czwartek, 28 stycznia 2016

Twenty nine / Nobody cares you hurt

'Za każdym razem staraj się być lepszą wersją samego siebie'


  Tej nocy ani na chwilę nie udaje mi się zasnąć. Za każdym razem, gdy zamykam oczy, mam w głowie obraz Christiana. Od razu chcę wybuchnąć płaczem. Nienawidzi mnie, nie chce widzieć i w pełni sobie na to zasłużyłam. Nie mogłam jednak ot tak wyznać mu prawdy, skoro nawet Brody zorientował się dopiero niedawno. Jest inteligentniejszy, niż zakładałam na początku. Z nim też muszę wyjaśnić parę rzeczy. Dlaczego akurat teraz? Przypuszczałam, iż będzie zdolny do wyjawienia wszystkiego Brewerowi, ale nigdy, że zrobi to w prawdopodobnie najgorszym momencie. Chociaż może tego obawiałam się najbardziej.
  Co powinnam mu powiedzieć? Przeprosić i jakoś się wytłumaczyć? Wątpię, by dopuścił mnie do głosu, lecz prędzej czy później zmuszę go do tego. Jeśli to ma się tak skończyć, musi poznać moją wersję. Tak, jak było naprawdę. Nie jestem na tyle naiwna, by ślepo wierzyć, że Carlson nie podkoloryzował swojej opowieści. Nie zmienił się ani trochę, odkąd go poznałam. Wciąż ten sam samolubny egoista, który troszczy się wyłącznie o siebie samego. Nie dostrzegłam tego w odpowiednim momencie, a teraz przychodzi mi za to zapłacić. Nad wyraz boleśnie.
  Clarie wyszła jeszcze przed północą, mimo iż usilnie chciała zostać i mnie przypilnować. Bała się, żebym nie zrobiła czegoś głupiego. Zupełnie niepotrzebnie. Prawdą jest, że chciałam ze sobą skończyć, jednak nigdy nie miałam w sobie wystarczająco odwagi. Nigdy nie potrafiłam wziąć do ręki żyletki i wykonać chociaż jednego nacięcia. Bo i po co? Ból fizyczny nie koi bólu psychicznego, ludzie tylko chcą, żeby tak było. Przynosi jedynie chwilową ulgę, gdy człowiek skupia całą uwagę na krwi, a nie na problemach życia codziennego. Tym czasem po kilku minutach to powraca ze zdwojoną siłą. Wtedy ostrze staje się jedynym przyjacielem. Nie chcę być taka. Nie chcę wstydzić się zdejmowania grubszych ubrań w obawie, że ktoś przypadkowo może zobaczyć ślady na nadgarstkach. Nie wierzę, iż samookaleczanie się miało kiedykolwiek komuś pomóc. Ewentualnie zafunduje spory szok komuś, kto znalazłby moje ciało na zabrudzonych krwią kafelkach w łazience.
  Przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze, wyglądam jak wrak człowieka. Rozczochrane włosy, worki pod oczami i rozmazany makijaż praktycznie na połowie twarzy. Zostały mi nieco ponad dwie godziny na doprowadzenie się do porządku. Muszę chociaż na chwilę wziąć się w garść, by nie okazać słabości podczas rozmowy z Christianem. Będzie to trudne, bo na samą myśl o tym mam ochotę wybuchnąć płaczem. Potrzebuję wielkiego kubka mocnej kawy i jakiś tabletek uspokajających. Ale kawy przede wszystkim, bo około dwadzieścia cztery godziny bez snu ani trochę mi nie służą.
  Biorę długi prysznic, wszystkie inne poranne czynności wykonuję wolniej niż zazwyczaj. Odwlekam moment wyjścia z domu tak długo, jak to tylko możliwe, lecz i tak prędzej czy później przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Gdy jestem już gotowa, jeszcze przez dobre piętnaście minut jedynie wpatruję się we wskazówki kuchennego zegara. Czas mknie nieubłaganie, podczas gdy ja utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli dzisiaj nie wytłumaczę tego Christianowi, nie zrobię tego już nigdy. I wszystko się skończy… jeżeli już się nie skończyło. 
  Nie powinnam się w nim zakochiwać. Nie mogłam. A jednak, choć nawet nie wiem, kiedy to się stało. Mam dwieście procent pewności, że on nie czuje tego samego. Niby z jakiej racji? Może i w jakiś sposób mu na mnie zależało, lecz nie tak jakbym sobie tego życzyła. Zaczynaliśmy to, bo chodziło mu o seks. Nie o mnie – o mój charakter, usposobienie. O moje ciało. Ja na to pozwoliłam, łapczywie pragnęłam chociaż cienia zainteresowania z jego strony. Dostałam je. Mogłam rozegrać to wszystko jakoś inaczej, lecz nie żałuję ani jednej chwili z nim spędzonej. Dzięki niemu czułam się wyjątkowo, jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. Doświadczyłam czegoś, o czym kiedyś mogłam jedynie marzyć. Nieposkromionej namiętności. Pragnął mnie, ja pragnęłam jego. Nie chciałam, by kiedykolwiek przyszedł temu kres, by pojawił się na jego horyzoncie ktoś inny. 
  Teraz zostanę z niczym i to na własne życzenie.

