sobota, 27 lutego 2016

Thirty one / Because it mattered

'Samotność nie zawsze oznacza, że brakuje nam towarzystwa'


  - Czy ty do reszty już straciłaś rozum?! Żyję pośród wariatów, przysięgam. Annie, wiesz, że cię kocham, ale to jest jakaś parodia. To jest gorsze niż…
  - Ale nic jeszcze…
  - Tak, wiem, oczywiście! Ty nigdy nic. Powiedz mi, kiedy na to wpadłaś. Nikt o zdrowych zmysłach przecież nie…
  - Ali, daj jej dojść do słowa – mam szczęście, że chociaż wujek choć trochę mnie rozumie i próbuje obronić przed frustracją żony.
  - Henry, rozmawiam z twoją chrześniaczką. Bądź łaskaw i zamilcz. Dziękuję. A teraz na czym to ja skończyłam? Ach tak! Anastasio Rosalie Crawford. Masz pojęcie, co ty robisz ze swoim życiem? Bo ja sądzę, iż nie za bardzo. Zastanawiałaś się chociaż przez moment…
  Alison i Henry Gilbertowie należą do najbardziej przewidywalnych osób, jakie kiedykolwiek w życiu poznałam. Gdy podzieliłam się z nimi informacją o planowanej przeprowadzce, ciocia z miejsca zaczęła prawić kazanie o tym, jak nieprzemyślaną i bezsensowną decyzję podjęłam. Na nic zdają się tłumaczenia jej męża i próby opanowania, ta kobieta jest jak katarynka – może mówić o jednym i tym samym cały boży dzień. Czy drugi rozmówca tego chce, czy nie. Grozi, że zadzwoni do Jack’a i sprowadzi do z powrotem z Los Angeles, by tylko przemówił mi do rozumu.
  Musieliśmy przełożyć nasze wspólne wyjście, gdyż obowiązki zmusiły go do wizyty w Mieście Aniołów. Nie winię go, ma odpowiedzialną pracę i powinności, z których musi się wywiązać. Dla mnie to nawet lepiej, potyczki z trzecim Gilbertem jednego dnia chyba bym nie zniosła.
  Obserwuję zdezorientowany wyraz twarzy szatynki krążącej po całym domu, która co kilka słów rzuca pod nosem piękną wiązankę przekleństw na moją mamę, swojego męża i na mnie. Nie będę polemizować z faktem, iż przez większość swego życia Alison to chodzący anioł. Wystarczy jednak chwila, by zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, wtedy trzeba jak najszybciej uciekać gdzie się tylko da. Aktualnie znajduję się w samym centrum huraganu, który zresztą został wywołany tylko i wyłącznie z mojej winy.
  - Kochanie, ty tu nic nie zdziałasz. Może policz do dziesięciu? – mężczyzna spogląda na mnie przepraszająco, ja jedynie wzruszam ramionami. Nie jest tajemnicą, iż Charlotte Crawford jest numerem jeden na liście śmiertelnych wrogów jego żony. Sama dokładnie nie wiem, dlaczego pałają do siebie taką niechęcią. Jest tak, odkąd się urodziłam, a jakoś nikt specjalnie nie zadał sobie trudu, by mi to racjonalnie wytłumaczyć.
  - Henry, co ja mówiłam?
  Udaje, że zamyka swoje usta na klucz, a następnie wyrzuca go daleko za siebie. Mimowolnie parskam śmiechem, przez co ciocia piorunuje mnie ostrym spojrzeniem. Czuję się niemal jak na przesłuchaniu policyjnym. Brakuje tylko klaustrofobicznego pomieszczenia, lustra weneckiego przede mną i ostrej lampy skierowanej prosto w moją twarz. Ale jest patent z dobrym i złym gliną, ta jedyna rzecz pozostaje niezmienna.
  Po kilku okrążeniach wokół stolika do kawy, wydaje się, jakby kobieta odzyskała dawny spokój ducha. Bierze kilka głębokich wdechów i przymyka oczy. Te zajęcia jogi naprawdę pomagają w odstresowaniu się. Może w Chicago też poszukam czegoś takiego.
  Ostatecznie staje na tym, że mam to jeszcze przemyśleć. Szybko ewakuuję się z ich mieszkania, nie mając szczególnej ochoty na powtórkę z rozrywki. Wolę nie być obecna przy kolejnej serii wyrzutów do całego świata w wykonaniu Alison Gilbert. Zważywszy na to, iż znowu będą skierowane we mnie.

