoje roztargnienie. Problemy osobiste powinnam zostawiać w domu, a nie komplikować nimi spraw firmy. Jak można łatwo zauważyć, jestem wprost idealną sekretarką. Dziwię się, że Christian ma jeszcze siłę i ochotę tracić czas na coś takiego jak ja.
  - Wyglądasz inaczej. Coś się stało? – obrzuca mnie swym zaintrygowanym spojrzeniem, przez co odczuwam nagłą chęć, by zapaść się pod ziemię. Nienawidzę, gdy ludzie się nade mną litują… jakbym ciągle była małą dziewczynką, na którą nieustannie trzeba zwracać uwagę, by nie zrobiła niczego głupiego.
  Wyśmienicie bawicie się tam na górze, prawda?

Shouldn't have been there
  - Kevin, ja… dzisiaj też nie mogę – tłumaczę, lecz wiem, jak głupio musi to brzmieć. Na nic się to nie zda, on nie zamierza odpuścić, słyszę to w jego głosie. W innych okolicznościach może i bym się zgodziła, lecz teraz wolałabym się nie ruszać z domu na krok.
  - Nie kupuję tego, mała – odpowiada zadziornie. Nie podoba mi się to. – To jak? Adres znam – wolę nawet nie pytać, skąd uzyskał takowe informacje. Szpiegowanie współpracowników nie jest przypadkiem nielegalne? – Przyjadę za godzinę, dobrze?
  - Ale… - moja dalsza wypowiedź nie będzie mieć żadnego większego sensu, więc nawet jej nie kontynuuję. I tak postawi na swoim. Za sześćdziesiąt minut zobaczę go w progu i raczej nie uśmiecha mi się jego spotkanie z moją matką. A wiem, że w przypadku kolejnej odmowy musiałabym spędzić z nim czas tutaj. Nie, to absolutnie nie wchodzi w grę. – Zgoda, będę gotowa. Do zobaczenia.

Don't judge a book by its cover
  Albo nie jestem w tym dobra, albo jakaś nadnaturalna siła się na mnie uwzięła. Chyba jedno i drugie. Wczoraj udawało mi się go unikać. Za każdym razem, gdy go widziałam, od razu miałam do zrobienia coś na drugim końcu piętra… lub budynku, zależało od mojego nastroju. Tym razem jednak nie mam możliwości, by zasłonić się jakąkolwiek rzeczą do zrobienia.
  - Bądź silna – szepczę do samej siebie, a sekundę potem staję twarzą w twarz z Martinem.
  - Jak to jest, że wczoraj ani razu cię nie widziałem? – pyta na wstępie, chcąc pocałować mnie w policzek. W porę reaguję i cofam się do przodu. Jest zdekoncentrowany, lecz w żaden sposób tego nie komentuje. – Chciałem dać ci trochę czasu, dlatego nie dzwoniłem. Ale mam nadzieję, że tym razem nie dasz tak długo się prosić, prawda?
  - Prosić o co? – udaję głupią, jednocześnie obmyślając plan, jak taktownie wyjść z tej sytuacji. Wiem, o co mu chodzi, ale ja nie chcę kolejny raz się z nim spotkać. Nie po tym, do czego dopuściłam. 

The worst way to survive
  - Nic się nie stało, spokojnie – mówi rozbawiony moją reakcją. – Tak na spotkanie nie pójdę, więc wyręczy mnie Dylan, nie musisz się martwić.
  - Ale to moja wina, jestem do niczego. Odkupię ci ją, obiecuję – dodaję, nie przestając czyścić ubrania. Dotykam jego torsu, chyba każdy mięsień na nim jest spięty. Bez częstych wizyt na siłowni taki efekt byłby niemożliwy. W miejscu, gdzie koszula jest mokra, materiał przylega do jego cudownego ciała. Boże, grecki bóg mógłby pozazdrościć.
  - Jesteś urocza – stwierdza, chwytając za mój podbródek. Muszę na niego patrzeć, choć staram się odwracać wzrok. Nie mogę spojrzeć mu w oczy, nie mogę! Ulegnę.
  - Przepraszam, ja… - chcę coś powiedzieć, lecz odbiera mi języka w ustach. Ta fabryka czekolady właśnie badawczo mi się przygląda. Chcę wiedzieć, co on myśli, co czuje… chcę go mieć. Ale to niemożliwe marzenia, które nigdy nie znajdą spełnienia w rzeczywistości. Jestem dla niego nikim, zwykłą podwładną.