~*~

  Nerwowo przestępuję z nogi na nogę podczas oczekiwania na zatrzymanie windy. Mam nadzieję, że Christian jest u siebie, nie zniosę dłuższego odwlekania. W drodze do jego biura, zaczepia mnie Stella. Jest wyraźnie czymś zaabsorbowana, a moja ciekawość zwycięża nad chęcią zamordowania jej. Gdy nie mam nic do roboty i akurat nigdzie się nie śpieszę, ona nie wie o moim istnieniu, lecz gdy jest zupełnie inaczej, ma do mnie milion spraw. Robi to specjalnie, czuję to.
  - Annie, widziałaś się może dzisiaj z Chrisem? – pyta od razu.
  - Dopiero przyszłam – zauważam. – Dlaczego?
  - Prawie zabił mnie wzrokiem, kiedy powiedziałam, że potrzebuję jeszcze godziny na zrobienie raportu. Jest dzisiaj zły na cały świat. Myślałam, że może mogłabyś wiedzieć czemu.
  Nie na cały świat. Na mnie.
  Zgoda, wzięłam pod uwagę, iż będę mieć do czynienia ze zdenerwowanym Brewerem, lecz teraz nie jestem pewna, czy aby na pewno jestem na to gotowa.
  - Niby skąd? Przepraszam, mam do niego sprawę.
  Zmuszam się do uśmiechu, po czym ją mijam. Zanim wchodzę do pomieszczenia, biorę głęboki oddech, robiąc na piersi znak krzyża. Niech Bóg ma mnie w opiece.
  Zastaję go siedzącego przy biurku, pracuje na laptopie. Na mój widok momentalnie podnosi się z miejsca. Mogę dostrzec, iż każdy mięsień na jego ciele jest niebezpiecznie napięty. Przełykam nerwowo ślinę, układając w myślach prawdopodobny scenariusz. Koniec końców nic z tego nie wychodzi, zostaje improwizacja.
  - Porozmawiamy?
  - Mamy jeszcze o czym? – pyta ironicznie, gdy wykonuję kilka niepewnych kroków w jego kierunku.
  - Nie wiem, jak to przedstawił ci Brody, ale daj mi wyjaśnić…
  - Jaką bajeczkę mi opowiesz, co?
  Niemal pluje jadem. To pierwszy raz, gdy naprawdę się go boję.
  - Gdybyś mnie… - zaczynam, lecz nie dane jest mi dokończyć.
  - Nie sądziłem, że akurat ty mogłabyś zeszmacić się z Carlsonem. Wyglądało, jakbyś naprawdę go nie lubiła. Minęłaś się z powołaniem, szkoła aktorska to zdecydowanie lepsze miejsce dla ciebie.
  Wolałabym chyba, gdyby mnie uderzył. Z pewnością bolałoby mniej niż te słowa. Jestem dla niego nikim, widzę to w jego oczach. Nie ma szans, żeby dał mi się jakoś wytłumaczyć, powiedzieć swoją wersję. Oficjalnie przegrywam wojnę, nie pozostaje mi już nic do stracenia… bo już nic nie mam.
  - Zakochałam się w tobie – sama nie wiem, kiedy i dlaczego to mówię. Zanim gryzę się w język, jest już za późno. Ściskam mocno małą torebkę, którą trzymam w prawej dłoni, aż bieleją mi knykcie. 
  Christian kręci głową i wybucha cynicznym śmiechem. Szczerze mówiąc, spodziewałam się tego. Jak inaczej miałby zareagować?
  - Nie ośmieszaj się jeszcze bardziej. Oczekujesz tego samego?
  - Chciałam po prostu, żeby wszystko między nami było jasne. Najpóźniej jutro złożę wymówienie i zabiorę swoje rzeczy. Dobra wiadomość, nie będziesz musiał mnie więcej oglądać.
  - Co masz na myśli? – jest wyraźnie zaintrygowany. Pewnie go tym usatysfakcjonowałam, ta perspektywa będzie dla niego korzystna.
  - Wracam do rodziców, do Chicago.
  Informuję go o decyzji, którą podjęłam zaledwie pół godziny temu. Chcę odpocząć od tego wszystkiego. Od ludzi, od miasta, od codziennego życia. Uciekam. Tak, to będzie najlepsze określenie. Po prostu uciekam, gdy sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli. Właściwie sama dokładnie nie wiem, po co się z nim tym dzielę. Moje tchórzostwo sprawia, że tracę w jego oczach coraz bardziej. O ile cokolwiek jeszcze dla niego znaczę.
  Może tli się we mnie ten ostatni płomyk nadziei, iż będzie chciał mi ten pomysł wybić z głowy? Może. A może chcę, aby wiedział, że sobie nie radzę, że tylko tracił czas na kogoś takiego jak ja. 
  - Myślałem, że masz złe kontakty z matką.
  - Wolę być pomiatana przez nią, aniżeli przez ciebie. Mniej boli, wiesz?
  Jednak słabość przejmuje kontrolę nad moim ciałem, nic nie mogę z tym zrobić. Nie potrafię patrzeć na Christiana, bo wiem, że wszystko się skończyło. Nie chce mieć ze mną nic wspólnego, więc zamierzam mu to ułatwić.
  - A właśnie. Proszę – w pewnej chwili przypominam sobie o pewnym istotnym szczególe. Wyjmuję z torebki bransoletkę, którą dał mi dwa dni temu. Kładę ją na biurku, ignorując zaskoczone spojrzenie mężczyzny. Już nie jest moja, nigdy nie była. – Mimo tego… dziękuję ci.
  - Niby za co?
  Pozwolił mi uwierzyć, że jednak mogę być coś warta. Traktował niemal jak księżniczkę za każdym razem, gdy byliśmy sami. Dotykał mnie i pieścił, jak jeszcze nikt. Nie przejmowałam się żadną uwagą Stelli, ponieważ wiedziałam, że jest mój, a na nią nie zwraca najmniejszej uwagi. Nie żałuję niczego, choć teraz przez to płacę za popełnione kiedyś błędy. Było warto chociaż dla tych kilku miesięcy.
  - Za wszystko – zmuszam się do bladego uśmiechu. – Nie będę więcej marnować twojego czasu. Żegnaj, Christian.
  Gdybym przebywała tam dłużej, rozkleiłabym się na jego oczach. Nie chcę dawać mu większej satysfakcji, nie tym razem.
  - Ana… - zaczyna, gdy otwieram drzwi. Jego ton głosu jest wręcz błagalny. Zaciskam powieki, zatrzymując się na moment. Robi mi się gorąco, muszę wyjść na świeże powietrze. Nie oglądam się za siebie, nie potrafię znowu na niego spojrzeć. 

