sobota, 18 czerwca 2016

Thirty seven / What I came for

'Wszystko zaczyna się układać w chwili, kiedy tobie przestaje już zależeć'


  Zdecydowanie wolałabym znajdować się teraz w innym miejscu. Najlepiej na drugim końcu miasta. Tak, wtedy byłoby idealnie. Niestety, jestem zmuszona stać obok dwóch pałających do siebie nienawiścią mężczyzn. I to tylko dlatego, ponieważ jeden za wszelką cenę chce udowodnić, iż jest lepszy od drugiego. Kilka razy zastanawiałam się, skąd wziął się ten konflikt pomiędzy nimi, lecz Christian jak zwykle nie miał zamiaru być szczególnie wylewny. Powinnam już do tego przywyknąć, co nie zmienia faktu, iż jest to dosyć irytujące.
  Co chwilę przenoszę wzrok to na jednego, to na drugiego. Chcę przerwać tę krępującą ciszę, lecz nie jestem pewna, co powinnam powiedzieć. I czy powinnam w ogóle się odzywać.
  - Jeszcze tu jesteś? – pierwszy otwiera usta Christian. Jego ton jest aż nazbyt spokojny, a to zły znak. Znajdujemy się jednak w miejscu publicznym, więc żywię nadzieję, iż nic poważnego z tego nie wyniknie.
  - Spokojnie, już sobie idę – odpowiada szatyn, uśmiechając się szeroko. – Nie odpuściłeś, huh? W takim razie życzę ci powodzenia. Z nią ci się przyda. Uwierz, znam się na tym.
  Lustruje moje ciało rozbawionym wzrokiem, po czym jak gdyby nigdy nic udaje się w kierunku windy. Nerwowo przestępuję z nogi na nogę, oczekując reakcji Brewera. Momentalnie chwyta mnie za rękę i ciągnie kolejny raz dzisiaj do swojego biura. Zamierza kłócić się ze mną o Brody’ego, jeszcze tego mi dzisiaj brakowało.
  - Miałaś z nim nie rozmawiać – warczy niemal od razu, kiedy wchodzimy do pomieszczenia. Zamyka drzwi, aby nikt nie zdołał nam przeszkodzić. Nie jestem pewna, iż jest to dobry pomysł. Zawsze mogłabym użyć tego jako dobrej wymówki do opuszczenia tego miejsca. Jeśli to dobrze rozegram, może nie będzie tak źle.
  - Następnym razem, kiedy go zobaczę, po prostu ucieknę. Tak, bardzo dobry pomysł – odpowiadam tak samo zjadliwym tonem. Nie tylko on może mieć pretensje do zaistniałej sytuacji. – Przepraszam, że mieszkamy w jednym mieście, ale to raczej nie moja wina.
  - Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
  - Nie, nie wiem! Nie możesz mnie od niego odizolować, bo nijak ci się to nie uda. Jeżeli myślisz, że jest inaczej, przykro mi, ale to ty masz problem, nie ja – nieznacznie podnoszę głos, krzyżując ręce na piersi.
  - Zawsze mogę próbować.
  - Bo ty oczywiście zawsze wszystko możesz – reasumuję, czym wywołuję grymas na jego twarzy. Mentalność Christiana polega na tym, iż uważa się za wszechmocnego. Może wydawać polecenia pracownikom, do których notabene również się zaliczam, ale nie sterować życiem bliskich dla siebie ludzi. Myślałam, że takich granic nie trzeba wyznaczać, że są one oczywiste. Dla mnie tak, lecz najwyraźniej nie dla niego.
  - Ana…
  - Mieliśmy sobie ufać, zapomniałeś?
  - Sobie nawzajem? Owszem, ale nie jemu. Już ci to mówiłem.
  Wzdycham przeciągle, przeczesując włosy prawą dłonią. Chce czy nie – z Brody’m łączy mnie coś, czego nie można pod żadnym pozorem lekceważyć. Mamy synka. Kiedy o niczym nie wiedział, było o wiele łatwiej. Teraz nie mogę w żaden sposób usunąć go ze swojego życia. Toby widział go jedynie raz. Tyle wystarczy, chociaż to i tak za dużo. Nie sądzę, by teraz odezwał się w nim ojcowski instynkt. Jeśli tak – będzie to tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej skomplikować mi życie. Tacy ludzie jak on się nie zmieniają.
  - Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko, wiesz?
  - Masz do mnie pretensje, bo nie chcę, żebyś się z nim widywała? – to dla niego typowe. Obraca sytuację w taki sposób, by to jego przeciwnik był tym złym.
  - Mam pretensje, bo próbujesz mi rozkazywać. A nie masz takiego prawa.
  - Nie rozkazuję ci, ja tylko chcę, żebyś…
  - …robiła tylko to, co uznasz za stosowne, i to bez cienia sprzeciwu. Nic więcej, nic mniej. Inaczej rozpętuje się wojna. Nie wiem, jak u ciebie, ale dla mnie to rozkazy. I nie podoba mi się to, Christian. Nie na tym to miało polegać, nie widzisz tego?
  Obserwuję, jak powoli zaczyna tracić grunt pod nogami. Trafiłam w samo sedno, nie może w żaden sposób tego zakwestionować. Chcę, żeby nam się udało. Naprawdę chcę, ale ma to polegać na współpracy i przede wszystkim – zaufaniu. A tego od niego nie dostaję.
  - Widzę, tylko… kurwa – warczy. – Nie potrafię nie reagować, kiedy on jest obok ciebie.
  Opieram dłonie na jego ramionach. Nie przypuszczałam nigdy, iż komuś jeszcze zależeć będzie na mnie w ten sposób, iż jemu będzie zależeć. 
  - Gdybym cię nie znała, powiedziałabym, że jesteś troszeeczkę zazdrosny.
  - Ale mnie znasz i wiesz, że jestem cholernie zazdrosny.
  Kręcę z niedowierzaniem głową, uśmiechając się lekko. Ten człowiek bywa chwilami niemożliwy. Nie rozumiem, dlaczego wciąż uważa, że Carlson coś do mnie ma. Nigdy nie dałam mu ku temu żadnych powodów. Poza tym... Brody Carlson? Akurat w tym przypadku nauczyłam się na swoich błędach i to aż za dobrze.
  - Mam iść do zakonu, żeby ci sprawić przyjemność? Wiem! Najlepiej takiego, w którym dwadzieścia cztery na siedem siedzi się w pokoju i odmawia różaniec. Koniecznie zero księży, bo z nimi też nic nie wiadomo.
  Przez chwilę chyba bierze moje słowa na poważnie. Powstrzymuję się od wybuchnięcia śmiechem, jego zaskoczony wyraz twarzy jest po prostu bezcenny. Za moment jednak przyjmuje tak typową dla niego pewną siebie postawę.
  - Musiałbym się zakradać przez okno, więc przykro mi, ale odpada.
  - Zapomniałabym. Kraty w oknach i tego typu rzeczy. Uważaj, bo się zdecyduję – wskazuję oskarżycielsko palcem.
  - Wątpię, nie wytrzymałabyś beze mnie.
  - Doprawdy? – unoszę brwi. – Miss skromności to ty nie zostaniesz, ale powodzenia za rok.
  - Widać, jak we mnie wierzysz – odpowiada kąśliwie, zmniejszając dystans pomiędzy nami. Szybko jednak zmieniam ten stan rzeczy i robię dwa kroki do tyłu. Nie mogę być tak blisko niego, to się źle skończy.
  - Posłuchaj, nie chcę się z tobą kłócić. Nie o niego, to bez sensu – mówię w końcu. Jestem już tym zmęczona. Za każdym razem, kiedy wyciągany jest temat Carlsona, między nami dochodzi do spięć. Tak nie powinno być i przestaje mi się to podobać.
  - Przecież się nie kłócimy – odpowiada cicho, nie odrywając ode mnie wzroku.
  - Ależ tak. I to jest… sama nie wiem, ale chcę stąd wyjść… muszę stąd wyjść, przepraszam.