Impossible is possible
- Panno Crawford, niesamowita z pani kokietka – mruczy, uśmiechając się chytrze. Najchętniej starłabym ten jego uśmieszek. – Powinienem coś z tym zrobić.
  - Przykro mi, panie Brewer. Mam dużo pracy… może kiedyś – rzucam niedbale, wyślizgując się z jego ramion. Zeskakuję z biurka i rozglądam po pomieszczeniu, nie wiem, dlaczego to robię, ale coś mi nakazuje. Jakbym bała się, że jednak nie jesteśmy tu sami, że ktoś przez cały czas nas obserwuje, a co najgorsze, za chwilę wpadnie tu Rebecca i zmiesza mnie z błotem. Tak, tego boję się najbardziej.
Wychodzę z biura, zostawiając Christiana w całkowitym osłupieniu. Dobrze mu tak. Czuję na sobie jego wzrok. Odwracam się ostatni raz i mrugam porozumiewawczo jedną powieką, na co uśmiecha się szelmowsko.
  - Dokończę to, co zacząłem. Bądź pewna.
  - Trzymam cię za słowo – kończę, zamykając za sobą drzwi.

Be careful what you wish for 
  - Zamierzasz mnie teraz unikać?
  Dotyka mojej dłoni. Z początku chcę się cofnąć, lecz w ostateczności mu na to pozwalam. Tyle jeszcze jestem w stanie znieść.
  - Nie wiem – przyznaję szczerze. Pogubiłam się w tym wszystkim, muszę to jakoś poukładać, zanim będzie za późno.
  - Annie, ja… ja nie chciałem, żeby tak wyszło. Przepraszam cię – wygląda to tak, jakby żałował. Ale czego? Tego, że mnie wykorzystał, czy tego, że mam wyrzuty sumienia. – Chcesz, żeby nasza relacja opierała się tylko na kontaktach czysto zawodowych?
  - Właśnie tak to powinno wyglądać, Christian! – prawie krzyczę. Nie mam siły dłużej z nim rozmawiać, za chwilę może stać się coś, czego będę żałować. Znowu. – Jestem twoją sekretarką, a nie panienką do łóżka, kiedy znudzi ci się towarzystwo Rebecki.

Afraid of your of mind 
  Wyciąga z tylnej kieszeni spodni swój telefon, wybierając numer. Patrzę na nią zdezorientowana i zamierzam zapytać, do kogo dzwoni, lecz w porę przykłada mi wskazujący palec do ust na znak, bym w dalszym ciągu pozostała cicho.
  - Dzień dobry – uśmiecha się, gdy po drugiej stronie ktoś się odzywa. W pewnej chwili zasłania głośnik dłonią. – Z pepperoni czy bez?
  - Co? – marszczę brwi.
  - Racja, też nie lubię – odpowiada, powracając do telefonicznej rozmowy. – No to tak. Duża pizza bez pepperoni, ale upchnijcie tam jakiegoś kurczaka lub coś w tym stylu. I ser. Duużo sera, ale tak naprawdę bardzo dużo. I oliwki. Ale bez ananasa. Nienawidzę ananasa w pizzy. I paprykę. Wspominałam o serze?
  Wszystko wskazuje na to, że ma zamiar spełnić swoje groźby sprzed paru chwil. Podaje komuś mój adres, nie kryjąc swojej radości. Gdy kończy konwersację, spogląda na mnie rozbawionym wzrokiem i zaciera ręce.
  - Będę cię karmić, Crawford.

Got a secret, can you keep it? 
  Wplątuję palce w nieco zmierzwione włosy, delikatnie pociągając za końcówki. Co z tego, że zaledwie parę godzin temu tkwiłam w jego ramionach? Ciągle chcę tylko więcej i więcej.
  - Hola, hola – odnajduję w sobie na tyle samozaparcia, by go powstrzymać, gdy sprawy zaczynają brnąć za daleko. – Chodzi mi o jedzenie.
  - A widzisz, mi nie.
  - A widzisz, mi tak – odpowiadam zawadiacko i powracam do poprzedniej czynności. Christian ostatecznie daje za wygraną. Całuje mnie w tył głowy i informuje, iż idzie się ubrać. Jeśli mam być szczera, wcale nie musi tego robić. Wystarczająco dobrze wygląda bez zbędnego nakrycia.
  - Za chwilę oddam ci koszulę! – krzyczę za nim.
  - Spokojnie, sam ją sobie odbiorę.