  Jutro spakuję wszystkie rzeczy, dzisiaj nie mam na to siły. Chcę jedynie zaszyć się w swojej sypialni, zjeść kilka opakowań lodów i cały dzień spędzić w samotności. Próby pocieszenia mnie przez Arianę mogłyby przynieść zgoła odwrotny skutek. Modlę się jeszcze, by znowu nie natknąć się na Stellę. Znając ją, powiedziałabym, że podsłuchiwała pod drzwiami. Jednak gdyby tak, nic by nie usłyszała. Nie dostrzegam jej, więc mogę w spokoju udać się do domu.
  No, jeszcze tylko poradzę sobie z Daniels i Dylanem, którzy nagle pojawiają się w zasięgu mojego wzroku. Kobieta posyła mi współczujące spojrzenie, próbuję lekko unieść kąciki ust w odpowiedzi. Nic z tego nie wychodzi.
  - Chris u siebie? - przenoszę wzrok na Mellarka, po czym udzielam twierdzącej odpowiedzi. – Dobrze, a skoro tu jesteś, może mogłabyś pomóc Clarie z…
  - Chętnie – przerywam, przygryzając boleśnie wewnętrzną stronę lewego policzka. – Ale poproś o to kogoś, kto tutaj pracuje.
  Nawet nie ma pojęcia, jak cholernie jest to dla mnie trudne. Lubiłam tę pracę, lubiłam tych ludzi, lubiłam to miejsce. Złośliwości Stelli lub zaczepki Kevina teraz wydają mi się na swój sposób miłe. Nigdy więcej tego nie doświadczę. 
  - A ty niby nie? – pyta rozbawiony. Wziął to za żart. Również chciałabym, żeby ostanie dni okazały się jedynie wielkim głupim żartem. Niestety.
  Twoje życie to żart, podpowiada mi ni stąd, ni zowąd moja podświadomość. Nie sposób się z nią nie zgodzić.
  - Nie. Już nie. Ale miło było poznać.
  Gdy drzwi windy się zamykają, słyszę jeszcze głos mojego szefa. A właściwie byłego szefa. Pyta Clarie, co się stało. Mam nadzieję, że nie wyjawi mu powodu mojego odejścia. Mój romans z Christianem musi pozostać w całkowitej tajemnicy, nikt nie ma prawa się o tym dowiedzieć. Chociaż teraz to wszystko mało mnie obchodzi. Dawno i nieprawda. Brody’emu znowu udało się zniszczyć mi życie. Do trzech razy sztuka, powiadają, więc prawdopodobnie jeszcze uda mu się mnie czymś zaskoczyć. Stella może odetchnąć z ulgą, a żadna z jej teorii spiskowych na nasz temat już się nie spełni. Niedługo pewnie pojawi się ktoś na moje miejsce, kolejny nieszczęśnik, który zmuszony będzie do wiecznego wysłuchiwania tych niespełnionych pragnień. Utrzymywałam z nią kontakt tylko dlatego, iż pracowałyśmy w jednym miejscu. Teraz nie mam ku temu żadnego powodu. I dobrze, przecież się nie lubiłyśmy. Sama nie wiem, dlaczego stwarzałyśmy wobec siebie takie pozory. Ciekawe tylko, kto teraz wysłucha jej wiecznych skarg i bluźnierstw na temat Rebecki. A tak, przecież ona nie jest z Christianem, więc niebezpieczeństwo dla Evans zlikwidowane. Obiecała, że odzyska go z powrotem. Bardzo możliwe, takie kobiety zawsze dostają to, czego chcą. Pozbyła się mnie i ostatecznie przekreśliła wszystko, co było między mną a szatynem. Wygląda na to, iż każdy coś wygrał, każdy ma powody do satysfakcji. Ja oczywiście stanowię niechlubny wyjątek, zdążyłam się już oswoić z tą myślą. Cóż, ktoś musi przełknąć gorycz porażki. Wypadło na mnie i nic na to nie poradzę. Jak widać na załączonym obrazku, nie dałam sobie rady. Chciałam, naprawdę. Walczyłam. Nic z tego nie wyszło, już za późno na jakiekolwiek próby. Chciałam tak wiele? Zapewne tak. Moja słabsza strona ma przewagę. Wszyscy inni mają nade mną przewagę. Oni triumfują, ja przegrywam. Za każdym razem.
  Za każdym jednym pieprzonym razem.
Od autorki: Z lekkim opóźnieniem, ale jest. Niby go sprawdzałam, ale nie jestem pewna, czy zrobiłam to dobrze. Mam nadzieję, że się podoba! Miałam w planach się tutaj rozpisać, ale choroba odbiera mi chęci do życia, więc zrobię to przy następnej okazji. Wiem, wiem, historia Any nie została w pełni ukazana, ale spokojnie. Pracuję nad tym i wszystko jest już pięknie zaplanowane. Kolejny? Przed moimi feriami, to na pewno. Ktoś może wybiera się 10 lutego do Rzeszowa na mecz Resovii?