~*~

  Wracam prosto do siebie, mimo iż planowałam jeszcze udać się na siłownię. Jestem zbyt zmęczona i głodna, by myśleć o jakichkolwiek ćwiczeniach. Poza tym muszę zacząć pakowanie i porządkowanie wszystkich rzeczy. Dzisiaj rano dzwoniłam do taty i powiadomiłam go o swoich zamiarach. Nie widziałam go wprawdzie, lecz po tonie jego głosu i ilości powtórzeń słowa ‘fantastycznie’ śmiem stwierdzić, iż bardzo się ucieszył. Prosiłam jednak, by na razie nie mówił nic mamie, ja muszę to zrobić.
  Na razie stać mnie jedynie na wyciągnięcie walizek i wyrzucenie połowy mojej szafy na podłogę. Zapowiada się naprawdę długa noc. Jutro muszę zarezerwować bilet, choć aktualnie mam przed oczami lodówkę. Przysięgam, ona mnie woła. Dzisiejszego dnia jedynym posiłkiem, jaki spożyłam, była kawa i pół kawałka ciasta z malinami, mój brzuch głośno daje o sobie znać. Nie kłopocąc się chociażby uprzątnięciu kilku rzeczy z łóżka, zmierzam do kuchni. Wyciągam wszystkie rzeczy potrzebne do zrobienia naleśników, dziękując w duchu sobie samej, że kupiłam ostatnio masło orzechowe.
  Gdy prawie kończę przygotowanie upragnionego posiłku, słyszę, iż ktoś usilnie chce wejść do mojego mieszkania. To na pewno Ariana czegoś zapomniała, a nie przyszło jej do głowy, by użyć telefonu i mnie o tym powiadomić. Chyba, że to telefonu zapomniała. Nie, mało prawdopodobne. Jeśli mam zgadywać, chodzi o słuchawki, bez których biedna nie przejdzie na chodniku kilku metrów. Dziwne tylko, że przypomniała sobie o tym dopiero kolejnego dnia. Zdejmuję więc patelnię z płyty indukcyjnej i pędzę do drzwi.
  - Czego znowu nie… - zamieram w pół słowa, a z mojego gardła wydobywa się cichy pisk.
  Christian Brewer nonszalancko opiera się o framugę drzwi, lecz na mój widok od razu staje wyprostowany. Widać po nim, że jest spięty. Cóż, nie bardziej ode mnie.
  - Musimy porozmawiać, Ana – mówi poważnym głosem.
  Prycham skonsternowana, usilnie walcząc z chęcią, by zatrzasnąć mu drzwi. Jeśli miałabym szczęście i stoi on w odpowiedniej odległości, mogłabym złamać mu nos. Zbyt okrutne?
  Teraz chce rozmawiać?, pytam samą siebie. Niedawno jeszcze nie chciał na mnie patrzeć, a teraz z własnej woli przychodzi tu i prosi o rozmowę.
  - Mamy jeszcze o czym?
  Na początku nachodzi mnie myśl, że coś zostawiłam. Ale minął tydzień. Chyba zorientowałby się najpóźniej następnego dnia, prawda? Ta opcja odpada. Może chce mnie jeszcze podręczyć? Albo zaprosić na ślub z Rebecką? Raczej nie, byłabym ostatnią osobą, o której oboje pomyśleliby podczas układania listy gości. Więc o co chodzi?
  - Nie chciałem słuchać, co ty chciałaś powiedzieć. Ja chyba…
  - Coś ci się odmieniło, tak? – zaciskam usta w wąską linię i spuszczam wzrok. Nie mam siły na niego patrzeć. Po kilku minutach proszenia mnie, bym dała mu chociaż pięć minut, decyduję się wpuścić go do środka. Pięć minut i ani chwili dłużej. Chcę dokończyć pakowanie, a on tylko mi przeszkadza. Widok Christiana jedynie jeszcze bardziej uświadamia mi, jak bardzo chcę odpocząć i wyrwać się od tego wszystkiego. Może i moja decyzja jest spontaniczna i praktycznie w ogóle nieprzemyślana, moim życiem w większości rządzi przypadek.
  - Wykorzystaj swoje pięć minut, proszę – mówię, spoglądając na zegarek. Jego usta dyskretnie wykrzywiają się w coś na kształt uśmiechu. Bawię go? Jak miło. Ja nie dostałam nawet pięciu sekund, to dopiero jest powód do żartów.
  - Ja… - zaczyna. Przez krótką chwilę zbiera myśli, układa w głowie prawdopodobny scenariusz. - Dopiero kiedy Clarie przyszła i wygłosiła mi kazanie, że zachowałem się jak skończony skurwiel, coś do mnie dotarło. Przepraszam, że nie dałem ci dojść do słowa. Ana, ja… nie wiedziałem, co zrobić, spanikowałem. Nie pomyślałem, że Carlson może sprzedać mi jakąś bajeczkę, a powinienem był. Wiem, możesz mnie teraz nienawidzić i masz do tego pełne prawo. Chcę tylko wiedzieć, jak było. Naprawdę. Nie od niego, nie od Rebecki, ale od ciebie.
  Och, jakie to dramatyczne. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że mówi prawdę, że żałuje. Sęk w tym, iż jest to absolutnie niemożliwe. Pan Nieomylny ma rację, nawet jeśli jest w błędzie, bo to on decyduje o tym, co jest prawdziwe. Nie ja.
  - Nie rozumiem, po co teraz chcesz to usłyszeć – stwierdzam, krzyżując ręce na piersi. Christian w moim salonie - to jednak nie jest jedno z moich lepszych przedsięwzięć. Nie, ani trochę.
  - Bo wiem, że okropnie się zachowałem. Zrobiłem błąd, pozwalając ci wtedy tak po prostu odejść. A teraz zrobię jeszcze większy, jeśli wrócisz do Chicago. Błagam, powiedz, że się rozmyśliłaś.
  Coś w jego głosie sprawia, że zaczynam mieć wyrzuty sumienia, jakbym to ja zrobiła coś źle. Mimo iż prawdopodobnie pierwszy raz nic nie jest moją winą, czuję się wręcz odwrotnie. Nienawidzę go za to.
  - Chcę pozałatwiać wszystkie sprawy, w tym tygodniu mnie już nie będzie – staram się nie wyrażać żadnych emocji, on nie może ich dostrzec. Chyba mi się udało, gdyż spogląda w moją stronę przerażonym spojrzeniem. Dlaczego go to tak interesuje? Mój wyjazd będzie najlepszym, co mogło mu się kiedykolwiek przytrafić.
  - Ana, proszę cię – niespodziewanie chwyta moje dłonie, by następnie je pocałować. Powinnam się wyrwać, doskonale o tym wiem. Sęk w tym, że nie mogę. Nie potrafię tak łatwo z niego zrezygnować. – Muszę wiedzieć, jak to naprawdę było.
  - Powiem ci – zgadzam się w końcu, lecz zaraz potem studzę jego nadmierny entuzjazm: - Ale potem wyjdziesz stąd i pozwolisz mi się pakować. Czy to jasne?
  Nie odpowiada, cały czas milczy. Nie mam żadnej gwarancji, że spełni moją prośbę. Jestem niemal stuprocentowo pewna, iż będę musiała wyrzucać go stąd siłą. Nie ma zamiaru odpuszczać, a ja cały czas zastanawiam się, jakimi intencjami się kieruje.
  Siadamy w bezpiecznej odległości, nie zniosłabym po raz kolejny jego dotyku. Nerwowo przygryzam dolną wargę, dla nas obojga ta sytuacja nie jest zbytnio komfortowa.
  - Na pewno chcesz wiedzieć? – upewniam się ostatni raz.
  - Dlatego tu jestem. Też mam ci parę rzeczy do powiedzenia, ale to jest teraz mniej ważne.
  Spoglądam na niego z zaciekawieniem. Chcę zapytać, co dokładnie ma na myśli, lecz pod wpływem jego natarczywego spojrzenia, rezygnuję z tego zamiaru. Tak jak powiedział – to jest teraz mniej ważne.
  - Ostrzegam, całkiem sporo tego.