  - Zależy ci na nim – stwierdza po wysłuchaniu moich pretensji do całego świata.
  - Ale jemu na mnie nie – odpowiadam, spuszczając wzrok na swoje splecione palce. – Nie tak, jakbym chciała. I oto właśnie chodzi.
  Kobieta przeczesuje włosy i przekłada je na prawą stronę. Przez moment analizuje każde słowo, zbiera myśli, układając w głowie odpowiedni scenariusz.
  - Nie obraź się, ale nie powinnaś w ogóle w to wchodzić – mówi po chwili, odkładając talerz na stolik. – Ten wasz pseudo związek niszczy cię od środka, nie widzisz tego? Seks bez zobowiązań o niekoniecznie twoja rzecz. Jesteś zbyt wrażliwa, a ten niewyżyty dupek chyba tego nie widzi – chcę wtrącić coś od siebie, lecz ucisza mnie gestem ręki. – Dobrze ci radzę, zakończ to tak szybko, jak tylko możesz.

Wish you were here 
  - Tylko mi tam spokojnie – ostrzega.
  - Nie obiecuję – odpowiadam cicho, pociągając za jego dolną wargę, a następnie delikatnie całuję. – Ewentualnie poderwę jakiegoś barmana, wielkie rzeczy.
  - Nie wydaje mi się, królewno. Ale powiedz mu, że może sobie porozmawiać ze mną.
  Doskonale wie, iż jedynie żartuję, mimo to wydaje się być tym faktem nieco skonsternowany. Nie chce, by kręcili się obok mnie inni mężczyźni, co jednak jest nieuniknione. Przynajmniej dzisiaj. Czasem zachowuje się tak, jakbym miała stanowić jego osobistą własność, której nikt niepożądany nie może nawet dotknąć. Sęk w tym, że ja nie jestem rzeczą. Mogę robić to, co chcę i kiedy chcę, a Christiana jedynie o swoich planach informować.

Come here to enjoy 
- Żartujesz sobie? Jest już późno, nie wypuszczę cię stąd.
Na pewno nie wybiła jeszcze dwudziesta druga, więc nie rozumiem, o co mu chodzi. Nie jestem małą dziewczynką, mogę samodzielnie chodzić wieczorem po ulicach bez ryzyka porwania przez jakiegoś pedofila z Queensbrigde. Poza tym posiadam samochód, więc dotrę do swojego mieszkania szybko i bezpiecznie.
- Nie zrozum mnie źle, ale chcę już się położyć.
- Dobrze ci w mojej koszuli, więc nie widzę problemu – uśmiecha się prowokacyjnie, przez co lekko uderzam go w prawe ramię. – Hej, będę grzeczny.
Przez moment rozważam otrzymaną propozycję. Skoro mówi, że nie będzie niczego próbował, chyba mogę na nią przystać. Nie zrobi niczego wbrew mnie… prawda?
- Trzymam cię za słowo, Brewer.

On the way to wonderland 
- Porywam cię gdzieś – zawiadamia. – Wprawdzie tylko na dwie noce, ale powinno ci się spodobać, zapewniam.
- Gdzie dokładnie?
- Gdybym ci powiedział, nie byłoby niespodzianki – momentalnie markotnieję. Mimo że Christian na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie jest seryjnym mordercą i tak mam ku temu lekkie obiekcje. Jeszcze nigdy nigdzie razem nie wyjeżdżaliśmy, nie licząc oczywiście konferencji w Miami.
Razem. Ciekawie brzmi, kiedy powtarzam to w głowie.
- A może jednak? – zadaję kolejne pytanie, lecz i tak nie doczekuję się odpowiedzi. – Jaką mam pewność, że nie okażesz się być psychopatą?
- Niestety, żadnej. Ale to nawet lepiej dla mnie.