L x

piątek, 8 stycznia 2016

Twenty eight / Fears come true

'Przestań bać się tego, co może pójść źle i skup na tym, co może pójść dobrze'


  Czasami naprawdę nie rozumiem Christiana. Gdybym była w posiadaniu chociaż połowy jego majątku, już dawno rzuciłabym wszystko i zamieszkała tutaj na stałe. Nie potrafię konkretnie stwierdzić, co takiego urzekło mnie w tym miejscu, po prostu od razu się w nim zakochałam. Piękne otoczenie, mili ludzie, nawet powietrze czystsze. Ani trochę nie przypomina Nowego Jorku, mimo iż nie jest znowu tak strasznie od niego oddalone. Można tutaj odpocząć zarówno w zaciszu własnego apartamentu, jak i spacerować po plaży lub okolicy. Daję słowo, wystarczyło zaledwie kilka minut, bym zapragnęła zostać tu o wiele dłużej niż tylko dwa dni. Niestety, już jutro trzeba wrócić do rzeczywistości.
  Żałuję jedynie, iż nie dane było mi porozmawiać z Maritą. Miałabym do niej kilka pytań, lecz teraz muszę zaczekać na kolejną dogodną okazję. Zakładając oczywiście, że takowa jeszcze kiedyś się trafi. Jak zwykle w głowie układam tysiące czarnych scenariuszy w ciągu jednej minuty, na tym polega mój największy problem. Nie potrafię myśleć optymistycznie, od razu zakładam najgorsze. Sporo ryzykuję, a jeśli Brody postanowi znowu zniszczyć mi życie, wszystko stracę. Będę musiała odejść, a tego boję się najbardziej.

