środa, 11 maja 2016

Thirty five / Until we go down

'Życie bez miłości to cza­rodziej­ska la­tar­nia bez światła.' 


  Nieco krytycznym wzrokiem obserwuję próbę flirtu Jack’a z obsługującą nas kelnerką. Czasami mam wrażenie, iż interesuje się on praktycznie każdą kobietą chodzącą po tej planecie. Nieważne czy młodsza, czy starsza, czy singielka, czy ma męża. Wyjątek stanowi oczywiście najbliższa rodzina, choć i tutaj mogłabym obawiać się o kilka dalszych kuzynek. Jednak wobec mnie zachowuje się niczym starszy brat, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Na każdym kroku potrzebuję kogoś takiego. Kogoś, do kogo mogę zwrócić się z każdą sprawą, kto stanie w mojej obronie, gdy zajdzie taka potrzeba. Jack jest jedną z najbliższych mi osób i do tej pory dziękuję losowi, iż zesłał go z powrotem do Nowego Jorku, ponieważ teraz mogę widywać się z nim, kiedy tylko najdzie mnie takowa ochota.
  - Szczerze? Chyba się naćpałaś i dlatego wymyśliłaś sobie ten spierdolony wyjazd. Musiało być mocne. Daj mi namiary, bo dłużej z tobą na trzeźwo nie wytrzymam – stwierdza, opadając na oparcie krzesła.
  Nie powiedziałam mu oczywiście wszystkiego, zostawiłam dla siebie tylko kilka szczegółów. Nigdy nie potrafiłam nic przed nim ukryć, chociaż bardzo często się starałam. Jack jest jedną z naprawdę nielicznych osób, które potrafią mnie podejść w odpowiedni sposób, bym wyśpiewała wszystko jak na spowiedzi. Christian i Ariana również klasują się na tej liście, ale to imię Gilberta figuruje na niej jako numer jeden.
  Wiem, że nie będzie mnie osądzał. Często obraca sytuację w żart, tak jak teraz. Woli się śmiać aniżeli robić mi godzinne wykłady, które z kolei nade wszystko uwielbia jego matka. Nie muszę bać się krytyki z jego strony, ponieważ zawsze będzie mnie wspierał. Wyrazi swoją opinię, wyklnie mnie z góry do dołu, ale zamiast popadać w jeszcze większy stan depresyjny, śmieję się z niego jak idiotka, zwracając uwagę większości klientów kawiarni.
  Taki już jest Jack. I cały czas dziękuję Bogu, że to właśnie na mojej drodze łaskawie zechciał go postawić.
  - Może po prostu…
  - Albo nie, zapomnij – przerywa niemal natychmiast. – Wolę mieć pełną świadomość. Zadzwonię, jak mi się odmieni. Teraz ktoś cię musi postawić do pionu, Crawford.
  - Przecież zostaję – burczę, grzebiąc widelcem w prawie skończonej sałatce.
  - Jakoś trudno mi was sobie razem wyobrazić – wyciąga w moim kierunku wskazujący palec i rysuje nim w powietrzu małe kółka. – Annie, znam Christiana. Nic do niego nie mam, wręcz przeciwnie. Po prostu boję się o ciebie, bo wiem, na co go stać.
  - Może nie wyglądam, ale sama potrafię o siebie zadbać.
  - Wiem, że potrafisz – uśmiecha się serdecznie. – Ale jeśli coś będzie nie tak, przychodź do mnie. Już ja sobie z nim porozmawiam.
  - Kocham cię, ale naprawdę jesteś nieznośny…
  - Rozumiem cię – wzdycha rozmarzony. Wpatrując się w okno, obok którego zajmujemy miejsce, bierze łyk ulubionej czarnej kawy. – Też siebie kocham.
  A nie mówiłam? Mówiłam!

  Gdy wychodzimy z kawiarni, mam zamiar udać się z powrotem do biura. Jack oferuje od razu, iż gotów jest mnie odprowadzić. W innym wypadku ochoczo bym się zgodziła, lecz czuję, że coś nie jest w porządku. Przez dobre dziesięć minut upewniał się, iż Christian na pewno nie ma teraz żadnego spotkania i będzie można go spotkać w firmie. Jeżeli chce zacząć z nim jakiś temat chociażby w minimalnym stopniu związany z moją osobą, przysięgam, wyrzucę go przez okno. Dalej nie mam bladego pojęcia, skąd ta dwójka się zna, mimo że każdego z osobna pytałam co najmniej sto razy. Nie tylko kobiety mają między sobą pilnie strzeżone tajemnice.