Who I am to disagree? 
- Nie powinnaś tego robić, kochanie.
Gwałtownie przyciąga mnie w swoją stronę, a nasze ciała się stykają. Posyłam mu kokieteryjny uśmieszek, oczekując jego reakcji. Zdaje sobie sprawę z faktu, że nie ma na co liczyć, lecz to w żadnym wypadku nie powstrzymuje go od posunięcia się krok dalej. Ręce mężczyzny schodzą nieco niżej, aniżeli powinny. Wprawdzie ani trochę mi to nie przeszkadza, lecz nie zamierzam dać mu tej satysfakcji, mimo iż jest to wyczynem wyjątkowo trudnym. Przy użyciu ostatków silnej woli szybko wyplątuje się z jego uścisku i ciągnę go do środka.
- Mówiłeś coś o jedzeniu, prawda?
- Dopadnę cię dzisiaj, bądź pewna – szepcze mi wprost do ucha, przez co całe moje ciało przechodzą przyjemne dreszcze.
- Mam taką nadzieję.

Fears come true 
  - Nie mów tak - proszę, rozpaczliwie łapiąc go za rękę.
  - Zostaw mnie, ty suko - brutalnie odpycha moje ciało od siebie, prawie się przewracam. Widzę go takiego pierwszy, ale zapewne ostatni raz… nasze drogi teraz całkowicie się rozejdą. – Wypierdalaj z mojego życia i nigdy nie pokazuj mi się na oczy.
   Chwyta mocno mój łokieć i jak gdyby nigdy nic wyrzuca za drzwi. Zamyka mi je przed nosem, a donośny trzask jeszcze długo brzęczy w moich uszach. Opieram plecy o zimną ścianę i powoli zsuwam się na podłogę. Przed chwilą zaprzepaściłam wszystko, co miałam. A to wszystko przez własną głupotę. Pozwoliłam, by to się stało i nie reagowałam,  Jedyne, czego chcę, to zamknąć oczy i nie obudzić się już nigdy więcej.

Nobody cares you hurt 
  - Wracam do rodziców, do Chicago.
  Informuję go o decyzji, którą podjęłam zaledwie pół godziny temu. Chcę odpocząć od tego wszystkiego. Od ludzi, od miasta, od codziennego życia. Uciekam. Tak, to będzie najlepsze określenie. Po prostu uciekam, gdy sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli. Właściwie sama dokładnie nie wiem, po co się z nim tym dzielę. Moje tchórzostwo sprawia, że tracę w jego oczach coraz bardziej. O ile cokolwiek jeszcze dla niego znaczę.
  Może tli się we mnie ten ostatni płomyk nadziei, iż będzie chciał mi ten pomysł wybić z głowy? Może. A może chcę, aby wiedział, że sobie nie radzę, że tylko tracił czas na kogoś takiego jak ja.
  - Myślałem, że masz złe kontakty z matką.
  - Wolę być pomiatana przez nią, aniżeli przez ciebie. Mniej boli, wiesz?

Never meant to belong 
  - Przecież on i tak jej nie przeleci – komentuje Ariana, jak zwykle wtrącając swoje trzy grosze.
  - Ona chyba tego nie wie.
  - Ja jej z chęcią powiem, bez obaw.
  Wymiana zdań pomiędzy moimi przyjaciółkami jest naprawdę ciekawa, lecz nie chcę słuchać jej przez cały wieczór. Zwłaszcza, jeżeli dotyczyć będą tego tematu.
  - Dziewczyny, dajcie spokój, dobrze? – proszę, na co obie momentalnie milkną. Cenna jedna sekunda absolutnej ciszy, raj dla moich uszu.
  - Annie, ty daj spokój. On nie jest tego wart. Żaden facet nie jest tego wart, rozumiesz?
  Dlaczego one nie mogą dać za wygraną chociaż ten jeden jedyny raz? Rozumiem, że muszą się wygadać i zwyzywać Christiana od góry do dołu, ale wolałabym nie w mojej obecności. 

Because it mattered 
  Jest coś takiego w jego spojrzeniu, że nie pozwala mi oderwać od niego wzroku. Doskonale wie, że może mnie zmusić do uległości, specjalnie się przy tym nie wysilając. Jednak nie dzisiaj… nie po to tu jest. Ale skoro nie po to, to po co?
  - I co sobie ułożyłeś? – pytam zadziornie, nie do końca zdając sobie sprawę, co tak naprawdę chcę zrobić.
  Jesteś na niego wkurwiona, nie zapominaj o tym. W k u r w i o n a.
  Problem tkwi w tym, że chyba już zapomniałam. Przynajmniej na ten moment.
  Czego chcę? Sama nie wiem. Może żeby padł na kolana, przepraszał, przyznał się do błędu, powiedział, że jestem dla niego ważna. Kilka z tych rzeczy już zrobił. Z wyjątkiem tej pierwszej… lecz zamiast tego następuje coś, na co nie byłam przygotowana.
  - To, że cię kocham, Ana – wzdycha. – Cholera, naprawdę cię kocham.

