sobota, 23 kwietnia 2016

Thirty four / To the other side

'Najmniejsze rzeczy mogą uczynić nasze życie wielkim'


  Dane mi jest stać na tyle blisko Rebecci, by wyczuć od niej drażniący zapach alkoholu. Na stoliku nieopodal zauważam kieliszek i dwie butelki wina – obie opróżnione niemal całkowicie. Wpatruje się we mnie w mordem w oczach, lecz sekundę późnej wybucha serdecznym śmiechem. Ledwo utrzymuje równowagę, gdy próbuje podnieść się ze swojego miejsca. Odruchowo cofam się krok w tył, by stanąć za Christianem, który jest jeszcze bardziej zdziwiony ode mnie. Nie mam pojęcia, jak udało jej się tutaj wejść, bo oczywistą rzeczą jest to, że nie została tutaj zaproszona. 
  - Przyszłam ciebie… a ciebie nie było – oskarżycielsko wskazuje na niego palcem. – Annie, jak się cieszę! – piszczy, nieudolnie podchodząc w naszym kierunku. Jest niepokojąco zadowolona moim widokiem, chociaż to zapewne sprawka trunku, którego ma w swoim organizmie dosyć sporo.
  - Co tutaj robisz?!
  - Mia-miałeś być sam. Jesteś z nią – wyciąga do mnie rękę, lecz musi cofnąć się o dwa kroki, by nie upaść na podłogę – A powinieneś być ze mną, tak nam ładniee… a wam niee…
  - Uważaj na słowa – warczy, na co odruchowo ściskam jego dłoń jeszcze mocniej. Z każdą sekundą denerwuje się coraz bardziej, a ja zaczynam się bać, że to nie skończy się dobrze. Nie martwię oczywiście o Christiana, bo wiem, że nie uderzyłby kobiety – martwię się o mnie, bo jeszcze chwila, a rzucę się na tą pijaczkę i wydrapię jej oczy.
  - Nie znudził się tobą, Annie? Chyba, że.. och, rozumiem! To tylko seks, był taki film kiedyś! Ty jesteś tylko troooszeczkę grubsza… no i z dzieciakiem – po raz kolejny dzisiaj wybucha śmiechem. Obraca się wokół własnej osi, ale upada na kanapę, co tylko potęguje jej rozbawienie. Nie chodzi nawet o obrazy padające z jej ust, do tego się dawno przyzwyczaiłam i nie robią one na mnie zbyt piorunującego wrażenia. Chodzi o to, że w ogóle miała czelność się tutaj pojawić. Przez kilka dni bezkarnie mogła triumfować, być może nawet próbowała na nowo zbliżyć się do Christiana. Nie wiem i nie chcę tego wiedzieć. Zaczęliśmy wszystko od nowa, co znaczy, że w moim życiu nie ma miejsca na Rebeccę – nigdy nie powinno być, nie jest tego warta.
  - Wystarczy.
  Szatyn wyszarpuje się z mojego uścisku i jakimś cudem udaje mu się podnieść kobietę z miejsca. Informuje, że za minutę jest z powrotem, po czym wyciąga z kieszeni telefon w celu skontaktowania się z kimś. Ani na moment nie ruszam się ze swojego miejsca, nawet gdy oboje znikają mi z pola widzenia. Powinnam się przyzwyczaić do tego, że moje życie na każdym kroku jest pełne niespodzianek, niekoniecznie tych dobrych.

  - Załatwione – jak przez mgłę dochodzi do mnie głos Brewera, który nagle pojawia się w pomieszczeniu. Uśmiecha się pokrzepiająco, obdarzając delikatnym pocałunkiem moje czoło. Na moment przymykam oczy i zaciskam pięści na jego marynarce. 
  - Jak ona tu weszła?
  - Bardzo dobre pytanie – odpowiada. Unosi do góry mój podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała. – Grunt, że już jej nie ma. Założę się, że gdy wytrzeźwieje, nie będzie niczego pamiętać.
  Mimowolnie unoszę w górę kąciki ust, choć ta sytuacja nie jest wcale zabawna. Chciałam zacząć od nowa, lecz teraz widzę, że nie będzie to całkowicie możliwe.
  - Też bym wolała zapomnieć – kwituję. Gdy chce coś powiedzieć, przykładam wskazujący palec do jego ust. – Nie, proszę. Uznajmy, że to się nie wydarzyło, jestem tym zmęczona. W czym mogę spać?
  Christian uśmiecha się chytrze, całując lekko opuszek. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż powinnam jednak sformułować to pytanie nieco inaczej. Tak, zdecydowanie.
  - Musisz w czymś spać?
  - Dystans, Brewer. Dużo dystansu – upominam go, całą sobą walcząc z chęcią wybuchu śmiechem. Jego mina jest po prostu bezcenna. Rzadko spotykał się z jakąkolwiek odmową ze strony kobiet. Cóż, niech lepiej się do tego przyzwyczaja. Wszystko, co jest między nami, zarówno dla mnie i dla niego stanowi swego rodzaju nowość. Jak ognia unikałam poważnych związków, bałam się kolejnego zawodu. 
  - Zaczynamy od jutra?
  Unoszę brwi z politowaniem, obserwując jego zachęcający uśmiech. Gdyby nie sytuacja sprzed kilku minut, zapewne po raz kolejny bym mu uległa, lecz nie tym razem. Marzę jedynie o tym, by zamknąć oczy i wreszcie zasnąć. Zdecydowanie za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
  - Nawet o tym nie myśl – kwituję, po czym wreszcie daje za wygraną. – A więc?
  - Coś na pewno się znajdzie – mówi, a sekundę później składa na moich ustach pocałunek i prowadzi mnie w stronę sypialni. 
  