  Korzystając ze słonecznej pogody, chcę zrobić coś ze swoją bladą skórą. Jako że Christian rozmawia z Dylanem przez telefon, szybko ubieram czarne bikini i wychodzę na zewnątrz.  Rozglądam się dookoła, lecz po mężczyźnie nie ma ani śladu. No cóż, nie zamierzam zbytnio się tym przejmować. Zajmuję miejsce na jednym z leżaków, zakładając na nos okulary przeciwsłoneczne. Rozprowadzam olejek do opalania, który zabrałam ze sobą, po rękach, brzuchu i nogach, by móc w spokoju choć odrobinę się opalić. Spędzam tak może z pięć minut, ponieważ coś przysłania mi światło słoneczne. A może raczej ktoś. Brewer uśmiecha się szeroko, lustrując moje półnagie ciało wygłodniałym wzrokiem. Ubrany jest tylko i wyłącznie w ciemne szorty sięgające do kolan.
  - Zasłaniasz mi słońce, kotku - mruczę, odwzajemniając gest. Lekko zsuwam okulary, spoglądając na niego bacznie. Bez górnej części garderoby wygląda lepiej niż grecki bóg. Zresztą, bez niej jak i z nią. Udaje, że mnie ignoruje i zajmuje miejsce na leżaku obok. Obserwuję go kątem oka, jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Nachodzi mnie wyjątkowa ochota, by się z nim trochę podroczyć. Odkładam okulary na ziemię, wstaję ze swojego miejsca i siadam okrakiem na jego udach. Unosi zaskoczony brwi, lecz widzę, iż jest zadowolony z obrotu sytuacji.
  - Nie podziękowałam ci jeszcze – stwierdzam, wodząc paznokciami po torsie szatyna. – No wiesz, że mnie tutaj zabrałeś i w ogóle – dopowiadam, gdy posyła mi pytające spojrzenie.
  Wygrałam swego rodzaju los na loterii. To właśnie mną się zainteresował, to właśnie mi poświęca swoją uwagę. Wiem doskonale, iż nie będzie to trwać wiecznie, więc chcę z tego korzystać najlepiej, jak tylko potrafię.
  - Dla mojej księżniczki wszystko - mówi, na co mimowolnie się rumienię. Jeszcze żaden mężczyzna, na którym mi zależało, tak się do mnie nie zwracał. Wyjątek stanowi oczywiście Jack, lecz sens jego wypowiedzi był zupełnie inny. Zawsze używał zdrobnień tego typu, gdy akurat skończyło mu się jedzenie, a sprawdzanie wiadomości w telefonie uniemożliwiło mu wstanie z miejsca i otworzenia lodówki samodzielnie.
  - Panno Crawford, jest pani bardzo niegrzeczna – mruczy, gdy dotykam dużego wybrzuszenia na ubraniu i uśmiecham się lubieżnie. Dobrze wiedzieć, iż tak na niego działam.
  Mężczyzna podnosi się i opiera na łokciach. W jego oczach dostrzegam to, co zawsze chciałam widzieć. Pragnę go, tak samo jak on pragnie mnie. Nasza relacja nie jest jedynie czysto seksualna, choć takie czasami sprawia wrażenie. Już nie raz mi to udowodnił. Mogę powiedzieć mu praktycznie o wszystkim, nie ryzykując, że wyśmieje mnie bądź skrytykuje. To typ mężczyzny, o którym marzy niemal każda kobieta. Jest przystojny, fantastycznie zbudowany, inteligentny, charyzmatyczny… a na tę chwilę – tylko mój.
  - Wyglądasz... kusząco - przez sekundę szuka dobrego określenia, omiatając wzrokiem partie mojego ciała ukryte pod materiałem. Czuję się lekko skrępowana, ale przecież sama to zaczęłam.
  Nachylam się, by wziąć w posiadanie jego usta. Chwytam w zęby dolną wargę i delikatnie pociągam, słysząc seksowny pomruk. Język Christiana wsuwa się do mojej jamy ustnej, pieszcząc zakamarki podniebienia. Uwielbiam, kiedy mnie całuje, lecz teraz to za mało. Chcę doznać tej nieokiełznanej namiętności, która towarzyszy nam za każdym razem, gdy mnie kocha. Gdy bierze mnie w posiadanie i czyni swoją uległą na długie godziny.
  - Mam nadzieję - odrywam się od niego na krótki moment. - Na pewno tu nikogo nie ma?
  - Na pewno – potwierdza. Jednym sprawnym ruchem odwiązuje górną część mojego stroju, której ja bez przeszkód pozwalam opaść.

