sobota, 6 sierpnia 2016

Thirty nine / Then raise like a phoenix

'Czasem po prostu trzeba wziąć głęboki oddech i odpuścić'

  Kurczowo trzymam ramię Christiana nawet wtedy, gdy jesteśmy już w drodze do hotelu. Nie jestem do końca pewna, czy moja obecność tym mieście to na pewno taki genialny pomysł. Około trzy tygodnie temu chciałam kupować bilet na samolot, rzucić wszystko, co miałam i rozpoczynać tutaj nowe życie. Ariana miała absolutną rację – ktoś w Starbucksie dosypał mi czegoś do cappuccino, inna opcja jest w tym wypadku niemożliwa. Wiem, że nie ucieknę od rozmowy z mamą, teraz nie ma już wyjścia.
  Z samochodu obserwuję ludzi na ulicach, którymi sama kilka lat temu się przechadzałam. Wydaje się, jakby to było wieki temu, jakbym była tutaj tylko przez moment. W rzeczywistości dorastałam w tym miejscu. Znałam niegdyś każdy zakamarek tego miasta – park niedaleko domu, gdzie spędzałam długie godziny po kłótniach z matką, przejścia między budynkami skracające o ponad pół godziny drogę do Galerii Handlowej.
  Odkąd zaczęłam spotykać się z Brody’m, zobaczyłam Chicago w nieco innych barwach. Na mapie nie było już tylko księgarni, bibliotek i małej kawiarni, którą prowadzili rodzice Cassie, mojej wtenczas najlepszej przyjaciółki. Pojawiły się za to całodobowo otwarte sklepy monopolowe, niezliczone nazwy klubów i adresy kolegów szatyna, którzy za każdym razem patrzyli na mnie jak na świeże mięso. Nie reagowałam oczywiście, bo jak miałabym chociaż pisnąć coś krytycznego na temat jego towarzystwa? To było niedopuszczalne.
  Dzięki niemu zakosztowałam świata znanego przedtem jedynie z filmów o zbuntowanych nastolatkach uciekających z domu przez okno. Wtedy ja też się takową stałam. Nie mogę, niestety, powiedzieć, iż żałuję tego w stu procentach. Fakt faktem, popełniłam od groma błędów, katastrofa goniła katastrofę, a ja sama na ułamek sekundy straciłam kontrolę nad tą zwariowaną karuzelą. Jednak gdyby nie to, nie wiem, kim teraz bym była. W wieku dziesięciu lat marzyłam o pójściu w ślady taty i staniu się prawnikiem. Zrezygnowałam od razu po otrzymaniu oceny z testu o historii starożytnej. Do szesnastego roku życia chciałam iść na medycynę. Uczyłam się bardzo dobrze, więc myślałam dlaczego nie. Wiadomo oczywiście jak to się skończyło. Życie zweryfikowało moje plany, sytuując mnie tu, gdzie jestem teraz.
  Na ten krótki moment z powrotem w Chicago. Te wszystkie wydarzenia ukształtowały moją osobę – mój charakter, uosobienie, spojrzenie na świat. Matka, wysyłając mnie do Nowego Jorku, wyświadczyła ogromną przysługę nie tylko samej sobie. Może i nie wszystko ułożyło się tak, jakbym tego pragnęła. Może i nie starałam się wystarczająco, by naprawić przewinienia, jakich się dopuściłam. Może.
  A może tak miało być od samego początku. To moja przeszłość, której już nie zmienię, choćbym zabiegała o to z całych sił. Przede mną jednak przyszłość, która ma za pewne setki asów w rękawie. Ale ja też nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. W porządku, mam wiele wad, z którymi na co dzień muszę sobie radzić. Jest też wiele ludzi, którym one przeszkadzają. Lecz jeśli nawet Bóg nie spodobał się wszystkim ludziom, jak ja mam tego dokonać?
  - W porządku? – jak przez mgłę dociera do mnie głos Christiana. Uśmiecham się w jego stronę, twierdząco kiwając głową. Biorę głęboki oddech i rozglądam się dookoła. Pomimo wszelkich wątpliwości ogromnie cieszę się, że tu jestem.
  A co najważniejsze – tym razem nie sama… chociaż nie. Nigdy nie byłam sama. Po prostu nie umiałam dostrzec obok osób, którym na mnie zależało. Widziałam to, co chciałam widzieć w danej chwili, a zbędną resztę odsuwałam jak najdalej się tylko dało. Teraz nie mam zamiaru popełnić tego błędu ponownie. Doświadczenie jest nader bolesnym, ale za to znakomitym nauczycielem. Przekonałam się o tym na własnej skórze już nie jeden raz.