~*~

  Gdy się budzę, w dalszym ciągu tkwię w uścisku Christiana. Uśmiecham się pod nosem, całując delikatnie jego nagi tors. To była moja pierwsza spokojna i całkowicie przespana noc praktycznie od tygodnia. Budzik zadzwoni dopiero za około piętnaście minut, więc mogłabym spokojnie jeszcze przez jakiś czas bezkarnie tkwić w ramionach szatyna. Dzisiaj kolejny już mój pierwszy dzień w pracy. Niby nic szczególnego, a denerwuję się bardziej niż te kilka miesięcy temu, choć wtedy nie wiedziałam dokładnie, co mnie czeka. Teraz wiem, lecz nie zmienia to faktu, iż jestem autentycznie przerażona. Muszę przygotować się na przesłuchanie Stelli, nie da się zbyć byle jakim tłumaczeniem. Szczerze mówiąc, ona obchodzi mnie najmniej. Nie chcę, by dowiedziała się o mnie i Christianie – ani ona, ani nikt inny z firmy. Przez tyle czasu perfekcyjnie ukrywaliśmy nasze bliższe relacje, oby teraz było to równie proste.
  Jeśli nie zaryzykuję, nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie zaczynaliśmy jak każda normalna para, my po prostu zaczęliśmy ze sobą sypiać. I to był błąd, a teraz mamy szansę, by jakoś spróbować go naprawić. 