~*~

  Całkowicie wyczerpani dzielimy jeden leżak. Może jest trochę ciasno, ale przez to mogę tkwić bezkarnie wtulona w jego muskularny tors. Dalej dziwię się samej sobie, że ani trochę nie krępuję się zaistniałą sytuacją. Leżę w końcu naga, przylegając całkowicie do swojego szefa. Nie, to szaleństwo. Ale fachowo rzecz biorąc, najlepsze szaleństwo w moim życiu.
  - Chcę tu zostać dłużej - jęczę, kreśląc opuszkiem palca okręgi na jego klatce piersiowej. Wsłuchuję się w przyśpieszone bicie jego serca i mimowolnie uśmiecham.
  - Niedługo znów cię tu zabiorę, maleńka. Co ty na to?
  - Mhmm... - mruczę przeciągle, całując go w usta. Nie mam siły na jakąś głębszą wypowiedź, jestem wyczerpana. Mimo to jakoś zmuszam się, by wstać i po raz kolejny się ubrać.. Christianowi nie bardzo podoba się taki stan rzeczy, lecz czyni dokładnie to samo.
  - Pomożesz mi? – pytam niewinnie, odwracając się tyłem w oczekiwaniu, że nie będę musiała samodzielnie gimnastykować się z zawiązaniem góry od kostiumu.
  - A muszę? – mruczy niezadowolony, przyciągając mnie do siebie. – Bardzo ładnie ci bez tego.
  - Chcę się opalić, jestem za blada – odpowiadam szybko i reaguję, kiedy znowu wędruje rękami tam, gdzie nie trzeba. Przykro mi, powtórki nie będzie.
  - Więc się równo opalisz, nie widzę problemu – stwierdza, przez co dostaje ode mnie w ramię. – Błąd, Anastasio. Ciekawe, jak wyglądałabyś w wodzie.
  W pierwszej chwili nie rozumiem, o co mu chodzi. Sekundę później pojmuję aluzję, gdy bierze mnie na ręce i staje przed krawędzią basenu. Kurczowo obejmuję go za szyję, lecz to i tak nic nie da. Zaklinam go na wszystkie świętości, by tego nie robił, wymyślając jakieś bzdury o utonięciu czy hydrofobi. Nie wierzy w ani jedną rzecz, mało tego. Śmieje się perfidnie, a sekundę później ląduję w sztucznym zbiorniku.
  Zemsta będzie słodka, Brewer. Nie znasz dnia ani godziny.
  - Zabiję cię! – warczę, odgarniając włosy na bok. Gdy w geście pomocy podaje mi rękę, również wpada do wody. No cóż, mógł się tego spodziewać. W akcie okazania mojej złości rzucam się na niego, przez co cały się zanurza. Niestety, ciągnie mnie ze sobą. Teraz ja mogłam to przewidzieć. Za chwilę znowu znajdujemy się na powierzchni. Mężczyzna przyciąga mnie do siebie i całuje, gwałtownie i namiętnie. Chwytam jego twarz w dłonie i korzystam z chwili nieuwagi, by wsunąć język do jego jamy ustnej i wodzić nim po podniebieniu.
- Dalej masz na to ochotę? - zniża głos do konspiracyjnego szeptu.
- Niekoniecznie - stwierdzam, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
  Spędzamy tak jeszcze ponad godzinę. Pływamy, całujemy się i wygłupiamy się jak małe dzieci. Nie wiem dokładnie, jakim sposobem czas tak szybko mija. Bez względu na wszystko przy nim naprawdę mogę być sobą, nie muszę nikogo udawać. Ariana miała rację. Gdybym nie podobała się mu taka, jaka jestem, nie zwróciłby na mnie uwagi. Mogę słuchać wszystkich negatywnych uwag ze strony Stelli i brać je sobie do serca, jeśli chcę jeszcze bardziej obniżyć swoją samoocenę. Ale nie warto się nimi przejmować, taki ktoś jak ona nie ma najmniejszego prawa mnie krytykować. O wiele bardziej cenię sobie zdanie Christiana, to jemu chcę się podobać. Nie wiem, jak on to robi, ale za każdym razem, gdy się spotykamy, pragnę nigdy nie wypuszczać go ze swoich ramion. Ciekawi mnie tylko, jak długo moja bajka będzie trwać, bo boję się, że skończy się dość szybko. A tego chyba boję się najbardziej.