  - To dla bezpieczeństwa. Co jeśli winda nagle by się zatrzymała, bo budynek przejęliby terroryści? Byłabyś sama i nie dałabyś rady uciec. A tak jestem ja. Nigdy nie wiesz, Ana. Nigdy nie wiesz.
  Nie mam siły oponować, kiedy udaje się ze mną na ostatnie piętro, zapewne w celu zobaczenia się z Brewerem. Prawdę mówiąc, o wiele mniej obawiałabym się terrorystów aniżeli tej dwójki w jednym pomieszczeniu.
  - Mogę się dowiedzieć, co ty teraz wyprawiasz?
  Gilbert nie odpowiada, ponieważ w tej samej chwili na horyzoncie pojawia się Christian. Rozmawia z kimś, lecz na nasz widok momentalnie ucina konwersację. Nie tryska optymizmem, chociaż to zdecydowanie za mało powiedziane.
  - I jak? – pyta Jack, stając z moim szefem twarzą w twarz. – Wszystko gra, mam nadzieję.
  - Nawet mnie nie wkurwiaj.
  - Czyli nie? Okay, więc trzeba pomyśleć nad realizacją planu B.
  - Którego, tak ci przypomnę, nie mamy.
  Spoglądam raz na jednego, raz na drugiego. Nic nie rozumiem z zaistniałej sytuacji. Prowadzą wspólne interesy? Mało prawdopodobne. Co Christian i Dylan mieliby mieć wspólnego z redakcją The NY Spectator? Jednak dyskutują teraz zawzięcie o jakimś planie B. Osobiście czuję, że to za dużo informacji jak na jeden dzień. A może raczej ich braku.
  - Przepraszam bardzo, ale o co chodzi?
  - Później ci powiem – odpowiadają niemal jednocześnie, ani razu na mnie nie patrząc. No tak, ich niewypowiedziana walka na spojrzenia jest ważniejsza. Nie muszę wiedzieć wszystkiego natychmiast. Po prostu mały zarys sytuacji, bo ta niewiedza jest niezwykle frustrująca, a fakt, iż trzymane jest to przede mną w sekrecie bez wyraźniejszego powodu, jeszcze bardziej to uczucie potęguje.
  - To trochę nie fair, wiecie?
  - Dowiesz się za jakieś dwa tygodnie, spokojnie – Jack uśmiecha się przelotnie w moją stronę, przez co pięści Christiana automatycznie się zaciskają.
  - Nie wciągniesz jej w to, nawet o tym nie myśl.
  - Nie mam zamiaru jej w to wciągać, chyba do reszty już cię Bóg opuścił – burczy.
  - Mnie?
  - Ja tutaj jestem – przypominam zdeprymowana, zakładając ręce na piersi. – I nie ma potrzeby mówienia o mnie w trzeciej osobie.
  - Annie, jakoś ci to wytłumaczę – mówi Christian, obdarzając mnie błagalnym spojrzeniem. – Ale później, obiecuję.
  I tak nic z nich teraz nie wyciągnę, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się zgodzić. Jeżeli myśli, że zapomnę i nie będę drążyć tego tematu, srogo się myli. Gdy oboje znikają w biurze szatyna, postanawiam zająć się swoimi obowiązkami, by zająć czymś myśli.
  Dowiem się, o co chodzi. I to jeszcze dzisiaj.

~*~

  Zapewnienia, iż wszystko wytłumaczy mi wieczorem słyszałam przez nieustannie, gdy tylko próbowałam nawiązać z szatynem rozmowę na ten temat. Za wszelką cenę pragnę dowiedzieć się, o czym rozmawiali w jego biurze. I dlaczego zajęło im to ponad godzinę. Oczywiście mogłabym tam wejść z byle powodu, może nawet udałoby mi się coś podsłuchać, lecz istnieje sto procent prawdopodobieństwa, iż nie zamieniliby ze sobą ani słowa w mojej obecności. Poczekam cierpliwie jeszcze te dwie godziny, a wtedy Christiana czeka dogłębna spowiedź. Tym razem mu nie odpuszczę, nie ma na to nawet najmniejszych szans.