  Wyplątuję się z uścisku mężczyzny, uważając, by go nie zbudzić. Kroki kieruję do kuchni, mój organizm rozpaczliwie potrzebuje porannej dawki kofeiny. Nie zauważam nigdzie pani Jones, może to nawet lepiej. Uwielbiam ją, lecz nie miałabym siły ani ochoty na tłumaczenia, czemu przez jakiś czas się tutaj nie pojawiałam. A pytałaby na pewno. Czekając aż napój nieco ostygnie i nada się do picia, postanawiam sprawdzić, czy Christian już się obudził. 
  Gdy wchodzę do pomieszczenia, mężczyzna już nie śpi. Patrzy na mnie i oddycha z ulgą. Nie za bardzo rozumiem. Czyżby założył, iż wyszłam w środku nocy i wróciłam do siebie?
  - Myślałem, że mi uciekłaś.
  Posyłam mu ciepły uśmiech. No tak, to z mojej strony byłoby bardzo typowe. Jestem dorosła i winnam raczej akceptować konsekwencje swoich czynów, a nie unikać ich i udawać, że nie istnieją. Zajęło mi to dość sporo czasu, lecz wreszcie przyswoiłam sobie tę wiadomość. Lepiej późno niż wcale, prawda?
  - Mam dość uciekania – stwierdzam. Chcę być blisko niego. Potrzebuję tego niczym powietrza. Jeżeli ledwo wytrzymałam bez niego tydzień, a byłam praktycznie na skraju załamania nerwowego, jak niby miałabym zacząć w Chicago wszystko od początku? Coraz bardziej dociera do mnie, jak wielką i nieprzemyślaną w ogóle głupotę chciałam popełnić. W niebezpieczny sposób się od niego uzależniłam, co w żadnym wypadku nie jest dobre. Chcę słyszeć jego niski głos, czuć jego elektryzujący dotyk. Chcę zasypiać wtulona w niego, gdyż wtedy wiem, że nic mi się nie stanie.
  Nie, to nie jest dobre. Ale skoro nazywa się to uzależnieniem, nie chcę iść na odwyk.
  Siadam na nim okrakiem, biorąc w posiadanie jego usta. Dotyka nagiej skóry na moich plecach, pnąc się w górę do zapięcia mojego biustonosza. Mimo iż pragnę go jeszcze bardziej, aniżeli on pragnie mnie, nie mogę mu na to pozwolić. Wczoraj coś ustaliliśmy – przez jakiś czas zero seksu. Niech sytuacja chociaż trochę wróci do normy. Jednak sądząc po tym, jak moje ciało reaguje na jego bliską obecność, wytrwanie w tym postanowieniu będzie wyjątkowo trudnym zadaniem. 
  - Muszę wrócić do siebie i się przebrać.
  - A co ty na to, żeby cały dzień zostać tutaj?
  - Zapomniałeś? – unoszę zaskoczona brwi, przez co posyła mi pytające spojrzenie. – Dzisiaj mój pierwszy dzień w pracy, nie chciałabym się spóźnić.
  Słyszę jego serdeczny śmiech, a zaraz nasze wargi po raz kolejny się stykają. Owszem, sto razy bardziej wolałabym spędzić czas w towarzystwie szatyna, jednak te plany muszę przenieść na inny termin. Ciekawi mnie reakcja Stelli, gdy znowu zobaczy mnie przy biurku. Nie wymyśliłam wprawdzie wytłumaczenia, którym mogłabym zbyć jej wszelkie pytania, lecz mam nadzieję, że jakiś pomysł wpadnie mi do głowy. W przeciwnym razie będę improwizować, mimo iż nie zawsze wychodzi mi to najlepiej.
  - Więc dotrzymać mi towarzystwa – przyciąga mnie do siebie, gdy próbuję z powrotem stanąć na nogi. – Żeby była jasność. Mówię to jako twój szef.
  - Sprytne zagranie, ale nie tym razem – stwierdzam, szybko wyswobadzając się z jego uścisku. – Ty też się spóźnisz, tak tylko ci przypominam.
  - Ale pomyśl! – nie ma zamiaru dawać za wygraną. – Nie wrócisz po swoje rzeczy, bo nie będziesz musiała się przebierać. Po co masz niepotrzebnie tracić czas?
  Kręcę z rozbawieniem głową, biorąc do rąk sukienkę i buty z wczorajszego wieczoru. Ku niezadowoleniu szatyna znikam w łazience, by z powrotem je na siebie założyć. Z rozczochranymi włosami i zerowym makijażem wyglądam o wiele gorzej niż te kilka godzin temu, lecz aktualnie nie mam zbyt wielkich możliwości, aby móc doprowadzić się do porządku. 
  - Musiałaś, prawda? – pyta, gdy dołączam do niego w kuchni. Bierze łyk kawy, którą wcześniej przygotowałam również dla niego. 
  - Wiesz, że tak.
  Pani Jones z powodu choroby przez kilka dni została w domu, więc kolejne dwadzieścia minut spędzamy na wspólnym przygotowaniu śniadania. Tak jak to robią normalne pary. Minie trochę czasu, zanim w pełni to sobie uświadomię. Ja i Christian. Czyż nie brzmi to co najmniej irracjonalnie? Może i tak, ale na tym właśnie opiera się ludzka egzystencja. Na irracjonalności.
  - Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli Jason cię odwiezie? Przed dzisiejszym zebraniem muszę jeszcze zająć się paroma sprawami.
  Chciał spędzić ten dzień ze mną, podczas gdy ma do zrobienia milion istotniejszych rzeczy. Nie chcę, żeby poświęcając uwagę mojej osobie, zaniedbywał swoje obowiązki. Poza tym trudno byłoby wytłumaczyć mi się z tego, że w mój pierwszy dzień Christian zadał sobie ten trud i przyjechał po mnie.
  - Do zobaczenia potem – mówię, ostatni raz go całując i kieruję się w stronę windy. Czuję, że ten dzień będzie dobry. Przecież musi być.