Keep it undercover 
- Musisz to robić, prawda? – gdy zaskoczony nie odpowiada, mówię dalej: - Kiedy chcę iść dalej, ty zjawiasz się i jak gdyby nigdy nic...
- Posłuchaj – przerywa. – Zwyzywaj mnie albo pobij, jak to ci poprawi humor, nie krępuj się, ale muszę wiedzieć, że nigdzie nie wyjedziesz, jutro zobaczę cię w pracy.
- Więc mnie nie nienawidzisz? – pytam, wykrzywiając usta w grymasie przypominającym uśmiech. Wiem, że Brewer nie ma po swojej stronie całej winy. Wiem, że to głównie ja spieprzyłam. Wiem. Ale co mi z tego, jeśli mężczyzna, którego kocham, nie będzie chciał dłużej ze mną być? Tym razem tak naprawdę, na poważnie.
Chociaż po jego aktualnej reakcji nie muszę się tego obawiać, prawda?
- Być złym na ciebie? – unosi mój podbródek do góry, jednocześnie zmuszając mnie do spojrzenia na niego. – Być może. Nienawidzić cię? Nigdy. Nie ciebie. Zaczniemy wszystko od nowa, od zera. Wystarczy tylko twoje słowo.

  - Zapomniałem o tym. Jest twoja. Kolejnych zwrotów nie przyjmuję.
  Moim oczom ukazuje się bransoletka. Ta sama, którą podarował mi wtedy. Ta sama, którą mu oddałam. Zachował ją.
  - Kolejnych zwrotów nie będzie – informuję, a uśmiech sam ciśnie mi się na twarz. Szczerze mówiąc, myślałam, że oddał ją albo wyrzucił jeszcze tego samego dnia. Ale, dzięki Bogu, byłam w błędzie.
  Jestem boso, więc różnica wzrostu nieco się zwiększyła. By go pocałować, muszę wspiąć się na palce. Ochoczo odwzajemnia mój gest, przyciskając moje ciało do najbliższej ściany. Z zaskoczenia upuszczam trzymane buty na podłogę i obejmuję jego szyję.
  - Co ja ci mówiłam? Rączki przy sobie.

  - Bardzo dobre pytanie – odpowiada. Unosi do góry mój podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała. – Grunt, że już jej nie ma. Założę się, że gdy wytrzeźwieje, nie będzie niczego pamiętać.
  Mimowolnie unoszę w górę kąciki ust, choć ta sytuacja nie jest wcale zabawna. Chciałam zacząć od nowa, lecz teraz widzę, że nie będzie to całkowicie możliwe.
  - Też bym wolała zapomnieć – kwituję. Gdy chce coś powiedzieć, przykładam wskazujący palec do jego ust. – Nie, proszę. Uznajmy, że to się nie wydarzyło, jestem tym zmęczona. Masz coś, w czym mogłabym spać?
  Christian uśmiecha się chytrze, całując lekko opuszek. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż powinnam jednak sformułować to pytanie nieco inaczej. Tak, zdecydowanie.
  - Musisz w czymś spać?
  - Dystans, Brewer. Dużo dystansu.

Until we go down 
  Jeżeli wygra nasz mały zakład, mogłabym oczywiście odmówić – zademonstrować siłę mej woli i odprawić go z kwitkiem. Wątpię jednak, iż znacznie wcześniej nie zdarłabym z niego ubrań.
  - Elementarny błąd – mówię, kiedy omyłkowo wbija moją bilę zamiast swojej. To moja szansa na odegranie się.
  - Jestem tylko człowiekiem, nic na to nie poradzę. Twoja kolej.
  - Nie próbujesz przegrać, prawda?
  - Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wygrać – obdarza mnie wygłodniałym spojrzeniem, na co tylko uśmiecham się niewinnie.