  Przez krótką drogę od głównego wejścia do recepcji analizuję w głowie po kolei nasz plan na dzisiejszy dzień. Z tego, co pamiętam, większość obowiązków Christiana, a zatem również moich, zaczyna się wraz z dniem jutrzejszym. Żywię więc nadzieję, iż nie będzie miał on nic przeciwko, bym udała się do rodzinnego domu.
  - Na pewno nie dasz się namówić na jeden pokój? Tylko słowo, a wszystko załatwione.
  Oczywiście Brewer do samego końca próbuje przekonać mnie do zmiany zdania. Przykro mi, nic takiego nie będzie miało miejsca. Wprawdzie zaakceptował wcześniej moją decyzję, lecz nie omieszkał jej zakwestionować i wyrazić swojej dezaprobaty jakieś kilkadziesiąt razy. Skoro jestem tutaj w charakterze jego sekretarki, nie byłoby co najmniej dziwne, gdybyśmy dzielili jeden pokój? Ba! Jedno łóżko. Nie, nikt przecież nie nabrałby żadnych podejrzeń, to całkowicie naturalne. O tym, co łączy mnie i Christiana, wie stosunkowo niewiele osób. Chciałabym, by chociaż przez chwilę jeszcze ten stan rzeczy nie uległ zmianie. Fakt, iż znajdujemy się ponad tysiąc sto kilometrów*, absolutnie nic nie powoduje.
  - Zapomnij, kochanie – mówię, ostentacyjnie wymachując mu przed oczami kartą do mojego tymczasowego lokum. Będzie dzielić nas szerokość korytarza. Wątpię więc, iż jakakolwiek nadprzyrodzona siła zdołała go powstrzymać przed składaniem mi częstych wizyt. Zbyt dobrze go znam, by choć na chwilę zwątpić, iż nawet po tylu odmowach zaprzestanie prób. To ten typ, który zawsze dostaje, czego chce, bez względu na cenę. Teraz chcę mnie. Przedtem może i postawiłam sprawę jasno, lecz teraz jestem autentycznie ciekawa, co przyniesie te kilka dni.
  Nie myliłam się. Moja walizka nie jest nawet do połowy wypakowana, gdy w drzwiach apartamentu staje uśmiechnięty od ucha do ucha Christian. No tak, czegóż innego mogłam się spodziewać?
  - Pan się przypadkiem nie pomylił? – unoszę pytająco brwi. – Wydaje mi się, że pański pokój to ten naprzeciwko.
  - W dalszym ciągu sądzę, że ktoś w tej sprawie niewątpliwie się pomylił – spogląda na mnie wymownie, przez co nie potrafię powstrzymać śmiechu.
  - Mylić się jest rzeczą ludzką – reasumuję krótko, wpuszczając go wreszcie do środka. – Mamy jakieś plany na dzisiaj?
  Z tego, co wiem, jutro rano mają pojawić się tutaj przedstawiciele Steel Coral, korporacji, z którą Christian ma negocjować nową umowę. O ile dzisiaj nie ma żadnych niespodzianek, do tego czasu nie musimy zaprzątać sobie głowy pracą.
  - Ja tak, ty niekoniecznie – stwierdza. – Larsson dzwonił, chce jeszcze coś omówić. Zejdzie mi maksymalnie dwie godziny, potem jestem cały twój – śmieje się, lekko muskając moje usta. Żartobliwie szturcham go w ramię i cofam się krok do tyłu, by nie mógł ponowić swojego gestu.
  - Nie jestem ci potrzebna?
  - Od jutra.
  - Obrażę się, wiesz? – patrzę na niego z ukosa, lecz on zdaje się ani trochę tym nie przejmować. Mało tego, cały czas się uśmiecha. Bawię go? Jak miło.
  - Annie… - podchodzi bliżej, lecz ja automatycznie się cofam. Niestety, dość szybko moje plecy spotykają się ze ścianą, a Brewer nawet nie próbuje ukrywać, jak bardzo jest tym faktem usatysfakcjonowany.
  - Mówiłam poważnie.
  - Ja też – obniża głos do szeptu, podczas gdy nasze twarze dzieją jedynie milimetry. Toczymy niewypowiedzianą walkę na spojrzenia, której jednak żadne nie zamierza poddać. Mimowolnie przygryzam dolną wargę, kiedy ręce szatyna spoczywają na mojej talii.
  - To nie fair, że mam nic nie robić, podczas gdy ty znowu będziesz się w Pana Świata.
  - Ależ to całkowicie fair, kochanie – oponuje. – Dwie godziny, nie więcej. Obiecuję.
  Nie oponuję, gdy ściska moje pośladki i stanowczo przyciąga bliżej siebie. Uśmiecham się znacząco, a zaraz potem nasze usta znowu się stykają.