~*~

  W drodze między parterem a ostatnim piętrem zostaję zaczepiona przez ponad dwadzieścia osób, które cieszą się, że wróciłam i znowu będą mogły codziennie mnie widywać. Nie powiem, jest to bardzo miłe, ale też ogromnie kłopotliwe i krępujące. Nie sądziłam, że mogę być osobą, za którą ludzie tęsknią bez żadnego wyraźnego powodu. Nie sądziłam również, iż kiedykolwiek jakiś mężczyzna spojrzy na mnie inaczej aniżeli na swoją kolejną jednonocną przygodę. Życie jest pełne niespodzianek. Nie, żebym jakkolwiek miała coś przeciwko temu.
  Clarie czeka cierpliwie przy drzwiach windy, by od razu zamknąć moje ciało w stalowym uścisku. Niektórzy, przechodząc obok, zaszczycają nas zdziwionymi spojrzeniami. Płacząca i jednocześnie krzycząca w niebogłosy kobieta potrafi zrobić niemałe przedstawienie. Odwzajemniam jej gest, cicho śmiejąc się pod nosem. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi tego wszystkiego. Obym już nigdy nie musiała przekonywać się, jak to jest.
  - Chryste, nie masz pojęcia, jak się cieszę! – piszczy przejęta i chwyta moją dłoń, gwałtownie pociągając w sobie tylko znanym kierunku. – Mam ci tyle do opowiedzenia. Skoro już tu jesteś lepiej dla ciebie, żebyś się nigdzie nie wybierała, bo następnym razem skopię ci dupę. Jasne?
  - Jak słońce – potwierdzam, salutując niczym żołnierz na służbie.
  Przez tydzień musiała trzymać język za zębami, ponieważ nie chciałam, by mówiła o czymkolwiek związanym z pracą tutaj. Oczywiście wiadomości o Stelli nie mogła tak po prostu przemilczeć, ale poza tym nie mam bladego pojęcia, co działo się tutaj przez czas mej nieobecności. Daniels będzie w swoim żywiole, jest lepsza niż niejeden portal plotkarski.
  - A więc! Pamiętasz, jak kiedyś Meghan… wiesz, ta z księgowości, na pewno ją kojarzysz… 
  - Ana? – dobiega do nas zaskoczony głos Evans. No tak, prędzej czy później musiałam się tego spodziewać. Wolałabym jednak, by było to raczej później. O wiele później.
  Obie odwracamy się w jej kierunku, Clarie ledwo powstrzymuje śmiech. Nie jest zbytnio zadowolona moim widokiem, chyba nawet nie próbuje tego ukryć.
  - Jak widać.
  - To ja może… coś tam miałam zrobić – stwierdza rudowłosa, momentalnie znikając z pola widzenia. Założę się, że chowa się za ścianą, za nic nie przepuści takiej okazji. Żywię nadzieję, iż niedługo pojawi się Christian i zechce pokazać swojej nowej pracownicy zakres obowiązków, tym samym ratując mnie przed tą konwersacją.
  - Jednak wracasz. Jak przekonałaś do tego Christiana?
  Nie za bardzo wiem, co winnam jej odpowiedzieć. Na pewno nie prawdę, to absolutnie nie wchodzi w grę. Nie musiałam go do niczego przekonywać, to on nie chciał odpuścić, dopóki się nie zgodziłam.
  - W jakim sensie?
  - Kiedy wczoraj od niego wyszłaś, był cały w skowronkach. Widziałam go dzisiaj, ma aż za dobry humor – spogląda w moją stronę z wyraźnym wyrzutem. Jednak udało mu się dotrzeć tutaj przede mną. 
  - Coś mi sugerujesz?
  Przyznam szczerze, iż nie do końca pojmuję jej tok myślenia. Dosłownie wszędzie doszukuje się jakiegoś drugiego dna lub seksualnego podtekstu, co często oczywiście idzie ze sobą w parze. Po części może i ma rację, lecz nawet wszechwiedząca Stella czasami się myli. Nie spałam z Brewerem, by odzyskać posadę. W ogóle nie musiałam nic robić.
  - Nie wiem, a powinnam? Obserwuję cię, Annie.
  - Kupić ci lornetkę? Będzie łatwiej.
  - Mało zabawne – warczy, krzyżując ręce na piersi. – Mogę chociaż dowiedzieć się, dlaczego postanowiłaś odejść?
  - Mówiłam już, sprawy osobiste.
  Nie chcę, by dłużej drążyła ten temat, a ciągłe powtarzanie jednego i tego samego powinno już dawno ją znudzić. Zgoda, o wiele łatwiejsze będzie wyjawienie wszystkiego, lecz doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak moje życie wyglądałoby dalej. Pewne jest to, iż nie mogłabym tutaj pracować, Stella na każdym kroku albo szydziłaby ze mnie, albo znalazła sposób, by uprzykrzyć mi życie. W końcu mam coś, czego ona nie ma i nigdy, mam nadzieję, mieć nie będzie – Christiana.
  - Skoro tak… powodzenia w pierwszym dniu pracy – uśmiecha się na odchodnym, a po chwili zostaję sama na korytarzu. 
  Powodzenia. Przyda się. Nawet bardzo.
Od autorki: Ostatnio każdy rozdział kończę chwilę przed dodaniem, nawet go nie sprawdzając. Tak jest i tym razem, lecz mam nadzieję, że nie ma zbyt dużo błędów. Ale ej! Wyrobiłam się w terminie, także jakiś progres jest. Dzisiejszy dzień był dosyć męczący, więc zamiast jakoś się rozpisywać, pragnę jedynie obwieścić, że wszelkie zaległości postaram się nadrobić jutro, ewentualnie w poniedziałek, jeśli znajdę czas. Oby rozdział Wam się spodobał. Do następnego!