~*~

    Kiedy Brody Carlson pojawił się w mojej szkole, miałam szesnaście lat. Jak każdy w tym wieku myślałam, że wszystko mi się należy, że każdy oprócz moich rodziców wie, co dla mnie dobre. Był w maturalnej klasie, przeprowadził się do Chicago z powodu pewnego incydentu, o którym nikt nie wiedział. Nie był też specjalnie wylewny, jeśli akurat na te tory schodził temat rozmowy. Większość dziewczyn od samego początku uganiała się za nim na wszystkich przerwach. Ani przez chwilę nie mógł być sam. Jeśli nie otaczali go koledzy z klasy, również zafascynowani nowym nabytkiem, to tabun potencjalnych drugich połówek co chwila wymyślał pretekst do rozmowy. Pojawił się właściwie znikąd, już dawno po rozpoczęciu roku.
  W tym tłumie byłam również ja. Nie starałam się z nim rozmawiać lub też w jakikolwiek sposób zainteresować go swoją osobą. Wiedziałam, iż to nie przyniesie żadnego rezultatu. Był co najmniej tuzin piękniejszych, wyższych i chudszych adoratorek, dla mnie nie starczyło już miejsca. Bądźmy szczerzy, były po prostu lepsze i zdawałam sobie z tego sprawę. Poza tym nie wierzyłam i dalej nie wierzę w miłość w tym wieku, zdarza się raz na kilkaset przypadków. Nie interesowały mnie również jednonocne przygody. W głowie miałam jedynie terminy kolejnych klasówek, do których musiałam się przygotować. Nie chciałam zawalić. Marzyłam o dostaniu się na studia, dobrej pracy i ucieczce z tego domu wariatów.
  Niemal na każdym kroku słyszałam od rodzicielki, iż z jakiegoś powodu jest ze mnie niezadowolona. Dostałam czwórkę – powinnam była szóstkę. Zajęłam w konkursie drugie miejsce – dlaczego nie wygrałam? Ach tak, jak zwykle z niczego nie mogłam być najlepsza. Jakie też było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia podczas długiej przerwy Brody postanowił bliżej mnie poznać. Nie pamiętam tego dokładnie, pewnie mówiłam same głupoty i nie złożyłam poprawnie ani jednego zdania. Ciągle jednak widzę te spojrzenia dziewczyn idących szkolnym korytarzem. Zazdrosnych spojrzeń, że wybrał mnie, że pierwszy raz to ja szczycę się wygraną.
  Po tygodniu bliższej znajomości pierwszy raz zabrał mnie do swoich przyjaciół. Nie byłam tam jedyną przedstawicielką żeńskiej płci, mimo to czułam się niezręcznie. Od razu dało się zauważyć, że to ja jestem najmłodsza i najbardziej dziecinna, choć wcale za taką się nie uważałam. Prezentowałam się nagannie w szortach, crop topie z krótkim rękawem i zwykłych trampkach. Jako jedyna też odmówiłam, gdy ktoś zaproponował shota lub skręta. No, przynajmniej za pierwszym razem. Potem było już łatwiej.
  Cały czas miałam wrażenie, iż jeśli chociaż raz odmówię, Brody znajdzie sobie kogoś innego. Kandydatek miał na pęczki, więc tym bardziej starałam mu się przypodobać. Zaczęły się wagary, ucieczki z domu i całonocne imprezy. Przez długi czas miałam wrażenie, że właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Przestałam się uczyć, wolałam ten czas spędzać na przyjemniejszych rzeczach. W jakiś chory sposób Brody mnie od siebie uzależnił. Zawsze pytałam go o zdanie, nawet w kwestii ubioru. Przecież to jemu miałam się podobać, o to w tym chodziło. Każdy widział, że coś jest nie tak. Każdy z wyjątkiem mnie. Najlepszą przyjaciółkę widywałam może raz na dwa tygodnie, a i tak niemal od razu się kłóciłyśmy. Ona mnie ostrzegała, ja ignorowałam ją i śpieszyłam się na kolejną imprezę. Najbardziej podobało mi się wyprowadzanie z równowagi własnej matki, tego nigdy nie miałam dość. Potrafiłyśmy obrzucać się błotem bez wyraźnego powodu przynajmniej trzy razy dziennie. Brody zawsze mówił, że nie powinnam się nią przejmować, bo niedługo i tak będę pełnoletnia.
  Nigdy jednak nie chciałam namówić się na coś więcej niż pocałunek lub jego dłoń pod moją bluzką. Nawet gdy piłam tak dużo, że kac męczył mnie przez dwa dni, nie pozwoliłam mu się do siebie dobrać. Kilka razy robił mi z tego powodu wyrzuty. Mówił, że za bardzo się stresuję, że pewnie nie kocham go tak, jak to ogłaszam całemu światu. Szybko jednak zły nastrój mu przechodził i cała sytuacja szła w niepamięć.
  To miała być zwykła impreza, dwudzieste urodziny jednego z jego bliższych znajomych. Była to bodajże środa, a ja następnego dnia miałam ważny egzamin, lecz nie mogłam zawieść Brody’ego. Korzystając z faktu, iż mama nie czuła się najlepiej – prawdopodobnie zaraziła się grypą – nie martwiłam się tak błahą sprawą jak pozwolenie. Z tatą zawsze szło łatwiej, zgadzał się na wszystko, byleby nie wszczynać awantur. Byłam mu za to dozgonnie wdzięczna, lecz teraz wiem, iż było to jedno z najgorszych działań, jakie mógł podjąć. Może gdyby wtedy zrobił mi awanturę i zamknął w pokoju, nie wyszłabym z domu. Może… a może i tak bym uciekła.