  Widzę go, gdy rozmawia o czymś z Dylanem. Całą sobą staram się ignorować fakt, iż przeszedł obok mnie i Stelli, mrugając porozumiewawczo w moją stronę. Błagam, byleby tylko ona tego nie zauważyła. W tym wypadku chyba szczęście mi sprzyja. Przez cały dzień nie słyszę żadnego komentarza na temat któregoś z naszych szefów, więc kończę pracę ani razu niewyprowadzona z równowagi. Można to uznać za wielkie osiągnięcie z jej strony.
 
  Całą drogę do apartamentu Christiana wiercę mu dziurę w brzuchu, nieustannie prosząc o wyjaśnienia. Jeśli mieliby jakieś wspólne interesy – mi nic do tego, praca to tylko praca, ale wygląda na to, że Jack wpakował się w jakieś kłopoty. Żaden nie chce powiedzieć, na czym one polegają, wolą – jak Brewer to ujął – nie wciągać mnie to. Problem w tym, iż sama chcę zostać wciągnięta niezależnie od tego, jak bardzo źle wygląda sytuacja. Gilbert był przy mnie zawsze, gdy go potrzebowałam, nigdy nie oczekując nic w zamian. To pora, bym odpłaciła się tym samym i wsparła go chociażby mentalnie.
  - Obiecałeś.
  - Prowadzę – stwierdza oczywisty fakt, ani na moment nie odrywając wzroku od jezdni. Ja z kolei – od niego. Robię naburmuszoną minę i wydymam wargi jak mała dziewczynka, której rodzice nie kupili lizaka.
  - Nie możesz jednocześnie mówić i prowadzić?
  - Aż tak zdolny to nie jestem – śmieje się, przez co walczę z nieodpartą ochotą uderzenia go z całej siły. Aktualnie istnieje prawdopodobieństwo, iż spowodowałabym wypadek, ale kiedy dotrzemy na miejsce, będę mogła robić wszystko, na co tylko najdzie mnie ochota. I lepiej dla niego, żeby śpiewał jak słowik.
  Kiedy wchodzimy do salonu i jestem gotowa zaczynać moje przesłuchanie, ktoś próbuje się do niego dodzwonić. Naprawdę? Akurat teraz? Bo nie mogło to poczekać jakiś piętnastu minut.
  Życie cię nienawidzi, słyszę cichy głosik w głowie. Z niechęcią przyznaję mu rację – i vice versa.
  - Muszę to odebrać – mówi rozradowany. Jest mu to na rękę i nawet nie zamierza tego ukrywać. – Jesteś głodna? Może mi to chwilę zająć, więc…
  - Odbierz ten cholerny telefon i wracaj tutaj na jednej nodze – warczę, posyłając mu zabójcze spojrzenie. On jednak absolutnie nic sobie z tego nie robi. Nie jestem jednak tak przerażająca, jak sądziłam. To dobrze czy źle?
  Znika za ścianą, pozostawiając mnie samej sobie. Obiad przygotowany przez panią Jones czuć aż tutaj, jednak nie mam zbyt wielkiego apetytu. Zdaję sobie sprawę, iż Christian będzie przekładał tę konwersację tyle, ile będzie trzeba, bym porzuciła temat. Przykro mi, tak się nie stanie.
  Nie mając zbytnio pomysłu, co ze sobą zrobić, kieruję kroki do jego biblioteki. Chcę jakoś zająć czas, zanim skończy i będzie mógł odpowiedzieć na moje pytania. Chociaż znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że będzie wszystkimi możliwymi sposobami wykręcał się od udzielenia odpowiedzi. Obrzucam wzrokiem regały z książkami, szukając odpowiadającego mi tytułu. Stwierdzam jednak po chwili, iż nie mam ani siły, ani tym bardziej ochoty na czytanie. I tak zapewne nie skończyłabym prologu lub pierwszego rozdziału. Uwagę przykuwa też stół bilardowy stojący niemal na samym środku pomieszczenia. Podchodzę bliżej niego, przejeżdżając palcami po zielonym suknie. Uśmiecham się sama do siebie, gdy w mojej głowie rodzi się pewien pomysł.
  - Przepraszam, Annie. Już wszystko okay – ni stąd, ni zowąd pojawia się Brewer.
  - Więc?
  - Jesteś głodna? – już drugi raz próbuje zmienić temat tą samą rzeczą. Trafił, niestety, na niewłaściwą osobę, skoro łudzi się, iż jego marne próby odniosą chociażby znikomy rezultat.
  - Założymy się? – pytam, opierając się o stół. Jeżeli mała dawka rywalizacji ma mi pomóc w wyciągnięciu od niego prawdy, nie mam nic przeciwko temu.