~*~

  Postanawiam te dwie godziny wykorzystać na zażycie świeżego powietrza. Tak, spacer zdecydowanie dobrze mi zrobi. Wprawdzie nie jestem pewna, czy aby na pewno obrałam dobrą drogę, lecz postanawiam zaryzykować. Doskonale znam cel. Mam tylko nadzieję, iż nie skręcę w nieodpowiednim miejscu, docierając tym samym w złe miejsce.
  Droga od naszego hotelu zajmuje mi niecałe dwadzieścia minut. Kiedy odnalazłam nazwę odpowiedniej ulicy, wszystko poszło łatwiej. Jestem tu, gdzie chciałam być.
  Cassie’s.
  Kiedy wracałam do domu na święta,  nie zostawałam dłużej niż na jeden – góra dwa dni, lecz nie specjalnie uśmiechało mi się wtedy wychodzenie na dwór do innych ludzi. Ograniczałam się jedynie do wizyty w sklepie w chwili braku jakiegoś produktu potrzebnego do przygotowania obiadu. Tak naprawdę pierwszy raz od przeprowadzki czuję, że jestem znowu w Chicago, jestem znowu u siebie. Wiem, popełniłam błąd, lecz wtedy go nie dostrzegałam. Chciałam tylko spędzić czas z Tobym, możliwie jak najdłużej unikać kłótni z mamą (zwykle wytrzymywałyśmy od trzech do czterech godzin, ale jedynym powodem była panująca między nami cisza) i wrócić z powrotem do Nowego Jorku. Zapomniałam wtedy na dość długo, jak to miasto potrafi być piękne, jak potrafi oczarować i oślepić swoim blaskiem. To kiedyś było moje miasto. Jest nadal. Szkoda tylko, iż dopiero teraz zdaję sobie sprawę z rzeczy tak absurdalnie i wręcz boleśnie oczywistych.
  Gdy przekraczam próg lokalu, uderza mnie charakterystyczny dla niego zapach. Pamiętam go bardzo dobrze. Świeżo mielona kawa i truskawki. Bez względu na porę roku można tu było dostać absolutnie wszystko, co zawierało truskawki. Od smoothie czy wymyślnych ciast domowej roboty, aż do najzwyczajniejszej bitej śmietany z owocami. Rozglądam się dookoła, dostrzegając kilkunastu ludzi żywo konwersujących lub po prostu spożywających deser w absolutnej ciszy.
  Szczerze mówiąc, niewiele się tutaj zmieniło, mimo to klienci w dalszym ciągu dopisują. Wnętrze urządzone bardziej w stylu skandynawskim, jednak ma w sobie elementy rustykalnego - meble z białego drewna z ręcznie wyszywanymi kolorowymi obrusami. Również białe ściany ozdobione są fotografiami w antyramach. Można zauważyć zarówno na intensywne barwy pojawiające się w akcentach lub też na bardziej przytłumione i zgaszone odcienie. Połączenie funkcjonalności, prostoty i przytulności zarazem.