L x

środa, 6 kwietnia 2016

Thirty three / Never fear shadows

'Miłość bez jednej choćby rany to nie miłość'


  Mniej więcej w porze obiadowej budzi mnie telefon od Alison. Dopiero po chwili orientuję się, że zasnęłam na kanapie z pilotem w ręku, oglądając powtórkę najnowszego odcinka Modern Family. Po powrocie do mieszkania nie miałam ani siły, ani ochoty na coś bardziej ambitniejszego, kilka nocy bez snu wreszcie dało o sobie znać. Za siedem godzin pojawi się tutaj Christian, by zabrać mnie na kolację. Nie mam zielonego pojęcia, w co się ubiorę, ale to akurat jest sprawa drugorzędna. Nie wiem, jak ma teraz wyglądać nasza relacja i boję się, że nic dobrego z naszej dzisiejszej rozmowy nie wyniknie.
  - Annie, skarbie, powiedz, że jesteś u siebie – zatroskany głos cioci dochodzi do mnie dopiero po chwili. Szczelniej przykrywam się kocem, ponownie przymykając oczy.
  - Jestem. A czemu?
  - Wspaniale! – nieco dziwi mnie jej przesadny entuzjazm. Nie powiedziałam Gilbertom, że jednak zostaję w Nowym Jorku, więc może chodzi właśnie o to. Jeśli tak, muszę jak najszybciej wyprowadzić ją z błędu. – Dosłownie za dwie minuty u ciebie jestem, do zobaczenia.
  Rozłącza się, zanim odpowiadam. Niechętnie podnoszę się, rozciągając mięśnie ramion. Powolne kroki kieruję do kuchni, by przygotować dla mojego gościa kubek gorącej kawy. Czuję, że będziemy miały o czym porozmawiać.