  - Chyba nie rozumiem – przyznaje.
  - Jeśli wygram, powiesz mi, o co chodzi z tobą i Jack’iem – mówię stanowczo, wyczekując jego reakcji. Jest nieco zdziwiony moją przesadną pewnością siebie. Szczerze mówiąc, ja jeszcze bardziej. Uśmiecha się, gdy krzyżuję ręce na piersi i unoszę brwi prowokująco. Chce wojny? Będzie ją miał, dla mnie to jedynie czysta przyjemność.
  - Zgoda. Ale jeżeli ja wygram… - zastanawia się przez krótką chwilę. – Cóż… od twojego dystansu można zrobić wyjątek, prawda?
  Kłamstwem jest, iż się tego nie spodziewałam. Christian pod tym względem prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Nie, żeby przeszkadzałoby mi to w jakiś sposób, lecz nie teraz, nie w takiej sytuacji. Chcę wreszcie dowiedzieć się, co przede mną ukrywa, a jedyną drogą ku temu jest wygrana w bilard.
  Nigdy nie miałam do czynienia z hazardem. Nie lubiłam nawet zakładać się z Arianą, kto pierwszy odpadnie w półfinałach The Voice. Zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
  - Niewyżyte dziecko – wzdycham, na co Christian jedynie wzrusza ramionami.
  - Będziesz musiała się z tym pogodzić, kochanie – stwierdza. – A więc… pool, snooker czy bilard?
  Mrugam kilka razy, analizując jego słowa. Bilard to przecież bilard. Teraz żałuję, iż kłóciłam się z tatą o pilota do telewizora, kiedy akurat transmitowali rozgrywkę danej dyscypliny. Może teraz wiedziałabym, o co chodzi. Moja wygrana będzie chyba nieco trudniejsza, aniżeli przewidywałam na samym początku.
  - A to nie to samo?
  - Czyli pool.
  Z szafki stojącej obok jednego z regałów wyciąga czarną walizkę, w której znajdują się bile. Sprawnie układa je na suknie, a następnie podaje mi kij oraz kredę.
  - Chcesz zacząć? – wygląda, jakby dobrze się bawił. Jest taki pewny swego? Z wielką chęcią zetrę mu z twarzy ten chytry uśmieszek.
  Żebyś się tylko czasem nie przeliczyła.
  Pocieram kredą o końcówkę kija, zdmuchując jego nadmiar. Nakierowując go na białą bilę, kątem oka obserwuję Brewera. Oby te długie godziny męczenia się z Jack’iem nie poszły na marne. Muszę to wygrać.
  Uderzam z wystarczającą siłą, by kula z numerem cztery wpadła do prawej łuzy, a pozostałe rozpierzchły się po stole. Uśmiecham się niewinnie, bezwiednie przygryzając dolną wargę.
  - Połówki są moje – zawiadamiam. Po chwili wbijam trzy kolejne bile, ciesząc się przy tym jak małe dziecko. Rozbawienie Christiana nie jest jednak takie widoczne, gdy ani na moment nie spuszcza ze mnie wzroku.
  - Cały dzień mógłbym patrzeć, jak pochylasz się nad tym stołem.
  Zdekoncentrowana jego komentarzem przez przypadek wbijam białą bilę, co znaczy, iż moja dobra passa się skończyła. Szlag by to, że dzisiaj zamiast spodni ubrałam krótką spódnicę. Nie było to do końca przemyślane, lecz zawsze mogę ten drobny aspekt odwrócić na swoją korzyść. Christian to Christian, wyjątkowo łatwo można go zdekoncentrować. Zwłaszcza kiedy robię to ja.
  Kiedy umieszcza w łuzach pięć kolejnych bil, zaczynam zastanawiać się, czy aby na pewno ta gra była dobrym pomysłem. Obiecałam sobie, iż będę silna, a trzymanie go na dystans to idealny pomysł. Pozostaje tylko jeden problem. Zaczynam tego żałować. Zachowujemy się teraz jak zwykła, dopiero co raczkująca para, chociaż wcześniej seks był na porządku dziennym. Trudno jest zniwelować ten nawyk, zwłaszcza że Christian nie robi absolutnie nic, aby mi pomóc. Wręcz przeciwnie – swoim zachowaniem tylko mi to utrudnia. Nie posuwa się dalej, niż powinien, doskonale zna granice, lecz to ani trochę nie powstrzymuje go przed dotykaniem mnie.