~*~

  Zapłakana wbiegam do jego domu. Wszelakie emocje targają moim ciałem. Złość, frustracja, wściekłość i zażenowanie, ale też smutek i rozpacz. Dałam się nabrać, pozwoliłam, by to wszystko mnie przerosło i pokonało. Okazałam słabość i teraz przychodzi mi za to zapłacić. On mną gardzi, już nie dostrzega. Tracę w jego oczach każdy pozytywny aspekt, jaki dostrzegał. Znienawidził mnie z całego serca, widzę to w jego oczach. Patrzy na mnie, jakbym była największym złem na tej planecie. Kilka razy zastanawiałam się, jakby to było całkowicie się poddać. Wziąć tabletki, popić je alkoholem i zapaść w błogi sen. Tak byłoby dla wszystkich najlepiej, ale nie. Bałam się. Byłam i jestem tylko pieprzonym tchórzem. Niczym więcej.
    - Ja… ja…  - zaczynam załamana. Nie potrafię wydusić z siebie chociażby jednego prostego zdania. Policzki są czerwone i mokre od łez, wyglądam i czuję się jak wrak człowieka. Straciłam wszystko, teraz to wiem. Straciłam jego, centrum mojego Wszechświata.
  - Zamknij się  - warczy. Jego oczy ciemnieją, wewnętrzna bestia wydostaje się na zewnątrz, a nie mam pewności, czy w tej sytuacji będzie chciał z nią walczyć. – Wynoś się stąd.
  Ignorując jego polecenie, podchodzę bliżej. Chcę wykorzystać ostatnią deskę ratunku, może da mi się wytłumaczyć… musi dać mi się wytłumaczyć.
  - Nie mów tak - proszę, rozpaczliwie łapiąc go za rękę.
  - Zostaw mnie, ty suko - brutalnie odpycha moje ciało od siebie, prawie się przewracam. Widzę go takiego pierwszy, ale zapewne ostatni raz… nasze drogi teraz całkowicie się rozejdą. – Wypierdalaj z mojego życia i nigdy nie pokazuj mi się na oczy.
   Chwyta mocno mój łokieć i jak gdyby nigdy nic wyrzuca za drzwi. Zamyka mi je przed nosem, a donośny trzask jeszcze długo brzęczy w moich uszach. Opieram plecy o zimną ścianę i powoli zsuwam się na podłogę. Przed chwilą zaprzepaściłam wszystko, co miałam. A to wszystko przez własną głupotę. Pozwoliłam, by to się stało i nie reagowałam.  Jedyne, czego chcę, to zamknąć oczy i nie obudzić się już nigdy więcej.

~*~

  Zrywam się w środku nocy. Nie mam pojęcia,  czy krzyczałam,  czy też nie, ale teraz to ostatnia rzecz, jaka zaprząta mój umysł. Płytko oddycham, starając się jakoś uspokoić i dojść do siebie. Przeczesuję ręką włosy opadające na czoło i boleśnie przygryzam wargę. Czuję metaliczny posmak krwi, chce mi się wymiotować. Chce mi się płakać… wszystko na raz
  To tylko zwykły koszmar, to zwykły koszmar, powtarzam w duchu, mimo iż nie pomaga to ani trochę. Mimo iż to tylko wytwór wyobraźni, wszystkie obrazy wydawały się zadziwiająco realne. Wiem, że taki scenariusz jest prawdopodobny. Wiem, że Christian mnie znienawidzi, kiedy tylko wszystkiego się dowie. Nie mogę na to pozwolić.
  - Co się stało, maleńka? – pyta od razu po przebudzeniu, a z tego powodu mnie ogarniają wyrzuty sumienia.
  - Miałam zły sen - tłumaczę ściszonym głosem. Wtulam się w jego nagi tors i przymykam oczy. Tak dobrze jest mieć go przy sobie, a świadomość, że jest tak blisko, działa na mnie kojąco. Po dłuższej chwili się uspokajam, mój oddech staje się miarowy.
  - Jestem tu, nie bój się - mruczy mi do ucha i mocniej przytula. Czuję się nadzwyczaj bezpieczna, wiem, że nic mi się nie stanie. Przynajmniej na razie.
  Oplatam jego nagie ciało niczym bluszcz. Chcę mieć pewność, że gdy obudzę się rano, on ciągle przy mnie będzie. Tej nocy znowu się z nim kochałam... targają mną przez to coraz większe możliwości.
To nie jest tak, że jestem mu potrzebna tylko po to, by zaspokajać jego popęd seksualny, prawda? Robi ze mną, co mu się żywnie podoba, a ja nie protestuję. Nigdy nie byłam łatwa, lecz teraz za jego sprawą się taka staję. Być może to jest jedyny aspekt, który mu się w mnie podoba…
  Nie, to na pewno nieprawda.
  Natychmiast odpędzam od siebie tę myśl, to nie tak. Dotykał mnie, jak jeszcze nigdy żaden mężczyzna. Niemożliwe, by nie żywił żadnego uczucia, chociaż zauroczenia. To by mi wystarczyło, bo o niczym poważniejszym nie śmiem nawet marzyć. Dobrze się ze mną bawi i na tym koniec. Wiem, że nie powinnam się w nim zakochać. Nigdy. Ale to silniejsze ode mnie, nie potrafię tego powstrzymać.
  - Śpij już, księżniczko. Słodkich snów - nie widzę jego twarzy , lecz mogę przysiąc, że właśnie się uśmiecha. Co prawda, lubię go władczego i pewnego siebie, lecz gdy jest czuły i delikatny, podoba mi się równie mocno.
  - Teraz już na pewno - szepczę, a chwilę później odpływam w długi i spokojny sen. Tkwię w jego opiekuńczym uścisku, zapominając o wszelkich troskach, problemach i niepotrzebnych zmartwieniach. Może i to wszystko nie będzie trwać wiecznie, ale jak na razie czuję się przy nim zbyt dobrze, by jakkolwiek chcieć to przerwać.