   A więc dobrze. Skoro tak chce się bawić, bardzo proszę. Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, tylko żeby potem tego nie pożałował.

A few answers maybe? 
 - Brewer! – warczę, obdarzając go groźnym spojrzeniem. On z kolei zaczyna się śmiać. Jeżeli kiedykolwiek będę chciała jeszcze sprawić, by chociaż w minimalnym stopniu się mnie przestraszył, muszę nad tym popracować. I to solidnie, bo jak na razie nijak mi to nie wychodzi.
  - Dobrze już. Obiecuję.
  - Nie zapomnę – ostrzegam i wskazuję palcem w jego stronę.
  - Czy kiedykolwiek o czymś zapomniałaś?
  - Może ty…
  Momentalnie bierze w posiadanie moje usta. Zaskoczona odwzajemniam gest, przyciągając szatyna jeszcze bliżej siebie. Nie mam nawet pojęcia, kiedy i dlaczego oplatam nogami jego biodra. Wiem doskonale, iż nie powinnam, przecież sama za każdym razem go powstrzymuję, kiedy chce posunąć się o krok dalej. A nie może. Ja też nie mogę. Nie zmienia to faktu, iż pragnę tego najbardziej na świecie.

What I came for
  Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, aż czuję pod sobą kanapę. Mężczyzna pochyla się nade mną z jedną nogą na podłodze i kolanem drugiej wspartym o poduszki. Opiera się na lewej ręce, prawą zaś wsuwa pod białą koszulę, którą aktualnie mam na sobie.
  - Mam cholerne szczęście, że jestem twoim szefem – mówi, przyprawiając mnie tym o gęsią skórkę. Oplatam go nogami w pasie, a moje mięśnie coraz bardziej się napinają. Przerywa pocałunek, przygryzając moją dolną wargę.
  - Podobno chciałeś rozmawiać.
  - Podobno chciałaś dystansu – odpowiada z przekąsem, na co w odpowiedzi jedynie przyciągam go bliżej. Sama już nie wiem, czego chcę, ale na chwilę obecną nie mam ani siły, ani ochoty się nad tym głowić.

  - Która podoba ci się najbardziej?
  Chcąc nie chcąc, przyglądam się biżuterii jeszcze uważniej. Wszystkie mają w sobie coś wyjątkowego, wszystkie przyciągają wzrok. Moją uwagę najbardziej skupia ta wykonana z białego złota wysadzana drobnymi niebieskimi kamieniami.
  - Też nad nią myślałem – stwierdza, kiedy dzielę się z nim swoją opinią.
  Nie wiem nawet kiedy, Kevin dokonuje zakupu i wychodzimy ze sklepu. Jestem chyba za bardzo zamroczona tą sytuacją.
  - Uratowałaś mi życie. Obszedłem pół miasta i nie znalazłem niczego odpowiedniego, a tutaj aż trzy. Zakupy to jednak nie moja bajka – wzdycha, przeczesując lewą dłonią włosy. – Jestem ci winien kawę. To jak?
  - I może wyjaśnienie – dopowiadam, na co słyszę jego śmiech. Nie ma w tym nic zabawnego, mogę go zapewnić.
  - To przede wszystkim. No chodź.

7 komentarzy:

  1. Kiedy nowe zapowiedzi kochanie?
    ~Truskawkowy Ninja

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetni bohaterowie i trailer!! :D Z całego serducha dziękuję za komentarz u mnie ;) Od jutra biorę się za nadrabianie rozdziałów :D
    Pozdrowionka!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju kochanie, bardzo Ci dziękuję, to wiele dla mnie znaczy:(

      Usuń
  3. Piszesz bardzo ciekawe opowiadania. Aż oczu nie mogę nimi nacieszyć. Z całego serduszka życzę Ci, abyś w końcu wydała własną książkę. Przepadam za Twoimi bohaterami :)

    http://vampireandmillionaire.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Informuję tutaj, bo nie chcę sobie zepsuć niespodzianek czytając nagle 23 rozdział, nie mając przeczytanych poprzednich :D Także wiedz, że na dniach będę nadrabiać Twoje opowiadanie! Dziękuję również za komentarz u siebie! Pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś mi się pomieszało i przez przypadek dodałam komentarz tutaj.
      Wybacz, już go usunęłam. Jak możesz to usuń i ten, żeby nie zaśmiecać bloga :)

      Usuń