  Cały czas miałam jakieś złe przeczucia. Brody nie był taki sam jak zawsze. Coś w jego spojrzeniu mówiło mi, by uciekać jak najdalej. Zignorowałam to i z uśmiechem przystałam na pierwszego drinka. Potem kolejnego i kolejnego. Teraz myślę, że robił to specjalnie. Prawdopodobnie mi czegoś dosypał. Jestem niemal w stu procentach pewna, choć on wypierał się, gdy go zapytałam.
  Opierałam się, gdy prowadził mnie do pustego pokoju na górze. Chciałam krzyczeć, gdy zamknął drzwi na klucz. Prosiłam go, żeby przestał, gdy zaczął mnie rozbierać. Nie pamiętam dokładnie, co mówił, lecz cały czas przekonywał mnie, że przecież tego chcę, że z nikim nie będzie mi lepiej. To był mój pierwszy raz. Oddałam się komuś, kto wcale na to nie zasługiwał, kto musiał posunąć się do upicia mnie, by wreszcie osiągnąć cel. Pamiętam wszystko jak przez mgłę, lecz wiem na pewno, iż było to jedno z najgorszych doświadczeń w całym moim życiu.
  Dowiedziałam się o ciąży jakiś miesiąc później. Na początku panikowałam, rozważałam nawet ucieczkę z domu. Ale jakby to wyglądało? Miałam szesnaście lat, zero oszczędności, brak wykształcenia i dziecko w drodze. To nie miało prawa się udać. Dobre dwa tygodnie zbierałam się, by powiedzieć rodzicom. W ogóle chciałam tego nie robić, lecz jak ukryć brzuch, poranne wymioty i niespotykane gusta kulinarne. Kiedyś tata prawie spadł z krzesła, gdy oznajmiłam, iż mam ochotę na jajecznicę z lodami truskawkowymi. Brzmi odrażająco, choć było zadziwiająco pyszne.
  Brody’ego chciałam zostawić na sam koniec. Przecież mnie kochał, więc było oczywiste, że się nami zajmie. W głowie od samego początku snułam wyobrażenia szczęśliwej rodzinki. Teraz na samo wspomnienie tego mam ochotę uderzyć głową w ścianę. Niestety, wygadałam się nieco szybciej niż zamierzałam. Byliśmy u niego, teraz już właściwie sama nie wiem po co. Pokłóciliśmy się o jakąś głupotę, chyba nie miałam ochoty na kolejną już imprezę. Nie mogłam przecież pić alkoholu, a Brody nie pozwoliłby mi zadowolić się jedynie szklanką soku. Bez namysłu powiedziałam mu o wszystkim. Nie odezwał się ani słowem, więc myślałam, że zaniemówił z wrażenia. Pozytywnego wrażenia, rzecz jasna. Było jednak nieco inaczej. Dostałam wybór. Albo za jego pieniądze poddam się zabiegowi, albo mogę już nigdy nie pokazywać mu się na oczy. Było oczywiste, że z dzieckiem nie chce mieć nic wspólnego. Może i bym mu to wybaczyła. Kochałam go i byłam w stanie zrobić dla niego absolutnie wszystko, ale na pewno nie zabić tę małą istotkę, która we mnie rosła. Mogłam mu zniszczyć przyszłość – dzięki wpływowemu ojcu miał zagwarantowane miejsce na uczelni i dobrze płatną posadę po zakończeniu dalszej edukacji. Wpadka była ostatnim, o czym marzył w tamtej chwili i nie było szans, by przekonać go do zmiany zdania. Zasugerował nawet, że go zdradziłam, że to nie on jest ojcem. Przecież byłam tylko puszczalską szmatą, więc równie dobrze za dzidziusia odpowiedzialny może być każdy chłopak w szkole. Wtedy nie wytrzymałam. Uderzyłam go z całej siły i po prostu wybiegłam.
  Nie wiem nawet, jak udało mi się dotrzeć do domu. Na moje nieszczęście rodzice też tam byli. Musiałam im powiedzieć, nie miałam siły na wymyślanie kolejnego kłamstwa. Mama zaczęła krzyczeć i przeklinać, podobnie jak przedtem Brody. Gdyby nie tata, skończyłabym z paroma siniakami. Dobrze wiem, że byłaby do tego zdolna, kilka razy jej się to zdarzało. Nie śmiałam pisnąć słówka, to tylko pogorszyłoby sprawę. Rodzice kłócili się niemal całą noc, ja też nie zmrużyłam oka. Nie musiałam specjalnie starać się podsłuchiwać, ich krzyki roznosiły się po całym domu. Następnego ranka decyzja została podjęta. Wyjeżdżam do Nowego Jorku jeszcze tego samego dnia. Nie będę przynosić wstydu perfekcyjnej Charlotte. Byłam w oczach jej znajomych idealną córeczką – nigdy się nie spóźniałam, wspaniale uczyłam, wykonywałam wszystkie obowiązki domowe. Miała udać się tam razem ze mną, tata poinformował Henry’ego i Alison. Znikąd pojawiły się bilety na najbliższy lot, zostało mi kilka godzin na zabranie wszystkich rzeczy. W dalszym ciągu pozostaje to dla mnie absolutnie pozbawione sensu, lecz nie miałam prawa głosu. Właściwie dalej nie mam.
  Do czasu, kiedy pojawił się Toby, pobierałam naukę w domu. Jakiś miesiąc później zostałam sama, bo mama zabrała mojego synka z powrotem do Chicago. Ja musiałam zostać w Nowym Jorku, a gdyby ktoś zapytał – zostać przy wersji, iż przez niemal całą ciążę wymagała ona opieki w specjalistycznym szpitalu, a dopiero teraz mogła wrócić do domu z nowonarodzonym synkiem. Moim bratem. Cóż za wspaniały i perfekcyjnie ułożony plan, prawda?