  Alison po przekroczeniu progu zdaje się mnie ignorować. Rozgląda się po salonie, idzie do kuchni i natychmiast biegnie do sypialni. Cały czas mruczy coś pod nosem, lecz nie jestem w stanie tego usłyszeć. Nie komentuję jej zachowania, nie mam pojęcia jak. Niecodziennie ktoś robi sobie w moim mieszkaniu wycieczkę krajoznawczą. Raczej się do tego nie przyzwyczaję.
  - Nie ma – stwierdza, gdy wreszcie zajmuje miejsce na kanapie. Wlepia we mnie swój świdrujący wzrok, pod którego wpływem zaczynam odkrywać w pomieszczeniu warte obserwacji przedmioty. Nie jestem w stanie spojrzeć jej w oczy. Kobieta ma to do siebie, że wyciągnie z każdego absolutnie wszystko, co chce usłyszeć. A ja nie mogę na to pozwolić.
  - Czego nie ma?
  - Spakowanych walizek. Biletu. Niczego nie ma. Proszę, powiedz mi, że jednak zmieniłaś zdanie.
  - Właściwie to… zamierzałam do was przyjść i powiedzieć o tym osobiście – zaczynam. – Nie. Nie wracam do Chica…
  Nie dane mi jest dokończyć zdania, gdyż niemal od razu Alison zamyka mnie w swym stalowym uścisku. Piszczy ze szczęścia głośniej niż Ariana, kiedy na dnie opakowania znajdzie jeszcze okruszki ulubionych paprykowych chipsów. A to ciężko przebić, zapewniam.
  - Kochanie, nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę! – mówi, gdy proszę ją o ponowny dostęp tlenu. – Dobrze, że zabroniłam Henry’emu cokolwiek robić, teraz nie będzie problemów. Kiedy wróci Jack, koniecznie musisz wpaść do nas na kolację.
  - Dziękuję – dukam nieśmiało. Naprawdę żałuję, że nie urodziłam się jako Anastasia Gilbert, wtedy wszystko byłoby o wiele mniej skomplikowane.
  - A teraz powiedz, tylko szczerze. Dlaczego w ogóle wpadł ci do tej pięknej główki tak absurdalny pomysł? – jej nastrój momentalnie ulega zmianie. Staje się poważna jak chyba nigdy wcześniej. Nie powiem przecież prawdy, teraz sama mam ochotę roześmiać się z powodu własnej głupoty. Chciałam porzucić wszystko tylko dlatego, że pokłóciłam się z Christianem. A teraz między innymi ze względu na niego decyduję się zostać w Nowym Jorku. Wczoraj rano wmawiałam sobie, że nie mogę go kochać, a dzisiaj z własnej woli poszłam do jego biura, odzyskałam pracę, dałam się zaprosić na kolację i na dodatek pocałować. To wykracza poza jakikolwiek sens.
  Bardzo ze mną źle?
  - Chwila słabości – zmuszam się do uśmiechu. – Byłam po prostu zmęczona tym wszystkim i pomyślałam… wiesz, że może to będzie lepsze rozwiązanie.
  Przez chwilę nic nie mówi. Jedynie wpatruje się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jest jednocześnie szczęśliwa, ale też zatroskana.
  - Co on ci zrobił, kochanie?
  Wstrzymuję oddech. Wie o Christianie. Ale skąd? Jak? Nikomu poza Arianą i Clarie nie zdradzałam prawdziwego powodu mojej decyzji. Nikomu. Więc jakim cudem Ali o tym wie? Domyśliła się? Nigdy w jej obecności nawet nie wspomiałam, iż z Brewerem łączą mnie bliższe stosunki. Wiedziała tylko, że pracuję dla niego. No tak, pan prezes i sekretarka, wielce ambitne połączenie i jakże oryginalne. Naprawdę jestem aż tak przewidywalna? Nie, to niemożliwe.
  - O czym mówisz?
  - Doskonale wiesz. Nie jestem tylko pewna, czy między wami już wszystko w porządku. Kiedy tutaj szłam, chciałam ci powiedzieć, że swoim wyjazdem dajesz mu satysfakcję, ale na całe szczęście obeszło się i bez tego – stwierdza, pokrzepiająco ściskając moją lewą dłoń. – Nie wiem wprawdzie, o kogo dokładnie chodzi, ale widziałam to z daleka. Byłaś zakochana. Nadal jesteś, prawda? To zabawne, że ludzie w twoim wieku potrafią być tak mało pewni siebie.
  Otwieram usta, lecz nie wypowiadam ani słowa. Nie mam pojęcia, co dokładnie winnam powiedzieć. Nasza rozmowa trwa jeszcze niecałe piętnaście minut. Po tym kobieta dostaje telefon od Harry’ego z informacją, iż ich kuchnia prawie spłonęła po próbie ugotowania przez niego posiłku. Wujek jest wspaniałym człowiekiem, ale szczerze mówiąc, wolałabym głodować przez tydzień aniżeli spróbować jego specjalności. Za każdym razem powtarza, że kubki smakowe większości ludzi, których zna, nie są na odpowiednim poziomie, by zrozumieli oni jego niekwestionowany talent kulinarny.

~*~

  Jest dopiero kilka minut przed dwudziestą, a ja chciałabym, by ten dzień wreszcie się skończył. Z jednej strony pragnę mieć tę rozmowę już za sobą, z drugiej zaś – wręcz przeciwnie. Stęskniłam się za Christianem, mimo iż nie widzieliśmy się jedynie tydzień. Tylko albo aż tyle. Dla mnie była to istna męka, dla niego podobno też. Nie mam zamiaru teraz się nad tym rozwodzić, niedługo przyjdzie na to czas.
  Wiem jedynie, iż wybrane przeze mnie buty to istna tortura. Nie są bardzo wysokie, choć niezbyt wygodne, ale moje nogi wyglądają na nieco dłuższe, niż są w rzeczywistości, więc te kilka godzin mogę się w nich pomęczyć. Chciałam wyglądać najlepiej, jak się tylko da, chociaż nie jestem do końca przekonana, czy efekt jest zadowalający. Mam na sobie burgundową odrobinę obcisłą sukienkę sięgającą około do połowy uda. Lekko podkręcone włosy swobodnie opadają mi na ramiona, z makijażem postanowiłam nie przesadzać. Jedyny wyjątek stanowi również burgundowa szminka nadająca całości nieco drapieżności.
  Gdy otwieram drzwi, moje nogi są jak z waty. Technicznie rzecz biorąc, nie mam absolutnie czym się denerwować, lecz od strony praktycznej wygląda to zupełnie inaczej. Cała się trzęsę. W przeciwieństwie do wiecznie pewnego siebie Christiana, który na mój widok lubieżnie się uśmiecha.
  - Wyglądasz… - przerywa, szukając odpowiedniego słowa. – Po prostu idealnie.
  - Dziękuję – mruczę cicho, lekko przygryzając wnętrze prawego policzka. – Idziemy?
  - Co? Emm.. tak, oczywiście.
  Nie może oderwać ode mnie wzroku, jakbym była ósmym cudem świata. Może i powinnam być do tego już przyzwyczajona, lecz za każdym razem czuję się onieśmielona. Nic dziwnego. Większość kobiet jedynie marzy o tym, by spoglądał na nie w taki sposób, by pragnął ich w taki sposób. A ja to dostaję.