  Szczupła kobieta za ladą obsługuje kolejną osobę, ale też jednocześnie nie potrafi oderwać ode mnie wzroku. Poznaję ją. Te same kręcone kruczoczarne włosy, ten sam blask w oczach, ten sam promienny uśmiech, którym zarażała entuzjazmem wszystkich w promieniu kilku przecznic. Cassie. Moja Cassie.
  - Anastasia? – pyta nieśmiało, kiedy podchodzę nieco bliżej. Kiwam głową i uśmiecham się pogodnie w jej kierunku. Nic a nic się nie zmieniła. Wstyd przyznać, iż widzę ją dopiero pierwszy raz od kilku lat. Kiedyś byłyśmy bardzo blisko, potrafiłyśmy przegadać całą noc. Teraz nie jestem pewna, jak powinnam zacząć swą wypowiedź.
  Jednak nie muszę mówić nic. Cassandra zgrabnie przeskakuje przez blat i zamyka moje ciało w stalowym uścisku, przy okazji piszcząc z radości jak pięciolatka po zakupie przez rodziców wymarzonej lalki. Och, ona nawet nie ma pojęcia, jak bardzo mi tego brakowało.
  - Nie wierzę. Ty tutaj! Boże, jak się cieszę, że cię widzę.
  Przykuwamy wzrok każdego klienta obecnego w lokalu, lecz szczerze mówiąc, jakoś nie za bardzo mnie ten fakt interesuje.
  - Stęskniłam się.
  - A ja niby nie? – odsuwa się o pół kroku, omiatając mnie badawczym spojrzeniem. – Zmieniłaś się… chodź, napijemy się czegoś. Koniecznie musisz kogoś poznać. To znaczy… przypomnieć sobie – stwierdza, wracając na swoje poprzednie stanowisko w celu przygotowania napojów. Ja z kolei zajmuję miejsce wprost naprzeciwko niej. – Marcus! Marcus, skarbie, przyjdź tu szybko.
  Sekundę później moim oczom ukazuje się rosły mężczyzna z połówką arbuza trzymaną w rękach. Marcus Dawson, jakżebym mogła zapomnieć o chłopaku, w którym Cassie podkochiwała się, odkąd skończyłyśmy piętnaście lat. Jak widać nie było to uczucie jedynie jednostronne, o czym przekonana była przez całą pierwszą klasę szkoły średniej.
  - Crawford, no proszę! – cmoka z uznaniem, po czym odstawia owoc na blat i podchodzi, by mnie przytulić. – Coś dawno cię tu nie było, prawda?
  - Zbyt dawno. Widzę, że dość dużo się zmieniło.
  - Może troszeczkę – przyznaje brunetka podczas dodawania do kubków warstw bitej śmietany i polewy czekoladowej. Na sam widok cieknie mi ślinka.
  - Zawołaj Cindy, niech mnie zastąpi. Mamy z Annie ważne sprawy do obgadania!
   Marcus wzdycha przeciągle, spoglądając na nas z powątpiewaniem. Cassie pod tym względem przypomina Arianę – obie potrafią przez dobre kilka godzin wygłaszać nieskończenie długie monologi o rzeczach tak naprawdę całkiem pozbawionych sensu i nieinteresujących nikogo.
  - Jak sobie życzysz, kochanie. Ana, fajnie znowu cię zobaczyć – mówi na odchodnym.
  - Ciebie też – uśmiecham się, lecz nie dane mi jest wypowiedzieć ani jednego słowa więcej, gdyż kobieta szybko ciągnie mnie do jednego z wolnych stolików w rogu lokalu. Po chwili również na stół trafia kawa i kilka babeczek, oczywiście truskawkowych.
  - Nawet nie wiem, od czego zacząć. Nie widziałyśmy się tyle czasu, tak nagle wyjechałaś. Podobno kilka razy wracałaś na święta i inne takie… dlaczego nie przyszłaś tutaj?
  - Cassie, to po prostu… - przerywam. Ja też nie wiem, od czego zacząć. Nie chcę zagłębiać się w niepotrzebne szczegóły, ona nie musi i nie może ich poznać. Kiedyś znałyśmy się na wylot, teraz praktycznie nic o sobie nie wiemy.
  - Nie, nie musisz. Miałaś jakiś powód. Musiałaś mieć i ja to rozumiem – wtrąca się w moją nawet nierozpoczętą wypowiedź.
  - Dziękuję…
  - Pomówmy o czymś przyjemniejszym. Musimy w końcu tyle nadrobić! Co tam słychać u Brody’ego?
  Przyjemniejszym, Cassie. Zapomniałaś definicji tego słowa.
  - Skąd mam wiedzieć? Chyba dobrze, przynajmniej tak mi się wydaje – wzruszam ramionami.
  - Ale przecież wy… - zaczyna, lecz w porę się powstrzymuje. – Ups. Nie wyszło?
  - Nie, ale to dobrze – przyznaję.
  Wiem doskonale, iż jest z tego powodu zadowolona. Cassandra jako jedyna z naprawdę nielicznej grupy nie budziła ani cienia zainteresowania nowym uczniem. Ja wręcz przeciwnie. Wiele razy słyszałam od niej długie listy argumentów, według których Carlson to ostatnia osoba na tej planecie, z jaką powinnam się zadawać. Cóż, miała rację.
  - Macie ze sobą jakiś kontakt?
  - Tak, mieszka w Nowym Jorku. Ze względów zawodowych, niestety, czasami na siebie wpadamy, ale to wszystko. Chociaż i tak za dużo.
  - Przykro mi – sili się na pokrzepiający ton.
  - Niepotrzebnie! Teraz powiedz, jak ci idzie prowadzenie kawiarni?
  - Dobrze prosperuje, nawet bardzo dobrze. Kiedy z Marcusem przejęliśmy ją po rodzicach, trochę się bałam. Wiesz, jak to wszystko ogarnąć i w ogóle. Jest o wiele lepiej, niż zakładaliśmy na początku. Spodziewam się dziecka, więc pieniądze zawsze się przydadzą.
  Niemal krztuszę się kawałkiem babeczki, który przed momentem wzięłam do ust.
  - Gratuluję! – mówię radośnie, obserwując jej rozbawiony wyraz twarzy.
  - Nie za bardzo jeszcze widać, dopiero trzeci miesiąc. Im dłużej mieszczę się w swoje ubrania, tym dla mnie lepiej – stwierdza, nabierając na łyżeczkę porcję bitej śmietany. – A ty? Tak, tak, jeszcze nie próchniejemy i chwała Panu Bogu za to, ale nie myślałaś też o założeniu rodziny?
  - Och… - przygryzam nerwowo wnętrze policzka. Nie mam pojęcia, jak ubrać w słowa to, co chcę jej powiedzieć. Nie mam pojęcia, co chcę jej powiedzieć.
  - Masz kogoś?
  - W moim przypadku to cholernie skomplikowane – przyznaję w końcu. – Nie byłby to najlepszy pomysł…
  - Izzy też tak mówiła… właśnie! Izzy! Nie uwierzysz, co się stało z Izzy!
  Przez kolejne półtorej godziny zdaje mi szczegółowy raport o dawnych znajomych. Kto z kim stanął na ślubnym kobiercu, kto wyjechał na drugi koniec świata, kro spowodował wypadek na pasach, kto założył zespół i ruszył w trasę po całym stanie. Z tyloma ludźmi widywałam się niemal codziennie, a od tak dawna nie wiedziałam, co się z nimi działo. Zostałam niejako zmuszona do odizolowania się od wszystkiego, co miałam w Chicago, od ludzi, na których mi zależało. Nikt przecież nie mógł dowiedzieć się, jak ogromny błąd popełniłam. Absolutnie nikt. Co by powiedzieli? Moja mama nie mogła w żadnym wypadku pozwolić sobie na plotki czy też zwykłe domysły. Sytuacja była jasna i klarowna. Zero nieścisłości i niedopowiedzeń. Wszystko skrupulatnie zaplanowane.