~*~

  Ani razu nie spojrzałam w kierunku Christiana. Bałam się jego reakcji. Pozwolił mi mówić cały czas – nie wtrącał się, nie zadawał zbędnych pytań, na jakie i tak nie chciałabym odpowiadać. Jakimś cudem udało mi się nie uronić łez, powinnam być z siebie dumna. Nie chciałam, by po raz kolejny dostrzegł moją słabość. Teraz czuję się naga. Wyjawiłam mu mój największy sekret, opowiedziałam całą prawdę o sobie. I to właśnie jemu – człowiekowi, który od kilku dni mną gardzi, gdyż nie zachowałam się wobec niego fair. Musi jednak przyznać, iż nie są to błahe sprawy wspominane mimochodem podczas śniadania bądź wieczornego wypadu do kina. Chciał poznać prawdę, więc nie jestem mu już nic winna.
  - To by było na tyle – uśmiecham się lekko i zbieram na odwagę, by zerknąć w jego kierunku chociażby kątem oka. – Możesz już iść , tam są drzwi.
  - Ana, ja… nie wiedziałem – mówi cicho, chyba dalej jest w ciężkim szoku. Nie odrywa ode mnie wzroku i coś mówi mi, że nie tak łatwo będzie go stąd wyrzucić.
  - Jakim cudem miałeś wiedzieć? – prycham skonsternowana, wstając na równe nogi. Mężczyzna idzie w ślad za mną. – Muszę dokończyć pakowanie, więc byłabym wdzięczna, gdybyś…
  - Nie mam zamiaru, nie teraz.
  Chciałaś, to masz. Teraz kombinuj.
  - Christian…
  - Posłuchaj mnie, chociaż przez chwilę. Potem jeśli będziesz chciała, zgoda, wyjdę - stajemy twarzą w twarz, jak zwykle nade mną góruje. – Wiem, zachowałem się okropnie. Nie będę prosić cię, żebyś próbowała mnie zrozumieć, bo byłoby to bez sensu. Byłem w szoku, na początku tylko zwyzywałem Carlsona, bo nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Powinienem od razu cię wysłuchać, bo od niego usłyszałem tylko kilka bajeczek. Nie mam pojęcia, jak mógłbym cię przeprosić, ale… Ana proszę cię. Możesz mnie nienawidzić, uderzyć, nie zdziwię się, jeśli to zrobisz. Obiecaj mi tylko, że nie wyjedziesz.
  - Teraz na to trochę za późno, nie uważasz? – silę się na obojętny ton, lecz w środku całe moje ciało wręcz krzyczy. – Zwyzywałeś mnie od najgorszych, kazałeś zniknąć ze swojego życia, a kiedy chcę to zrobić, ty magicznie się pojawiasz i myślisz, że nic się nie stało. Przykro mi, stało się. Masz do mnie pretensje, że nic ci nie powiedziałam? – unoszę brwi, nawet nie czekając na jego reakcję. – Jedyne, co nas łączyło, to seks, więc nie widziałam większej potrzeby. Nic poza tym. Rebecca nie wiedziała o mnie… no, przynajmniej tak mi się zdawało… a ty nie wiedziałeś o czymś, o czym pod żadnym pozorem nie powinieneś. Oboje coś przed kimś ukryliśmy, Christian. Nie zamierzam przepraszać, jeśli po to tutaj przyszedłeś.
  Z początku nie wie, co odpowiedzieć. Tak samo jak i ja – nie mam bladego pojęcia, co jeszcze mogę dodać. Najlepiej nic. Mój żołądek jakby zapomniał, że w kuchni czekają na niego naleśniki, teraz jest związany w supeł.
  Wyjdź… proszę cię, wyjdź.
  - Nie, nie po to przyszedłem – przyznaje po chwili ciszy. – Swoją drogą było to coś więcej, skoro powiedziałaś, że mnie kochasz.
  Otwieram usta ze zdziwienia. Nie byłby sobą, gdyby tego nie wyciągnął. Po co odpuścić, skoro może mnie jeszcze trochę podręczyć. Zapewne sprawia mu to mnóstwo satysfakcji.
  - Jeżeli masz zamiar mnie wyśmiać, od razu się stąd wynoś.
  - Nie! Boże, nie – zauważam, że całe jego ciało się spina. Denerwuje się. To ja tutaj mam czym, nie on. Prawda? – Nigdy nie chodziło mi tylko o seks. Nigdy. Fakt, nie wyjaśniliśmy sobie na początku wielu rzeczy i może to był błąd. Posłuchaj, jesteś piękna, inteligentna, zabawna… coś mnie do ciebie ciągnęło, sam do końca nie wiedziałem co. Dopiero, kiedy odeszłaś, zobaczyłem, ile tak naprawdę dla mnie znaczysz. Ja…
  - Christian, nie – przerywam natychmiast. Zaciskam dłonie w pięści, moje knykcie aż bieleją. Co on sobie wyobraża? Opowie bajeczkę na dobranoc, a ja udam, że wszystko jest w porządku? Kocham go, nie mam zamiaru się tego wypierać, ale widzę, że zaczyna to zmierzać w niebezpiecznym kierunku.
  - Daj mi skończyć, Ana.
  - Nie! – prawie krzyczę, robiąc krok w tył. Szatyn od razu podąża za mną. Przygryzam nerwowo wnętrze policzka. Walczę sama ze sobą, byleby tylko nie okazać słabości. – Nie chcę twojej litości, nie teraz.
  - Do cholery, to nie jest litość – warczy, łapiąc mnie za przedramiona. Próbuję się wyrwać, lecz na marne. Przez moment patrzymy sobie w oczy, najdłuższe pięć sekund mojego życia. To już za dużo. Zdecydowanie za dużo. – Zależy mi na tobie. Bardziej niż chciałem przyznać. Nie obchodzi mnie Brody ani jego kłamstwa… potrzebowałem czasu, żeby zmądrzeć i wszystko sobie poukładać.
  Jest coś takiego w jego spojrzeniu, że nie pozwala mi oderwać od niego wzroku. Doskonale wie, że może mnie zmusić do uległości, specjalnie się przy tym nie wysilając. Jednak nie dzisiaj… nie po to tu jest. Ale skoro nie po to, to po co?
  - I co sobie ułożyłeś? – pytam zadziornie, nie do końca zdając sobie sprawę, co tak naprawdę chcę zrobić.
  Jesteś na niego wkurwiona, nie zapominaj o tym. W k u r w i o n a.
  Problem tkwi w tym, że chyba już zapomniałam. Przynajmniej na ten moment.
  Czego chcę? Sama nie wiem. Może żeby padł na kolana, przepraszał, przyznał się do błędu, powiedział, że jestem dla niego ważna. Kilka z tych rzeczy już zrobił. Z wyjątkiem tej pierwszej… lecz zamiast tego następuje coś, na co nie byłam przygotowana.

  - To, że cię kocham, Ana – wzdycha. – Cholera, naprawdę cię kocham.

Od autorki: Nie sprawdzałam go, skończyłam pisać dosłownie przed chwilą, ale chciałam go dodać, bo miał pojawić się wczoraj. Za to jest troszeczkę dłuższy niż zazwyczaj. Mały Cholernie wielki chaos panuje, ale przypuszczam, iż tak musiało być. Tak, troszkę nawaliłam, ale już nie chcę przedłużać, bo mam dzisiaj do zrobienia jeszcze kilka rzeczy. Od poniedziałku wracam do szkoły, więc znowu biologia życiem. Trzymajcie za mnie kciuki. I jeszcze jedno: mega polecam piosenkę z soundtracka (soundtracku?), ostatnio moja ulubiona.

L x

poniedziałek, 15 lutego 2016

Thirty / Never meant to belong

'Jeżeli chce się w coś wierzyć, trzeba najpierw uwierzyć w siebie.'