  Podchodzę do drzwi, lecz ani drgną, gdy próbuję je otworzyć. Przecież je zamknął, no tak. Całkowicie wyleciało mi to z głowy. Klnę pod nosem, jednak nie odwracam się z powrotem w jego stronę.
  - Chcę wyjść, Christian – powtarzam.
  Momentalnie znajduje się obok mnie. Opiera dłonie z dwóch stron, zamykając moje ciało w klatce swych ramion. Boję się na niego spojrzeć. Każda cząstka mnie rwie się ku niemu, jednak wiem, iż w żadnym wypadku tak być nie powinno.
  - Ja nie chcę.
  Przymykam oczy wobec napływu pobudzenia, które wyczuwam w jego głosie. Boże, dlaczego ja dalej tu jestem? Rama, w którą mnie ujął, promieniuje żarem i głodem, potęgując moje pożądanie względem niego. Ta niekontrolowana reakcja jest jeszcze bardziej zintensyfikowana przez spotkanie z Brody’m, a teraz najnowszą potyczkę z samym Brewerem. Pragnę go szaleńczo. Ale to drań. Mogę znowu spieprzyć sobie życie i to na własne życzenie, jeśli nie rozegram tego prawidłowo.
  Opieram rozpalone czoło o zimną fakturę drzwi. Od razu lepiej.
  - Daj mi spokój.
  - Mieliśmy porozmawiać, już zapomniałaś? – muska wargami wrażliwe miejsce za moim uchem. Jego otwarta dłoń przylega mocno do mojego brzucha, by przyciągnąć mnie do siebie jeszcze bardziej.
  - I rozmawialiśmy. Ale nic z tego nie wyniknęło.
  - Odwróć się.
  Wykonuję jego nakaz, opierając bezwładnie lędźwie o framugę. Christian w dalszym ciągu pochyla się nade mną z przedramieniem wspartym o drzwi, osacza mnie jeszcze bardziej. Dłoń, którą wcześniej obejmował moją talię, powędrowała na biodro, głaszcząc je miarowo i doprowadzając mnie do szału. Założenie spodni dzisiejszego ranka było nader genialnym pomysłem. Doskonale widzi, jak duży wpływ potrafi wywrzeć, jak reaguję na jego dotyk. Tylko jego. Wykorzystuje to niemal za każdym razem, teraz nie jest inaczej.
  - Jesteś aż nazbyt pewny siebie, nie uważasz?
  - Mam powód – stwierdza, by po chwili zamknąć usta na moich. Wzdycham, lekko rozchylając wargi, a wtedy jego język wkrada się pomiędzy nie, smakując mnie od środka długimi i powolnymi ruchami. Na wpół świadomie zauważam, iż moje dłonie wplątują się w jego włosy. Pociągam za końcówki, sprawiając, iż zaczyna całować mnie mocniej, łapczywie eksplorując i oplatając mój język swoim. Czuję szaleńcze bicie swojego serca. To nie ma prawa skończyć się dobrze.
  Brewer odpycha się od drzwi jedną ręką, a drugą unosi moje bezwładne ciało do góry. Obejmuję go mocno, rozpaczliwie pragnąc każdego centymetra jego ciała. Oddaję pocałunek z taką siłą, jakbym miała chęć zjedzenia go żywcem.
  Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, aż czuję pod sobą kanapę. Mężczyzna pochyla się nade mną z jedną nogą na podłodze i kolanem drugiej wspartym o poduszki. Opiera się na lewej ręce, prawą zaś wsuwa pod białą koszulę, którą aktualnie mam na sobie.
  - Mam cholerne szczęście, że jestem twoim szefem – mówi, przyprawiając mnie tym o gęsią skórkę. Oplatam go nogami w pasie, a moje mięśnie coraz bardziej się napinają. Przerywa pocałunek, przygryzając moją dolną wargę.
  - Podobno chciałeś rozmawiać.
  - Podobno chciałaś dystansu – odpowiada z przekąsem, na co w odpowiedzi jedynie przyciągam go bliżej. Sama już nie wiem, czego chcę, ale na chwilę obecną nie mam ani siły, ani ochoty się nad tym głowić.