  Chwilę zajmuje mi odnalezienie telefonu. Moje plany uporządkowania rzeczy w torebce ciągle odwlekam w czasie, lecz może teraz nadeszła odpowiednia chwila. Spoglądając na wyświetlacz, dostrzegam imię Brewera. Zapewne jego spotkanie z Erickiem dobiegło końca.
  - Tak?
  - Annie, gdzie jesteś? Skończyłem z Larssonem, więc pomyślałem, że możemy iść coś zjeść.
  - Jestem w Cassie’s. Pamiętasz? Mówiłam ci. Przyjedź tu, a potem gdzieś pójdziemy.
  Mojej uwadze nie umyka rozpromieniona twarz Cassandry. Założę się, iż bez chociażby małego przesłuchania się nie obejdzie. Tak, ona i Ariana bardzo szybko znalazłyby wspólny język.
  - Dość dawno tutaj nie byłem, ale chyba pamiętam kilka miejsc. Zresztą… mam tutaj przewodnika. W pełni zdaję się na ciebie.
  - Spróbowałbyś nie! – uśmiecham się pod nosem, podając mu nazwę ulicy, na której znajduje się kawiarnia.
  - Daj mi dwadzieścia minut, już jadę.
  - Czekam, do zobaczenia – kończę połączenie, chowając telefon do bocznej kieszeni torebki. Moja towarzyszka przygląda mi się z chytrym uśmieszkiem na ustach. Opiera łokcie na stole i pociera dłońmi o siebie. Wyczuwam kłopoty. Duże kłopoty.
  - Faktycznie to cholernie skomplikowane, skoro jesteś tutaj z nim.
  Żebyś tylko wiedziała, jak bardzo…
  - Jestem tutaj z powodu pracy, a to był mój szef – wyjaśniam szybko, studząc jej nadmierny entuzjazm.
  Temat dość szybko zostaje wyczerpany. Moja rozmówczyni wyczuła od razu, iż nie jest on dla mnie zbyt przyjemny, więc dalej go nie drążyła. Dziękuję Bogu za takie osoby.
  Zamiast tego wypytuje mnie o Nowy Jork i moją pracę. Nie wspominam zbyt wiele o Christianie, nie widzę po prostu takiej potrzeby. Omijam też temat Brody’ego, mówiąc tylko, iż dopiero kilka miesięcy temu spotkałam go pierwszy raz od mojego wyjazdu z Chicago. O naszej wzajemnej (a właściwie jednostronnej) niechęci do siebie wolałabym, żeby nie wiedziała. To rodziłoby pytania, na które wolałabym nie odpowiadać.