  Za parę godzin oficjalnie skończy się mój Czwarty Dzień Po Christianie. Przez ten czas nie było stać mnie na nic bardziej ambitnego od wyjścia do sklepu. Jeden raz. Gdyby nie Ariana, umarłabym z głodu, ponieważ sama chyba nie wpadłabym na pomysł, by ruszyć się z kanapy, ubrać coś innego niż dresowe szorty i wyjść do ludzi na dłużej niż dwie minuty. Nie chcę nikogo widzieć, przynajmniej na razie. Jack i Gilbertowie myślą, że jestem chora. Oczywiście chcieli wpaść i dotrzymać mi towarzystwa, lecz udało mi się odwieść ich od tego pomysłu. Gdyby to ode mnie zależało, teraz też siedziałabym sama, szukając w telewizji jakiegoś pozbawionego sensu filmu. Ale nie. Clarie i Ariana postanowiły spędzać w moim mieszkaniu każdą wolną chwilę.
  Właśnie. Moim mieszkaniu. Do czasu.
  Może ta decyzja jest gwałtowna i nieprzemyślana, lecz na razie nie mam zamiaru zmieniać zdania. Chcę wrócić do Chicago, spędzić czas z rodzicami i z Toby’m. Nie wiem, ile zostanę. Tydzień, miesiąc, może rok, a może jeszcze dłużej. Wiem tylko, że mam dość tego miasta. Kocham je i dotychczas nie wyobrażałam sobie żyć w innym miejscu, lecz nic nie trwa wiecznie. Gdybym wróciła do Illinois, mogłabym zacząć całkowicie nowy rozdział. Spędziłam tam szesnaście lat, znam Chicago bardzo dobrze, chociaż od mojej wyprowadzki dość sporo się zmieniło. Nie jestem pewna, czy sobie poradzę, ale nie przekonam się, jeśli nie spróbuję. Znajdę pracę, wynajmę małe mieszkanie, będę w stanie częściej widywać najbliższych. Na kontaktach z matką aż tak mi nie zależy, jej pewnie też nie. Bo i po co? Zniszczyłam jej życie i wszelkie plany na przyszłość, więc nie ma powodu do udawania, że rola matki jej odpowiada. Nigdy nie chciała mieć dzieci, a moje pojawienie się na świecie wszystko zniszczyło. Ani razu nie powiedziała, że mnie kocha. Ani razu. Przed przyjaciółmi udawała wzorowego rodzica, kupowała najlepsze zabawki, ale nigdy nie potrafiła mi wybaczyć zniweczenia jej kariery. Od początku zajmował się mną tata, dzięki niemu jeszcze chodzę po tym świecie. Zagroził, że jeśli matka usunie ciążę, rozwiedzie się z nią, a to znaczyłoby odcięcie od pieniędzy. Dowiedziałam się o tym właściwie przypadkiem podczas jednej z wielu kłótni o gorszą ocenę w szkole. Miałam może dziesięć lat. Nieco za wcześnie na dowiadywanie się takich rzeczy. O ile w ogóle jest na to jakaś odpowiednia pora.
  Do tej pory nie rozumiem tylko, czemu postanowiła zająć się Toby’m. Przecież wyjechałam z miasta, nie musiała zawracać sobie mną głowy, zostawiając pod opieką wujostwa. Co by ludzie powiedzieli, gdyby dowiedzieli się o wpadce idealnej córeczki idealnej Charlotte? Absolutnie nic, bo nigdy się nie dowiedzieli. Sprytne zagranie. Wyjechałyśmy do Nowego Jorku, a po dziewięciu miesiącach kobieta wróciła z synkiem na rękach ze specjalistycznego szpitala, ponieważ ciąża była zagrożona. Mnie postawiła już przed faktem dokonanym, nie dopuściła nawet do słowa. Do czasu, aż ukończę osiemnaście lat, ona miała się nim zajmować, lecz od samego początku wiedziałam, iż nawet po tym mi go nie odda. Swego rodzaju zemsta. Nad wyraz okrutna. Za każdym razem powtarzała, że powinnam jej dziękować, uratowała mnie przecież przed pośmiewiskiem i samotnym macierzyństwem.
  Tu się myliła, nie zostałabym sama. Miałam i dalej mam wsparcie w Henry’m i Alison, których traktuję jak drugich rodziców. Jednak teraz mogę mieć pretensje tylko i wyłącznie do samej siebie. Za łatwo się poddałam, nie walczyłam wystarczająco, gdy była taka potrzeba. Nie miałam siły, bo co mogłam zdziałać? Argumentów obciążających mnie nazbierała się cała masa. Wtedy byłam tylko studentką częściowo na utrzymaniu bliskiej rodziny. Wynajmowałam dwa pokoje znajomym z uczelni. Gdy wracałam z zajęć, siadałam do książek, a wieczorem pracowałam jako barmanka, by oddać Henry’emu chociaż część kwoty, jaką zainwestował w moje lokum. Kto normalny powierzyłby nastolatce opiekę nad niespełna dwurocznym dzieckiem? Obie doskonale zdawałyśmy sobie z tego sprawę. Ale jakoś bym sobie poradziła. Na pewno dałabym radę.