~*~

  Do końca dnia uśmiech nie schodzi mi z twarzy, co nie umyka uwadze Stelli. Nie, Christian nie posunął się do niczego więcej, nawet nie miał takiego zamiaru. Wiem, iż nie było to szczególnie inteligentnym pomysłem, lecz potrzebowałam tego. Potrzebowałam jego – jego dotyku, jego zapachu, po prostu jego obecności. Nie chcę, byśmy kłócili się za każdym razem, kiedy wyciągany jest jakiś niewygodny temat – w tym przypadku chodzi o Brody’ego. Ten mały, nic nieznaczący człowieczek już raz zniszczył mi życie. Nie pozwolę, by znowu próbował w nim mieszać. Mam zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić mu na to drugi raz.
  - Dobra, dość. O co ci chodzi?
  Zaskoczona przyglądam się Evans, która stoi obok z założonymi rękami.
  - W kwestii?
  - Jesteś jakaś dziwnie radosna. Czekaj, nie mów! Masz randkę – piszczy uradowana. Przez moment oczekuje mojej reakcji, lecz gdy milczę, szybko kontynuuje swą wypowiedź. Zapewne bierze to za potwierdzenie. – Znam go? Jak ma na imię? Nie masz pojęcia, jak się cieszę.
  Owszem, znasz. Ma na imię Christian. Wątpię, byś cieszyła się równie mocno, kiedy się o tym dowiesz.
  - To raczej moja prywatna sprawa, nie sądzisz?
  - Och, daj spokój. I tak prędzej czy później się dowiem – ostrzega żartobliwym tonem. Wiem jednak, iż daleko jest temu do żartu. Moją relację z Brewerem chcę trzymać w tajemnicy tak długo, jak to tylko możliwe. Zwłaszcza przed nią i innymi pracownikami. Wyjątek stanowi Clarie, lecz to akurat inna sprawa. Boję się nawet pomyśleć, w jaki szał wpadnie Stella, kiedy dowie się, że to właśnie ja sprzątnęłam jej sprzed nosa pana prezesa.
  - Oczywiście – zmuszam się do przyjaznego uśmiechu.
  - Idzie – szepcze, wlepiając wzrok w coś znajdującego się za mną. Albo kogoś. Z początku nie rozumiem, co ma na myśli, lecz nie zdążam jej o to zapytać. Czuję czyjąś dłoń na moich plecach.
  Christian. Doskonale wiem, że to on. Kątem oka obserwuję Stellę, chyba nie jest szczególnie z tego zadowolona.
  - Anastasio, pozwól na chwilę.
  Nerwowo przełykam ślinę, obdarzając go pytającym spojrzeniem. Wolałabym nie zostawać z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu, nie tutaj. Zostawiamy Evans, kierując się do jego biura.
  Kiedy znajdujemy się w środku, zamyka drzwi, by nikt nie mógł nam przeszkodzić.
  - Lepiej będzie, jak usiądziesz – uśmiecha się, wskazując mi miejsce. Teraz odrobinę zaczynam się martwić. W tej kwestii jest niesamowicie podobny do Jack’a. Większość wiadomości od niego zwykle powoduje coś, na co nie jestem odpowiednio psychicznie przygotowana. Coś czuję, iż będzie tak tym razem.
  - Spowiadaj się, Brewer. Natychmiast – mruczę, krzyżując ręce na piersi. Słysząc mój ostry ton, wzdycha i z rozbawieniem kręci głową. Mi nie jest do śmiechu, co prawdopodobnie jeszcze bardziej potęguje u niego uczucie euforii.
  - Nie miałaś żadnych planów na koniec tego tygodnia, prawda?
  Przyglądam mu się badawczo, próbując rozszyfrować, o co dokładnie chodzi. Jeżeli zamierza znowu zabrać mnie gdzieś na weekend – odpowiedź brzmi nie.
  - Zależy – stwierdzam krótko. – Coś proponujesz?
  - Sprawa wygląda tak… - zaczyna dosyć niepewnie. – Nie wiem, czy się ucieszysz, czy mnie pobijesz, ale mam wielką nadzieję na to pierwsze.
  Przestępuję z nogi na nogę, unosząc pytająco brwi. Po tych słowach szczerze wątpię, iż będę miała się z czego cieszyć. Żaden prawdopodobny scenariusz nie przychodzi mi do głowy, więc nie zostaje mi nic, jak tylko modlić się, by nie okazało się to zapowiedzią rychłej apokalipsy.
  - Może więcej szczegółów?
  - W czwartek muszę być w Chicago. Co za tym idzie, ty również – mówi powoli, cały czas bacznie mnie obserwując. – Więc?
  Miał rację. Powinnam była usiąść. Ale teraz trochę na to za późno.
Od autorki: Dodaję rozdział teraz, bo za kilka godzin wyjeżdżam na tygodniowy obóz i nie miałabym możliwości zrobić tego później. Korzystając z okazji, chciałabym Wam wszystkim życzyć udanych wakacji i zasłużonych chwil odpoczynku! Dziękuję też za to, że dalej chcę Wam się tu zaglądać, to dla mnie naprawdę bardzo ważne.
Muszę jeszcze dokończyć pakowanie, także się żegnam. Mam nadzieję, że rozdział się podoba:) Jeśli są jakieś błędy (a na pewno, bo go nie sprawdziłam), byłabym ogromnie wdzięczna za wypisanie ich. Poprawię po powrocie:)

L x


środa, 1 czerwca 2016

Thirty six / A few answers maybe?