  W pewnym momencie kobieta spogląda w kierunku drzwi wejściowych. Sugestywnie porusza brwiami, posyłając mi chytry uśmieszek. Coś czuję, że to nie zwiastuje niczego dobrego.
  - Czy twój szef to może przypadkiem ten cholernie przystojny facet, który właśnie idzie w naszą stronę? – pyta konspiracyjnym szeptem, nachylając się do przodu.
  Natychmiast odwracam się do tyłu. No, a jakżeby inaczej. Christian za każdym razem potrafi zrobić dobre wrażenie, nawet bez konieczności mówienia czegokolwiek. Tak jest i teraz.
  - Obie wstajemy z miejsc, gdy mężczyzna znajduje się koło naszego stolika. Mogę z czystym sumieniem przysiąc, iż robię się czerwona jak burak, kiedy obejmuje mnie w talii jedną ręką i nieznacznie przyciąga w swoją stronę. Nie umyka to uwadze brunetki, ale i też Brewera, który tylko uśmiecha się pod nosem.
  - Cassie, to Christian, mój szef. Christianie, to Cassie, przyjaciółka ze szkoły.
  - Przepraszam, że tyle trzymałam tu Anę, ale nie obiecuję, że to się nie powtórzy, na przykład jutro – zawiadamia, ściskając mnie ostatni raz. – Miło było poznać i mam nadzieję do zobaczenia!
  Żegnamy się z kobietą i opuszczamy lokal. Dopadają mnie wyrzuty sumienia. Przez kilka godzin oddawałam się jedynie plotkom z Cassandrą, podczas gdy winnam była towarzyszyć szatynowi jako jego sekretarka. Zabawne, iż sytuacja tego typu zdarza się zdecydowanie częściej, aniżeli powinna. Chociaż mi ani trochę nie jest do śmiechu.
  - Musieliśmy uzgodnić z Larsonem kilka spraw. Jeżeli cię to pocieszy, jutro zaczynamy z samego rana – mówi, kiedy znowu pytam, czy aby na pewno moja obecność była zbędna.
  - A wiesz, że bardzo?
  - Jesteś niemożliwa – kręci z powątpiewaniem głową. Zaraz jednak spogląda na mnie zaskoczony, kiedy chwytam jego dłoń i zaczynam ciągnąć go w sobie tylko znanym kierunku. – Annie, skarbie, gdzie ty…
  - Shh.. – przerywam. – Sam powiedziałeś, że zaczynamy od jutra, a jeszcze przedtem, że całkowicie zdajesz się na mnie. Nie masz ochoty na wycieczkę? Chyba pamiętam kilka miejsc.
  - W to nie wątpię – stwierdza, a sekundę później czuję jego usta na swoich. W Nowym Jorku nie moglibyśmy sobie pozwolić na jakiekolwiek okazywanie uczuć w miejscu publicznym, a zwłaszcza na środku ulicy. Wprawdzie miasto jest ogromne, lecz takie samo jest również prawdopodobieństwo tego, iż ktoś niepożądany mógłby nas zobaczyć. Tu nie ma na to najmniejszych szans. Nie powiem, całkiem przyjemna odmiana.
  - Więc?
  - Prowadź – uśmiecha się, ponawiając wcześniejszą czynność.
  - Obiecuję, że się nie zgubimy… to znaczy chyba nie.
Od autorki: Dostałam komputer trochę wcześniej, niż to było planowane, więc alleluja! Jednak nie obyło się bez formatu, ale mądra Ola na całe szczęście zapisała wszystkie swoje pliki na innym dysku, który został nienaruszony. Mistrz informatyki, tak wiem. Miałam go dodać już wczoraj, ale przy kopiowaniu zorientowałam się, że brakuje kilku scen, o których najzwyczajniej w świecie zapomniałam (tak, brawo ja). Dzisiaj napisałam na szybko, także nie jest do końca tak, jak chciałam, ale przynajmniej jest. Nieco dłuższy niż zazwyczaj (jakieś 1k słów), coś w rodzaju mini rekompensaty. Małe wprowadzenie do wizyty w Chicago. Rozumiecie, mam nadzieję, że wiąże się to z naciskiem na Anę, jej przeszłość itp, ale hej, Christiana też nie zabraknie. Nie mam pojęcia, kiedy pojawi się następny, ale zapewniam, że w sierpniu jeszcze opublikuję co najmniej jeden. Jak spędzacie wakacje? Aktywnie czy jednak wypoczywacie w tradycyjny sposób? Nie macie pojęcia, jak bardzo doceniam fakt, że mogę spać te kilka godzin dłużej. To błogosławieństwo, przysięgam. Szykuję też dla Was pewną niespodziankę, lecz dowiecie się najwcześniej za kilka tygodni (może miesięcy idk).