~*~

  - Ta suka jest cała w skowronkach – stwierdza Clarie, opisując zachowanie Stelli. Dzieje się tak, jak podejrzewałam od samego początku. Od razu po wiadomości o moim odejściu, Evans nie mogła opanować radości. Nie będę stała jej na drodze do uwiedzenia Brewera, więc zapewne traktuje to jako dodatkową motywację. Nie mam siły nawet tego w żaden sposób komentować, to bez sensu. Pozostaje mi jedynie życzyć jej powodzenia, Christian w ogóle mnie nie obchodzi.
  A przynajmniej chciałabym, aby tak było. Nie mogę przestać myśleć o nim i o tym, co usłyszałam podczas naszej ostatniej rozmowy. To ostatecznie przekreśliło wszystko, na co tak bardzo miałam nadzieję. Zakochałam się w nieodpowiednim mężczyźnie, choć od początku wiedziałam, że będzie to uczucie jednostronne. Miło było do samego końca łudzić się, iż znaczę dla niego coś więcej. Bańka pękła, muszę się z tym pogodzić.
  - Przecież on i tak jej nie przeleci – komentuje Ariana, jak zwykle wtrącając swoje trzy grosze.
  Może jednak?
  - Ona chyba tego nie wie.
  - Ja jej z chęcią powiem, bez obaw.
  Wymiana zdań pomiędzy moimi przyjaciółkami jest naprawdę ciekawa, lecz nie chcę słuchać jej przez cały wieczór. Zwłaszcza, jeżeli dotyczyć będą tego tematu.
  - Dziewczyny, dajcie spokój, dobrze? – proszę, na co obie momentalnie milkną. Cenna jedna sekunda absolutnej ciszy, raj dla moich uszu.
  - Annie, ty daj spokój. On nie jest tego wart. Żaden facet nie jest tego wart, rozumiesz?
  Dlaczego one nie mogą dać za wygraną chociaż ten jeden jedyny raz? Rozumiem, że muszą się wygadać i zwyzywać Christiana od góry do dołu, ale wolałabym nie w mojej obecności. Fakt, też jestem na niego zła. Nie dał mi niczego wytłumaczyć, po prostu uwierzył w wersję Brody’ego, a mnie całkowicie zignorował. Myślałam, że mi ufa i pozwoli przedstawić wszystko z mojego punktu widzenia. Jak widać, pomyliłam się co do niego. Nie zachowałam się wobec niego fair, nie będę się tego wypierać. Chciałam tylko, by wysłuchał, co miałam do powiedzenia. Wystarczyłoby kilka minut, ani sekundy dłużej. Nie dostałam nawet tego. Spędzaliśmy razem wiele czasu – w pracy i poza nią, uwielbiałam przebywać z nim sam na sam. Zaledwie jednym gestem potrafił sprawić, że czułam się jak księżniczka. Tak mnie też traktował. Teraz gardzi mną i uważa za największe zło tego świata.
  Prawdopodobnie się już nie zobaczymy, więc na obecną chwilę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko próbować wybić sobie go z głowy. Nie będzie to łatwe, lecz kiedyś w końcu się uda. Kocham Christiana, choć on z całą pewnością nigdy nie myślał o mnie w takich kategoriach. Ale niedługo wyjadę i ten mężczyzna będzie jedynie wspomnieniem. Nauczę się o nim nie myśleć, skupię się na odnalezieniu w nowym otoczeniu i poszukiwaniu pracy. Nie będzie tak źle, prawda? Nie może być.
  - Tak, rozumiem – mówię bez przekonania, wykrzywiając usta w coś na kształt uśmiechu. Nie mam siły na nic. Chcę jedynie zakryć się kocem i nie wychodzić przez długi czas. Szkoda tylko, że aktualnie nie jest to możliwe.
  - Posłuchaj mnie, znajdziesz kogoś, kto nie będzie takim sukinsynem i po sprawie – stwierdza Ariana. Kto, jak kto, ale ona w zmianie partnerów jest absolutnym ekspertem. – Wiem, zaczęłaś się angażować, ale lepiej, że już teraz okazało się, jaki jest naprawdę.
  Nie chcę się z nią kłócić, bo to nie przyniesie żadnego rezultatu. Koniec końców i tak nie wyjdzie na moje, więc próby przekonania jej do moich racji są pozbawione jakiegokolwiek sensu.
  - No, bo tak właściwie to… nie chciałam ci tego mówić, bo pewnie będziesz zła, ale… przepraszam i… kocham cię? – spoglądam na Clarie pytającym wzrokiem i zdziwiona unoszę brwi. Nie mam bladego pojęcia, o co jej chodzi. Nigdy nie zrobiła przecież nic złego, by mi zaszkodzić. Nie, nie ona.
  - Niby za co?
  - Tak jakby dzisiaj do niego poszłam – zaczyna. – I tak jakby troszkę mu się dostało. Oczywiście nie powiedziałam nic obraźliwego, choć już byłam blisko. Usłyszał tylko, że się pomylił i zachował jak ostatni kretyn. Jego mina była bezcenna, zapewniam.
  Otwieram usta, by to jakoś skomentować, lecz ostatecznie nie wiem nawet, co powinnam powiedzieć. Widzę tylko, jak Daniels i Parks przybijają sobie piątkę. Brakowało tego, by Christian pomyślał, że wysyłam do niego rudowłosą, bo sama nie potrafię sobie z tym poradzić.
  - Nie zwolnił cię?
  - Spróbowałby! Ktoś musiał mu coś uświadomić, wypadło na mnie – stwierdza dobitnie. – Biedaczek, nic nie powiedział. Prawda boli.
  Nie chcę nawet wiedzieć, jak brzmiał jej monolog. Mogła narobić sobie tym sporo kłopotów, jednak zaryzykowała. Mimo iż powinnam być na nią wściekła, że wtrąciła się w moje sprawy, nie potrafię jej winić. Zrobiła to dla mnie, chciała jak najlepiej. Spowodowało to jednak, że Brewer ma o mnie jeszcze gorsze zadnie.
  Sama nie byłam w stanie, więc wysłużyłam się Clarie. Nie wiem już sama, czy mam się rozpłakać, czy wybuchnąć śmiechem. Ta sytuacja jeszcze kilka dni temu wydawała mi się niemożliwa. A przynajmniej nie dopuszczałam jej do wiadomości.
  Cała wina nie leży po mojej stronie, nie dam sobie tego wmówić. Mogę jedynie domyślać się, jaką historię naprawdę opowiedział Brody. Pewnie to ja wyszłam na tą złą, jak zwykle. Gdybym miała szansę na wytłumaczenie, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Z drugiej strony gdyby Christianowi chociaż odrobinę na mnie zależało, nie skreśliłby tego tak od razu i dałby chociaż dwie minuty na zabranie głosu. Ale nie. Znalazł sobie pretekst, żeby jak najszybciej zakończyć tę całą farsę. Tak było najwygodniej. Dla mnie to szansa na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Wiem, że nie będzie łatwo, że tym razem jestem zdana tylko na siebie. Nie sądzę, by mama w jakikolwiek sposób chciałaby mi pomóc. Sukcesem będzie, jeśli pozwoli mi zostać w domu przez kilka nocy.
  Clarie i Ariana mają rację, to wyjdzie mi na dobre. Może i zaczęłam się angażować, lecz i tak cieszę się, że Christian odsłonił karty teraz aniżeli za parę tygodni, gdy zapewne zakochałabym się w nim po uszy. Jeżeli już tego nie zrobiłam.

  - Więc postanowione! – dopiero radosny pisk rudowłosej wyrywa mnie z zamyślenia. Na początku spoglądam w jej kierunku zdezorientowana, lecz kobieta niemal od razu odpowiada na niezadane przeze mnie pytanie. – W najbliższym czasie uderzamy do klubu. Trzy seksowne singielki każdego gorącego faceta na horyzoncie.
  Uśmiecham się blado, nie chcąc jak na razie studzić jej zapału. Ostatnia rzecz na jaką mam ochotę to flirt z nieznajomym przy niskoprocentowym napoju alkoholowym. Kazania o tym, iż muszę wyjść do ludzi i być nieco mniej aspołeczna, w żadnym stopniu do mnie nie trafiają. Powinnam jutro wybrać się do Henry’ego i poinformować go o mojej decyzji, lecz do tego czasu nie wystawię nosa poza próg tego mieszkania i nikt nie sprawi, że zmienię zdanie.
  - To na pewno ci pomoże i przestaniesz o nim myśleć.
  Nie byłabym tego taka pewna. Nawet jeśli kogoś bym poznała, od razu zaczęłabym widzieć w tym nieszczęśniku Brewera. Albo to, czego mu z niego brakuje. Mężczyzna miałby mnie dość po minucie rozmowy, więc wątpię, by był to dobry sposób na sklejanie złamanego serca. Poza tym dzisiaj dzwonił Jack i powiedziałam, że czuję się lepiej i jutro jesteśmy umówieni na lunch. Nie uda mi się długo wodzić go za nos, to pewne. Zna mnie stanowczo zbyt długo, by nie zorientować się, że coś jest nie tak. Prędzej czy później i tak by się dowiedział. Muszę wymyślić jakiś dobry powód mojego wyjazdu, bo przecież jego ojcu nie powiem, że wracam do Chicago z powodu zawodu miłosnego. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż by mnie wyśmiał, zakazał mówienia bzdur i odesłał do domu.
  Szczerze mówiąc, sama mam wielką ochotę się śmiać. Lepsze to, niż bezustanny płacz z powodu człowieka, który nigdy nie powinien się do mnie zbliżyć.