  Spodziewałam się trudnej rozmowy i nerwowej atmosfery, lecz – dzięki Bogu – ogromnie się pomyliłam.  Mam wrażenie, że oboje zapomnieliśmy właściwie, dlaczego tutaj jesteśmy. Ani razu jeszcze nie poruszyliśmy jednoznacznie tematu, który mieliśmy poruszyć. Po prostu rozmawiamy, popijając wino, i żartujemy, jakby nic się nie stało, jakby między nami było tak jak jeszcze dwa tygodnie temu lub nawet jeszcze lepiej. Nie powiem, odpowiada mi taki stan rzeczy, lecz zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie możemy tego odwlekać w nieskończoność. Nie wiem jedynie, jak zacząć tę trudną konwersację… od czego ją zacząć.
  Christian to jedna z naprawdę niewielu osób, przy których nie muszę nikogo udawać, mogę być w pełni sobą. Kiedyś wyśmiałabym tego, kto zasugerowałby, że tak się do niego zbliżę. Pod względem fizycznym i mentalnym. A jednak.
  - Musimy porozmawiać. Wiesz o tym – mówię w końcu, odstawiając pustą lampkę po winie.
  - Szczerze mówiąc, liczyłem odrobinę na to, że zapomniałaś – odpowiada z rozbrajającym uśmiechem na ustach. Chciałabym zapomnieć, naprawdę. Nawet nie ma pojęcia jak bardzo.
  - Nie tym razem, Chris.
  - No cóż… nie mam pojęcia, co chciałabyś usłyszeć, ale wiedz, że nie mam zamiaru z tego rezygnować. Z nas zrezygnować. Kiedy mówiłem, że cię kocham, nie kłamałem. Szkoda tylko, że zorientowałem się dopiero po twoim odejściu. Żałuję tego, jak cię potraktowałem, Annie, i czuję się z tym podle.
  To głównie moja wina, nie powinien obwiniać wyłącznie siebie. Nie powinnam się tak łatwo poddać i za wszelką cenę wytłumaczyć mu wszystko, kiedy przyszłam do niego następnego dnia po telefonie od Calvano. Nie zrobiłam tego jednak. Może wtedy tyle by się nie wydarzyło, może w ciągu tego tygodnia, kiedy wypłakiwałam oczy, nigdy nawet nie pomyślałabym o powrocie do domu. O ile to miejsce w ogóle można nazwać domem.
  - Tak, jak mówiłam wcześniej. Oboje zawiniliśmy, ale musisz zrozumieć, że nie mogłam ci o tym powiedzieć ot tak. Zwykle o takich rzeczach nie rozmawia się przy śniadaniu, chociaż może się nie znam – stwierdzam, na co parska śmiechem.
  - Celna uwaga.
  - Więc co teraz?
  - Zgódź się, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa. Zero tajemnic, zero niedomówień. Tak, jak powinno być od początku.
  Przygryzam dolną wargę, spoglądając mężczyźnie prosto w oczy. Pragnę tego jak niczego na świecie, więc moja odpowiedź nie będzie szczególnym zaskoczeniem. Uważam jednak, że odrobina dystansu jest dosyć wskazana, chociaż na samym początku. W większości związków ludzie nie zaczynają relacji od wspólnie spędzonej nocy. My tak właśnie zrobiliśmy i może to był błąd. Teraz już jednak odrobinę za późno, by oceniać nasze postępowanie. Fakt, jesteśmy dorośli i odpowiedzialni (przynajmniej jedno z nas), więc powinniśmy traktować to poważnie. Mam nadzieję, że tym razem tak będzie.
  - Nie chcę się znowu ze wszystkim śpieszyć – informuję go. Wątpię, by nie zrozumiał, o co mi chodzi.
  - Ja też nie – zapewnia. – Z czasem jakoś to wszystko rozpracujemy.
  - Tęskniłam, wiesz?
  Jego czułe spojrzenie i uroczy uśmiech za każdym razem poprawiają mi humor. Nie wiem, czym zasłużyłam sobie, by jego wybór padł właśnie na mnie, ale ani przez moment nie zamierzam się z tym spierać.
  - Wiem – odpowiada, chwytając moją dłoń. – Teraz, mam nadzieję, nie masz nic przeciwko, żebyśmy pojechali do mnie? – kiedy chcę zaprzeczyć, momentalnie dodaje: - Tak, tak. Rączki przy sobie, obiecuję… że przynajmniej się postaram.
  Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu.
  - Trzymam cię za słowo, Brewer.
  Szatyn reguluje rachunek, po czym możemy spokojnie udać się do jego apartamentu. Cały czas powtarzam sobie, żeby trzymać go na dystans, że to na początku ułatwi wiele spraw. Jednak gdy w trakcie jazdy niby od niechcenia dotyka mojego uda, każdy mięsień na moim ciele się spina. Zawsze reagowałam tak na jego dotyk, lecz teraz to już przesada. Nie jest normalne, by jeden człowiek miał na mnie tak wielki wpływ, nie robiąc właściwie nic.
 