L x

14 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam nic przeciwko temu, żeby teraz było więcej odnośnie przeszłości Any. O teraźniejszości wiemy już chyba wszystko, więc najwyższy czas rozwinąć trochę temat jej rodziców, Brody'ego i... dzieciaka. Nie ukrywam, że mam nadzieję, że dowiemy się wreszcie, co Ana zamierza robić dalej odnośnie tej sprawy. Wiem, że pewnie przyzwyczaiła się już do myśli, że nie jest matką i pewnie nie chciałaby tego zmienić, ale mimo wszystko powinno to siedzieć w jej głowie. W końcu oddała matce swoje maleństwo... To nie jest normalne.
    Dlatego mam nadzieję, że niebawem coś się w tym temacie rozwinie.
    Gdy Ana siedziała w kawiarni z tą koleżanką i miał przyjść Christian, to byłam przekonana, że okaże się, że ze się znają;D Nie wiem czemu, ale miałam takie przeczucie. Dobrze, że tak się nie stało, bo to by oznaczało, że Christian już wszędzie podrywał kobiety xD
    Ciekawa jestem jak to się dalej potoczy.
    Ściskam i pozdrawiam! ;*

    I w ogóle nie poczułam, żeby ten rozdział był dłuższy, serio :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć :)
    Chyba nie umiałabym rozmawiać jak Ana z Cassie - nie widziały się kilka lat, a spędziły razem dwie godziny. Ja nie umiałam nawet odpowiedzieć na maila kolegi, z którym się nie kontaktowałam dwa lata xD
    Ach, takie wspominanie przeszłości pozwala trochę inaczej spojrzeć na Anę (co nie zmienia tego, że czasami mnie irytuje, ale cii!).
    Powrót na "stare śmieci" może wyjść Crawford na dobre: zapozna ukochanego z rodzinnym miastem, spędzi trochę czasu z synem i może nie pozabija się z matką (choć tu można mieć wątpliwości).
    Jestem ciekawa ciągu dalszego.