~*~

  Korzystając z faktu, iż Clarie i Ariana nie zapowiedziały swojej kolejnej wizyty, postanowiłam spędzić chwilę na siłowni. Jest piątek wieczorem, więc nieco dziwi mnie tak duża liczba osób na sali. O tej porze niektórzy albo odsypiają męczący tydzień, albo szykują się do późniejszego wyjścia ze znajomymi bądź drugą połówką. Jak widać z każdego schematu człowiek może się wyłamać. Do tej pory sama nie mogę wyjść z podziwu, iż dałam radę zmotywować się do wyjścia z domu i jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Można to zaliczyć jako niemały postęp, gdyż niedawno nawet perspektywa jutrzejszego spotkania z Jack’iem wzbudzała we mnie niemałe przerażanie, chciałam wszystko odwołać. Będę jednak winna mu wyjaśnienia, nawet jeśli nie zdradzę większości szczegółów. Zdaję sobie sprawę, że moja decyzja była impulsywna i w ogóle nieprzemyślana, lecz to jest coś, co na tę chwilę potrzebuję. A przynajmniej tak mi się wydaje. Znając go, usilnie będzie przekonywał mnie do zmiany zdania, tak samo Henry i Alison. Nie wiem, może powrót do Chicago nie jest dobrym pomysłem, lecz przekonam się dopiero za kilka dni, gdy stanę w progu rodzinnego domu i powiadomię jego mieszkańców o swoich zamiarach.

  Po upływie godziny jedyne o czym marzę to gorący prysznic i sen. Ostatnio nie miałam czasu, by gościć w tym miejscu tak często jak kiedyś, co nieco odbiło się na mojej kondycji. Nie jest źle, lecz zawsze mogłoby być lepiej. Uśmiechnięta kobieta stojąca przy biurku pyta, czy chcę wykupić karnet na kolejny miesiąc. W pierwszej chwili zamierzam się zgodzić, ale ostatecznie przypominam sobie, że przecież w następnym miesiącu mnie już tu nie będzie. Pora chyba zacząć oswajać się z tą sytuacją.
  Odwracam się na pięcie z zamiarem szybkiego opuszczenia tego miejsca, gdy do moich uszu dochodzi pewny znajomy głos wypowiadający moje imię z przesadnym entuzjazmem.
  To są, kurwa, jakieś żarty.
  Plusem konieczności poszukania sobie nowej pracy był zdecydowanie brak konieczności niemal codziennego widywania Stelli. Niestety, najwyraźniej Nowy Jork jest na tyle małym miasteczkiem, że musimy spotykać się przy absolutnie każdej nadarzającej się okazji.
  - Chyba się minęłyśmy, bo ja dopiero przyszłam – zauważa.
  - Widzisz, a ja już wychodzę. To miłego treningu.
  Gdyby ktoś obserwował ją na ulicy, jedynie sportowa torba na ramieniu zdradzałaby, że ma zamiar udać się na siłownię. Buty na obcasie i perfekcyjnie wykonany makijaż świadczą raczej, iż wybiera się na randkę lub coś w tym rodzaju. Może jej dzisiejszym partnerem jest jeden z trenerów, wtedy nie mam żadnych pytań. Teraz wyglądam przy niej jak zaniedbana nastolatka – włosy związane w koński ogon, zero jakiegokolwiek podkładu lub pudru i na dodatek wciąż lekko zarumieniona twarz.
  - Czekaj! Musisz mi powiedzieć, dlaczego właściwie odeszłaś. Pytałam Christiana, ale nic nie powiedział, a Dylan nie ma pojęcia.
  - Sprawy osobiste – mówię krótko. Naprawdę? Teraz? – Wolałabym zatrzymać to dla siebie.
  - Jak wolisz – stwierdza, po czym szeroko się uśmiecha. – Muszę się pochwalić, prawie udało mi się go dzisiaj wyciągnąć na kawę!
  - Och… gratuluję?
  Mogłam się tego spodziewać, choć w dalszym ciągu jest to dla mnie nader bolesne. Nie zrobił sobie zbyt długiej przerwy od damskiego towarzystwa. Rebecca, gdy się dowie (a znając ją, dowie się na pewno) nie będzie zadowolona. Ja już nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia.
  - I wiesz, nie szuka jeszcze nikogo na twoje miejsce – zawiadamia. – Chcesz wrócić?
  Na dźwięk przerażenia w jej głosie mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Powstrzymuję się jednak od jakiegoś komentarza i jedynie kręcę przecząco głową. Doprawdy nie mam bladego pojęcia, dlaczego dalej utrzymujemy wobec siebie pozory, jakoby miałybyśmy być wielkimi przyjaciółkami.
  - Nie mam takich planów. Przepraszam, śpieszę się.
  - Ja muszę jeszcze poczekać na znajomą, jak zwykle musi się spóźniać. Fajnie było cię widzieć, Ana. Na razie!
  Nareszcie mogę w spokoju rzucić torbę na tyle siedzenie samochodu i udać się do domu. Chcę tylko zaszyć się w swoich czterech ścianach i przygotować się mentalnie na jutrzejszą potyczkę z Gilbertem.
  Nie będzie łatwo, ale muszę być silna. Chcę zacząć w swoim życiu nowy rozdział. Tym razem nie ma w nim miejsca na Christiana ani nikogo innego. Zostaję sama.
  Ale czy tego właśnie potrzebuję?
Od autorki: Serdeczne życzenia dla wszystkich w Dzień Singla! Rozdział niby sprawdzany, ale robiłam to na szybko, więc pewnie opuściłam kilka fragmentów. Mimo to mam nadzieję, że się podoba. Kolejny postaram się dodać nieco szybciej, może za dziesięć dni, bo bądźmy szczerzy - potrzeba tu nieco zwrotów akcji. Chcielibyście, by Ana wyjechała? Może ma zostać?:)
  Niby miałam się rozpisać, ale chyba to wszystko, co miałam do powiedzenia. Ogląda ktoś Shadowhunters? Jeśli tak, jakie są Wasze wrażenia? A właśnie! Rozdział dla mojej kochanej Natalii, no i oczywiście dla Stefana♥♥


L x