'Nawet w tłumie możemy czuć się samotni'


  - Powinieneś był mi powiedzieć – stwierdzam już któryś raz tego dnia. Nie mogę uwierzyć, iż dwie najbliższe mi osoby przez tyle czasu potrafiły mnie okłamywać. Nie, źle to nazwałam. Po prostu nie mówiły mi całej prawdy. Spoglądam zdenerwowana na Christiana, który za wszelką cenę stara się przekonać mnie do swojej racji.
  Życzę powodzenia, bo po tym, co usłyszałam, nie ma nawet cienia szansy, by mu się to udało. Setki razy pytałam, skąd zna Jack’a, ale żaden z nich nie był wtedy specjalnie wylewny. Zastanawiało mnie to, teraz już wiem dlaczego. Nie rozumiem tylko, jaką rolę odgrywa w tym Brewer. Osoba jego pokroju nie wplątuje się w podejrzane interesy. Jestem jego sekretarką, wiedziałabym o tym. Musiałabym wiedzieć.
  - Nic byś z tym nie zrobiła – tłumaczy. – Zresztą dalej nie zrobisz.
  Jack ma problemy. Dosyć duże problemy, jeśli mam być szczera. Ich powody dalej nie są mi znane, w tej sprawie szatyn dalej milczy jak zaklęty. Ktoś najwidoczniej pała do mojego kuzyna tak wielką niechęcią, iż zdolny jest złamać jego karierę. Wszystkie szantaże i inne tego typu rzeczy od zawsze kojarzą mi się z filmami akcji, gdzie pod koniec ten zły dostaję kulkę w głowę albo to on jest egzekutorem. Teraz Jack jest bohaterem takiego filmu, a razem z nim Christian.
  - To jest chore. Co ktokolwiek może na niego mieć? I dlaczego?!
  - Annie, skarbie – wzdycha. Widać, że nie uśmiecha mu się dalsza rozmowa na ten temat. Jednak w ogóle mnie to nie interesuje. Chcę wiedzieć, o co chodzi. Niestety, z każdą usłyszaną informacją staję się coraz bardziej zdezorientowana.
  - Nie skarbuj mi tutaj, nic ci to nie da.
  - Nawet gdybym ci powiedział, nic byś nie zrozumiała. To dosyć skomplikowane.
  - Wygrałam. Miałeś mi o wszystkim powiedzieć – przypominam. Mam dość tego, że traktuje mnie jak porcelanową laleczkę. Nie rozpadnę się, jeśli kilka razy upadnę, choć na pierwszy rzut oka mogę na taką wyglądać. Już to przerabiałam, nabrałam wprawy. Poza tym tu nie chodzi o mnie, a o mojego kuzyna. Wpakował się w coś, z czego teraz trudno mu jest się wydostać. Mimo iż nie dam rady w żaden sposób mu pomóc, pragnę chociaż wiedzieć, na czym stoi.
  - I powiedziałem. Jack ma kłopoty. Koniec historii, resztę musisz zostawić mi.
  - Co ty masz z tym wspólnego? – to pytanie nie daje mi spokoju. Chciałam odpowiedzi, nie większej ilości pytań.
  - Ja akurat nic, przynajmniej nie bezpośrednio. Nie powiem ci o wszystkim, bo sam o wszystkim nie wiem. Obiecuję, jakoś ci to wytłumaczę, ale nie dzisiaj. Nie teraz. To sprawa moja i Jack’a, ty nie powinnaś się w to mieszać.
  Za późno. Nie mogę siedzieć, cicho, kiedy chodzi o niego. Jeżeli chciał cichą laleczkę, która z radością będzie mu tylko przytakiwać i bez cienia krytyki zgadzać się nawet na największe głupstwo, jakie tylko mógł wymyślić, powinien poszukać gdzieś indziej. Ze mną tak łatwo nie będzie.
  - Martwię się o niego. I o ciebie – dodaję, czym wywołuję uśmiech na jego twarzy. Podejrzewałam naprawdę Gilberta o naprawdę wiele, ale nie o to, że z Christianem połączą go jakieś podejrzane interesy. Bo chyba w innym wypadku nie byłby szantażowany?
  - Nie musisz, niedługo wszystko będziemy mieć pod kontrolą. Pracuję nad tym – kiedy chcę odpowiedzieć, dodaje niemal natychmiastowo: - Nie, wszystko jest legalne, nie pójdziemy za kratki.