  Jeżeli wygra nasz mały zakład, mogłabym oczywiście odmówić – zademonstrować siłę mej woli i odprawić go z kwitkiem. Wątpię jednak, iż znacznie wcześniej nie zdarłabym z niego ubrań.
  - Elementarny błąd – mówię, kiedy omyłkowo wbija moją bilę zamiast swojej. To moja szansa na odegranie się.
  - Jestem tylko człowiekiem, nic na to nie poradzę. Twoja kolej.
  - Nie próbujesz przegrać, prawda?
  - Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wygrać – obdarza mnie wygłodniałym spojrzeniem, na co tylko uśmiecham się niewinnie.
   A więc dobrze. Skoro tak chce się bawić, bardzo proszę. Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, tylko żeby potem tego nie pożałował.
  Obchodzę stół, pochylając się przy każdej nadarzającej się okazji. Tym razem cieszę się, iż mam na sobie bluzkę z dekoltem. Odgarniam włosy do tyłu, spotykając się z dezaprobatą ze strony Christiana.
  - Wiem, co robisz – mówi cicho.
  - Ja tylko próbuję zdecydować, jaki będzie mój następny ruch – stwierdzam, stając centralnie naprzeciwko niego. Pochylam się, słysząc, jak głośno wciąga powietrze. Oczywiście pudłuję.
  Cholera. Cholera. Cholera.
  Przymykam oczy i robię niezadowolony grymas. Jeżeli pójdzie tak dalej, jedynie obejdę się smakiem wygranej. A tego pod żadnym pozorem nie chcę.
  - Próbuje pani mnie sprowokować, panno Crawford? – momentalnie znajduje się za mną, przyciskając mnie do swojego ciała. Jego dłoń zaczyna od mojego prawego uda, następnie pnie się wyżej. Przygryzam dolną wargę, tym samym walczę z pokusą poddania się mu.
  Nawet o tym nie myśl, nakazuję sobie. Odwracam się twarzą w jego stronę, choć nie jest to zbyt mądre posunięcie.
  - Jeśli nawet?
  - Igrasz z ogniem, kochanie. To niebezpieczne.
  Przez chwilę wydaje się, jakby miał zamiar mnie pocałować, lecz w ostatniej chwili uwalnia mnie ze swojego uścisku i jak gdyby nigdy nic wraca do gry. Typowe.
  Przechodzi na drugi koniec stołu, wbijając dwie kolejne bile do łuz. Proszę, niech kolejnym razem spudłuje. Inaczej cały mój plan weźmie w łeb.
  - Jeszcze to wygram – odgryzam się, czym wywołuję serdeczny uśmiech na jego twarzy. Uderza w białą bilę, lecz na tyle niefortunnie, by ta zamiast trafić w pomarańczową, uderza w czarną. Unoszę zaskoczona brwi, obserwując, jak wpada do prawej łuzy obok mnie.
  Christian przegrał. Nie, inaczej – to ja wygrałam. Zaczynam piszczeć i klaskać w dłonie niczym mała dziewczynka. Zaskoczony wpatruje się w stół jeszcze przez krótką chwilę. Następnie przenosi wzrok na mnie. Pędem znajduję się obok niego, odstawiając wcześniej swój kij.
  - Warto było być takim pewnym siebie, panie Brewer? – pytam z powątpiewaniem. Posyłam mu triumfalny uśmieszek i krzyżuję ręce na piersi.
  - Nie wierzę – wzdycha, przeczesując palcami włosy.
  - To uwierz. Przegrałeś, a zakład to zakład – przypominam. – Więc?
  - Na pewno nie jesteś głodna? – chwyta się ostatniej deski ratunku, chociaż doskonale wie, że zatonął. Prawdą jest, iż mogłabym równie dobrze docisnąć Jack’a, żeby powiedział mi wszystko, lecz wydobywanie prawdy z Christiana jest nieco łatwiejsze. Wiem doskonale, co na niego działa, i mogę jeszcze bardziej to wykorzystać, jeśli nawet teraz będzie się wykręcał.
  - Więc? – powtarzam, tym razem bardziej dosadnie. W końcu daje za wygraną.
  - Ostrzegam, to dosyć długa historia.
Od autorki: Nie za wiele mówiąc, mam jutro ważny sprawdzian, więc zostawiam rozdział i uciekam! Mam nadzieję, że się podoba.

L x