    Czekam na nn ^^
    Ściskam! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Akcja fajnie się rozwija :)
    Cieszę się, że Ana doszła wreszcie do wniosku, że w przeszłości nie dostrzegała bliskich jej osób, które ją otaczały. Niestety, ludzie często popełniają ten błąd, mają przyjaciół, rodzinę, a narzekają. Bohaterka zaplusowała u mnie tymi rozmyśleniami, bo jak wiesz, generalnie za nią nie przepadam :)
    Cassie wydaje się naprawdę sympatyczną osobą. To dziwne, że Ana urwała z wszystkimi kontakt - nawet z bliską przyjaciółką. Ja rozumiem - ciąża, chęć zmiany, ale żeby tyle czasu się nie odzywać do dawnej koleżanki? Ja bym chyba tak nie umiała.
    Nie bardzo rozumiem co jest takiego skomplikowanego w relacji Any i Christiana, przecież to dosyć spotykane, że ludzie zapoznają się w pracy. Ona jest wolna, on też, także według mnie ich związek jest raczej normalny. Gdyby on miał dziecko, żonę, to co innego, ale przecież on jest do wzięcia :)
    Czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam perspektywę Any. Miło się to czytało 😉

    I jak zapewne się już tego spodziewasz.... Kocham Cassie! Jest taka cudowna i kochana! A i narobiłaś mi smaka na bitą śmietanę i babeczki. Szkoda, że nic takiego nie mam :/ Ale spokojnie. Kiedyś mi postawisz takie rzeczy, prawda Oluś? *patrzy swoimi wielkimi oczami jak Szczerbek*

    Mam pewne plany i muszę z Tobą o tym szybko porozmawiać. Więc daj znać gdy będziesz mnie widzieć na fb. To pilne!

    Kocham Cię! ❤ x

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeklinam pisanie komentarzy na telefonie, serio, za pierwszym razem mi się usunął, za drugim klikałam 'opublikuj' i nic się nie działo, a za trzecim nie mogłam nawet zacząć pisać. A że naprawdę nie chcę rozsiewać negatywnych emocji, bo jestem zachwycona tym rozdziałem, wszystko krótko podsumuję.
    Podoba mi się ten rozwój akcji, cieszę się, że Ana idzie na przód. Trzymam za nią mocno kciuki!
    I Christian, nie zapędzaj się XD Czuję, że aż zanadto wykorzysta fakt, iż może okazywać uczucia w miejscu publicznym. Huh.

    OdpowiedzUsuń
  7. Muszę wreszcie wziąć się w garść i porządnie skomentować. Ah, może do końca wakacji zdążę, trzymaj kciuki :')

    OdpowiedzUsuń
  8. Ana wraca do rodzinnego miasta. Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu, ale wydaje mi się, że powinna chcieć odzyskać Toby’ego. Jakby nie było to jej dziecko, więc skoro chce udowodnić matce, że jest dorosła i taka odpowiedzialna, to za niego też należałoby tę odpowiedzialność wziąć. I na jej miejscu chyba wrobiłbym Brody’ego w alimenty, choć nie wiem, jak to wygląda z prawnego punktu widzenia. Tak czy owak niech facet też weźmie odpowiedzialność za tego dzieciaka, bo w końcu z księżyca on nie spadł.
    Spodobała mi się ta koleżanka Any. Wydaje się taka rozgadana i otwarta, najwyraźniej nasza bohaterka ma już takie szczęście, że zawsze natrafia na takie gaduły, bo z tego co wiem, to Ariana też jest dość roztrzepana. Ale wydaje mi się, że to dobrze, bo Anę chyba trochę przytłacza powrót w rodzinne strony.
    Jestem szalenie ciekawa, jak to teraz się dalej potoczy, bo konfrontacja z matką jest nieunikniona, no i jak będzie z ich relacjami, bo ostatnio było nieciekawie. Wiec mam nadzieję, że trochę się między Jimi naprostuje, choć matka Any na pewno nie jest osobą wyrozumiałą ani skłonną do kompromisów. Ale ciekawa jestem, co tam dla nas masz :P
    Buźki :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy coś dodasz?

    OdpowiedzUsuń
  10. Kiedy nowy post?

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam nadzieję, że nie zawieszasz

    OdpowiedzUsuń
  12. Widzę, że już chyba na dobre opuściłaś tego bloga. Wobec tego przestaję wchodzić w oczekiwaniu na rozdział. Jeśli kiedyś wrócisz, to daj znać ;)

    sila-jest-we-mnie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Co z tym blogiem ??

    OdpowiedzUsuń