  Chciałabym mu wierzyć, mimo iż wiem doskonale, że ani jeden, ani drugi nie jest zdolny do popełnienia przestępstwa. Jednak nie bez powodu ktoś chce od Jack’a coraz więcej pieniędzy i grozi mu utratą pracy.
  Christian ma całkowitą rację, to wszystko jest cholernie skomplikowane. Dla mnie aż za bardzo. Pozostaje mi tylko wierzyć zapewnieniom, że wkrótce zapanują nad sytuacją.
  Może Gilbert okaże się nieco bardziej wylewny. Chcę znać każdy szczegół, niezależnie od tego, jak bardzo źle to wygląda. On był za każdym razem, kiedy tego potrzebowałam. Teraz moja kolej. Ma problemy, więc jestem tu dla niego.
  - Co będzie za dwa tygodnie? – przypominam sobie fragment ich rozmowy sprzed paru godzin. Jeden z nich wspominał coś o tym terminie, lecz nie było to zbyt szczegółowe.
  - Dowiesz się za dwa tygodnie – stwierdza szybko. – Albo i nie. No, zobaczymy.
  Niedoczekanie twoje, kochanie.
 - Brewer! – warczę, obdarzając go groźnym spojrzeniem. On z kolei zaczyna się śmiać. Jeżeli kiedykolwiek będę chciała jeszcze sprawić, by chociaż w minimalnym stopniu się mnie przestraszył, muszę nad tym popracować. I to solidnie, bo jak na razie nijak mi to nie wychodzi.
  - Dobrze już. Obiecuję.
  - Nie zapomnę – ostrzegam i wskazuję palcem w jego stronę.
  - Czy kiedykolwiek o czymś zapomniałaś?
  - Może ty…
  Momentalnie bierze w posiadanie moje usta. Zaskoczona odwzajemniam gest, przyciągając szatyna jeszcze bliżej siebie. Nie mam nawet pojęcia, kiedy i dlaczego oplatam nogami jego biodra. Wiem doskonale, iż nie powinnam, przecież sama za każdym razem go powstrzymuję, kiedy chce posunąć się o krok dalej. A nie może. Ja też nie mogę. Nie zmienia to faktu, iż pragnę tego najbardziej na świecie.
  Mimowolnie szukam palcami guzików jego koszuli. Gdybyśmy wtedy założyli się, kto dłużej wytrzyma, przegrałabym z kretesem. Nienawidzę stwierdzenia, iż kobieta jest tylko zabaweczką w rękach mężczyzny, jego własnością. W tym jednak wypadku wystarczy jedno słowo, a ja staję się potulna jak baranek. Nie, nie trzeba nawet tego.
  Tęsknię za nim. Za jego bliskością, za jego dotykiem. Spędziliśmy razem kilka nocy, lecz do niczego nie doszło. Przecież nie chciałam, tak cały czas mu powtarzam. Okłamuję sama siebie i oboje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Widzę jednak, iż czeka, aż to ja dam za wygraną. Muszę dodać do listy jeszcze jeden element, nad którym nie panuję. Silna wola. Po kilku dniach jestem gotowa się poddać – nie mam za grosz silnej woli.
  Telefon Christiana usilnie daje o sobie znać. Zakrywam usta ręką, by nie roześmiać się na głos. Nie wiem, czy powinnam być wdzięczna temu komuś, czy może życzyć mu śmierci. Po krótkim namyśle wybieram jednak pierwszą opcję. Z początku mężczyzna go ignoruje, lecz gdy dzwoni już trzeci raz, wreszcie się ode mnie odrywa.
  - Kurwa – warczy przez zaciśnięte zęby, kiedy na wyświetlaczu odczytuje imię Dylana. No tak, mogłam się tego spodziewać. – On nie jest poważny.
  - Odbierz – nakazuję, powstrzymując go gestem ręki, kiedy po raz kolejny próbuje się do mnie zbliżyć.
  - Muszę?
  Kiwam potwierdzająco głową, marszcząc brwi. Christian i tak już wystarczająco zaniedbuje obowiązki z mojego powodu. Nie chcę, by powtarzało się to tak często. Bądź co bądź jestem również jego sekretarką. Powinnam mu w nich pomagać – nie go od nich odciągać.