~*~

  Kiedy przekraczamy próg apartamentu, mogę wreszcie zrobić to, na co czekałam praktycznie cały wieczór.
  - Nienawidzę tych butów – stwierdzam, po czym szybko je ściągam. Christian śmieje się serdecznie, kręcąc z rozbawieniem głową. Chcę przejść do salonu, lecz w ostatniej chwili przyciąga mnie do siebie. W lewej dłoni trzyma małe pudełeczko. Zabawne, wydaje mi się, że już je kiedyś widziałam.
  - Zapomniałem o tym. Jest twoja. Kolejnych zwrotów nie przyjmuję.
  Moim oczom ukazuje się bransoletka. Ta sama, którą podarował mi wtedy. Ta sama, którą mu oddałam. Zachował ją.
  - Kolejnych zwrotów nie będzie – informuję, a uśmiech sam ciśnie mi się na twarz. Szczerze mówiąc, myślałam, że oddał ją albo wyrzucił jeszcze tego samego dnia. Ale, dzięki Bogu, byłam w błędzie.
  Jestem boso, więc różnica wzrostu między nami nieco się zwiększyła. By go pocałować, muszę wspiąć się na palce. Ochoczo odwzajemnia mój gest, przyciskając moje ciało do najbliższej ściany. Z zaskoczenia upuszczam trzymane buty na podłogę i obejmuję jego szyję.
  - Co ja ci mówiłam? Rączki przy sobie.
  Gdy próbuje odnaleźć zamek od sukienki, jakimś cudem mobilizuję się i odrywam od niego. Nie mam zamiaru pozwolić mu rozebrać się kilka sekund po wejściu do jego apartamentu. Ani teraz, ani w ogóle. Nie przyszłam tutaj, by dać się zaliczyć. Chcę spędzić tę noc w ramionach Christiana, ale bez żadnych seksualnych podtekstów. Tak bardzo się za nim stęskniłam.
  - Wedle życzenia – mruczy, pociągając ustami za moją dolną wargę. Dla mnie to prawdopodobnie trudniejsze niż dla niego. Każda komórka mojego ciała uporczywie go pragnie.
  Łapię go za obie ręce i prowadzę go w stronę salonu. Idę tyłem, ryzykując bolesne spotkanie ze ścianą, lecz mam nadzieję, iż znam to pomieszczenie wystarczająco dobrze, by takiego scenariusza uniknąć.
  - Nie miałabyś ochoty na… - przerywa w pół zdania. Jego wyraz twarzy zmienia się diametralnie, jest wściekły. Chociaż to zdecydowanie mało powiedziane. Co ciekawe nie patrzy jednak na mnie, lecz na coś znajdującego się z tyłu.
  - Co to ma, kurwa, być?!
  Zaskoczona odwracam się, ostatecznie nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Mniej zaskoczyłby mnie wielki tort na środku i wyskakujący z niego klaun. Spodziewałabym się wszystkiego, naprawdę.

  Ale nie tego.
Od autorki: Ogólnie miał być wczoraj, ale ten tydzień od samego początku jest dla mnie dosyć pechowy i męczący, więc nawet nie będę próbowała się usprawiedliwiać. Nie wyszedł taki, jak chciałam, przyznaję bez bicia, ale coś już musiałam dodać, więc przykro mi xd Nie mam zbytnio czasu jakoś się rozpisywać, także powiem tylko, iż znowu zmieniłam literkę przy imieniu. To może nieco irracjonalne, ale z tym H mam dużo wspomnień. Zaczynałam i chcę skończyć z nią:)



L x