~*~

  Po raz kolejny wychodzi na to, iż jestem typową blondynką wyjętą z żartów, z których i tak nikt już od dawna się nie śmieje. Rozumiem, że Christian się o mnie martwi. Naprawdę to doceniam, bo wiem, że chce dla mnie jak najlepiej. Problem polega nad tym, iż nie uchroni mnie przed całym złem czyhającym na tym świecie. Radziłam sobie sama przez długi czas, więc teraz też dam radę. Poza tym kto bałby się tak małego człowieczka, jakim jest Brody Carlson?
  Za chwilę ma się on pojawić na spotkaniu z Mellarkiem i Brewerem, podczas gdy ja winnam być co najmniej na drugim końcu miasta. Albo nie, lepiej – kontynentu. To może chociaż w małym stopniu byłoby dla niego satysfakcjonujące.
  - Chyba sobie żartujesz – stwierdzam, kiedy proponuje, bym zrobiła sobie wolne do końca dnia. Odkąd wie o wszystkim, jego niechęć do Brody’ego wzrosła kilkukrotnie. Nie winię go za to, mimo iż dalej nie mam bladego pojęcia, dlaczego ich kontakty się popsuły. I czy kiedykolwiek były poprawne.
 Christian zna praktycznie każdy aspekt mojego życia, ja wiem o nim bardzo niewiele. Nie znam się szczególnie na związkach, ale chyba powinno być nieco inaczej. Walczę z tym – metoda małych kroczków.
  - Skąd ten pomysł? Nigdy nie byłem bardziej poważny.
  Spoglądam na niego z ukosa. Wbrew pozorom przebywanie z Carlsonem w jednym pomieszczeniu nie jest dla mnie zbyt wielkim wyczynem. Szkoda tylko, że nie dla każdego to takie oczywiste.
  - Zwariowałeś – jęczę zrezygnowana. – Boże, ty naprawdę straciłeś rozum.
  Despotyczność Christiana i jego chęć kontroli całego świata objawia się w najmniej odpowiednich momentach. Mówiłam mu już o tym kilka razy. Jeśli chciał potulnego pieska, nie powinien w ogóle zwracać na mnie uwagi. Nie pozwolę mu decydować o swoim życiu. Sama doskonale wiem, co jest dla mnie dobre. On najchętniej zamknąłby mnie w domu, by jako jedyny mężczyzna móc mnie oglądać. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
  Jak gdyby nigdy nic chce wyjść ze swojego biura i udać się na spotkanie. W ostatniej chwili staję pomiędzy nim a drzwiami, uniemożliwiając mu kolejny krok.
  - Czy ja ci wyglądam na pięciolatkę z awersją przed ludźmi?
  - Annie, skarbie… - wzdycha przeciągle.
  - Christian, skarbie. Albo wyjdziemy stąd razem, albo nie wyjdziemy w ogóle.
  Na jego twarz wstępuje chytry uśmieszek. Po jego reakcji widzę, iż niekorzystnie dobrałam słowa. Tak, zdecydowanie mogłam zrobić to nieco inaczej.
  - Wiem, że jestem niesamowity i nie chcesz się mną dzielić, ale musisz być silna i jakoś dać radę.
  Ja się nie chcę nim dzielić? I kto to mówi!
  - Niesamowity i do tego jaki skromny – przewracam oczami, opierając plecy o zimną fakturę drzwi. – Ja to mam szczęście.
  - Grzech polemizować.
  Nachyla się i całuje mnie delikatnie. Jeśli to jego sposób na przekonanie do swoich racji, będę musiała go rozczarować. Nic mu z tego nie przyjdzie
  - Posłuchaj. Przecież nawet mnie tam nie będzie. A jeśli porozmawiam z nim przez dwie minuty ani nie trafi we mnie piorun, ani nie rozpęta się wojna. Christian, wszyscy przeżyją.
  - Wiem, tylko… - przez moment zbiera myśli. – On, żebyś miała z nim jak najwięcej wspólnego, żeby był częścią twojego życia. A ja tego nie chcę.
  Nie dziwię się, sama również nie mam na to specjalnej ochoty. Jednak teraz nie mogę od niego uciec – ani teraz, ani w najbliższym czasie. W dalszym ciągu coś nas łączy, mimo iż wolałabym już nigdy więcej go nie ujrzeć.
  - Zaufaj mi – mówię cicho, obejmując dłońmi jego szyję. – To tylko Brody. Wiesz przecież. Nie mamy sobie nic do powiedzenia, więc przyznaj, że ta sytuacja jest irracjonalna.
  - Ufam tobie… ale nie jemu.
  Przymykam powieki, czując usta szatyna na swoim czole.
  - Tu nie chodzi o mnie – zaprzeczam po chwili. – Nie możesz mnie tutaj zamknąć, bo nie chcesz, żebym się z nim widziała. Nie unikniesz tego, przykro mi. A teraz naprawdę już musisz iść.
  Nie można przecież kazać Carlsonowi na siebie czekać. Christian niechętnie przyznaje mi rację. Niespodziewanie unosi mnie i stawia pół metra obok.
  Subtelne zagranie, tak bardzo w jego stylu.
  - Bądź grzeczny.
  - Jak zawsze, panno Crawford. Jak zawsze.

~*~

  Z bólem serca jestem zmuszona w końcu zgodzić się z Brewerem. Brody może i jest tylko nic nieznaczącym utrapieniem, lecz przy okazji potrafi być niezwykle irytujący. Korzystając z faktu, iż dosłownie przed sekundą straciłam Clarie z pola widzenia, pojawił się z tym swoim pewnym siebie uśmieszkiem. Dyskretnie rozglądam się dookoła, lecz jak na złość nie widzę nigdzie żadnego z moich szefów.
  - Skończyliście już? – pytam jakby od niechcenia. Mam nadzieję, iż szybko się stąd ulotni. Wolałabym, by Christian nie natknął się na naszą dwójkę. Wcześniejsza rozmowa jedynie utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie spodobałby mu się ten widok. Nie rozumiem tylko dlaczego. Od kiedy powiedziałam mu całą prawdę, robi wszystko, by trzymać mnie od Carlsona najdalej jak to tylko możliwe.
  - My? – wskazuje dłonią na przestrzeń między nami. – My jeszcze nie zaczęliśmy.
  - A i owszem – mruczę, krzyżując ręce na piersi. – Nic cię tu nie trzyma, więc możesz spokojnie wyjść.
  Odpowiada mi serdecznym śmiechem. Jestem aż tak zabawna? Cóż, zamiar był inny. Nie do końca pojmuję jego specyficzne poczucie humoru… albo to ze mną jest coś nie tak.
  - Muszę powiedzieć ci o wielu rzeczach – zawiadamia, na co nerwowo przygryzam wnętrze policzka. Jego wiadomości nigdy nie niosły ze sobą niczego dobrego i czuję, że tak będzie również tym razem. Brakowało mi jeszcze tego, wprost świetnie. – Nie chcesz wiedzieć, kiedy mam lot do Chicago?
  Wpatruję się w niego, jakby odebrało mi mowę. Brody wraca Illinois. Nie, to nie może być możliwe. Nie ma żadnego powodu, by to robić. Chociaż po krótkim zastanowieniu stwierdzam, iż znajdzie się jeden. Znowu chce udowodnić mi, jak wielką ma nade mną przewagę.
  - Och… mam ci życzyć miłej podróży? – silę się wprawdzie na obojętny ton, lecz w środku wręcz gotuję ze złości. Jeżeli chociaż pomyśli o tym, by złożyć wizytę w moim rodzinnym domu, gorzko tego popamięta. Już ja o to zadbam.
  - Mniej więcej na tym mi zależało – uśmiecha się. Gdy chce jeszcze coś powiedzieć, dobiega nas głos Christiana. Jego wyczucie czasu chwilami pozostawia wiele do życzenia. To jest właśnie jedna z nich.
  - Mogę wiedzieć, o co tutaj chodzi?
  Nie muszę nawet odwracać się w jego stronę, by stwierdzić, że jest zły. Chociaż to za mało powiedziane. Mimo iż głos w żadnym wypadku tego nie zdradza, ja wiem swoje. Nie ma ku temu żadnego powodu. Po prostu rozmawiamy, nic w tym złego. Christian to jednak Christian.
  I coś czuję, że dobrze się to nie skończy.
Od autorki: Wreszcie jakoś zmobilizowałam się, żeby go dodać. Nie jest taki, jakbym tego chciała, ale chyba nie taki też najgorszy. Nie był sprawdzany, ale to chyba nie jest żadna nowość, zważywszy na to, iż skończyłam go w tym momencie. Wyjaśniło się dużo? Nie? Cóż, nie ma za co:) Miał być nieco wcześniej, ale w związku z tym, iż mam o dwa tygodnie wcześniej wystawiane oceny, muszę już teraz zacząć powoli wszystko ogarniać. Ogólnie zauważyłam, iż Wasza aktywność znacznie spadła. Jest to nieco demotywujące, ale przecież nie mogę Was do niczego zmusić. Chciałabym jedynie, by każdy, kto przeczytał dany rozdział napisał pod nim chociaż jedno słowo. Wiecie chyba, jak to pomaga, chociaż zdaje się być bez znaczenia.

L x