~*~

  Obdarowuję Christiana namiętnym pocałunkiem i odbieram od niego walizki. Jest niedziela, godzina szesnasta, lecz on musi za godzinę pojawić się na ważnym spotkaniu. Obecność Dylana, niestety, nie wystarczy, co bardzo mnie martwi, ale nie mogę zachowywać się przecież jak rozkapryszona egoistka. Nie jest tylko mój, ma swoją pracę i obowiązki. Ale dlaczego w niedzielę? To kompletnie pozbawione sensu.
  Pytam, czy też muszę być obecna, lecz on odpowiada przecząco. Żegnam się z nim i patrzę jak odjeżdża, a chwilę później znikam za drzwiami budynku.
  Rozpakowuję walizkę, przy okazji sprzątając bałagan, jaki zrobiłam jeszcze przed wyjazdem. Mój wzrok przenosi się na piękną, brylantową bransoletkę, którą dostałam wczoraj. Siadam na łóżku i przejeżdżam opuszkami palców po każdym kamieniu. Nie powinnam była przyjąć tego prezentu, jest zdecydowanie za drogi. Czuję się dziwnie z tą świadomością, on mnie kupił. Wręczył błyskotkę od najlepszego jubilera, a potem kilka razy się ze mną przespał.
  - Nie, to nie tak – mówię do siebie, chowając twarz w dłoniach. W głębi duszy jednak wiem, że to prawda. Nie chcę być jedynie jego panienką do towarzystwa. Świadomość, że jestem z Christianem tylko dlatego, że potrzebuje chwilowej rozrywki, jest wręcz straszna. To boli. Okropnie boli, nie chcę tego, ale nie chcę też go stracić. Nie mam pojęcia, co jest gorsze – żyć ze świadomością, że mogę mu się znudzić w każdej chwili, czy już teraz zostać sama. Przynajmniej raz na pół godziny zaprzeczam sama sobie. Muszę zająć umysł czymś pożytecznym, bo niedługo autentycznie zwariuję.

~*~

  Potrzebuję towarzystwa, teraz. Zaraz. Ariana jak na złość musi akurat teraz odwiedzać rodziców w Cansas City, więc raczej na nią liczyć nie mogę. Mogłabym spotkać się z Jack’iem, ale potrzebuję typowej damskiej rozmowy. A on do takowej stanowczo się nie nadaje. Oby tylko Clarie nie miała akurat ważnych spraw na głowie, bo jest moją ostatnią deską ratunku. Właśnie ona i Ari są osobami, które wiedzą o mnie najwięcej, tylko je byłam w stanie bliżej do siebie dopuścić. Gdy przeprowadziłam się do Nowego Jorku, byłam pesymistycznie nastawiona do każdego człowieka, który szedł ulicą. Bałam się zaufać komuś obcemu, bałam się zawodu. Jak się okazało – całkowicie niepotrzebnie. Owszem, kilka razy się sparzyłam, ale Parks zawsze przy mnie była i nie raz udowadniała, że jest naprawdę wspaniałą przyjaciółką. Mam ogromne szczęście, że spotkałam ją na swej drodze. Claire za to nie wie wszystkiego, co nie zmienia faktu, iż już pierwszego dnia znalazłyśmy wspólny język. Zaprzyjaźniła się też z Arianą, za co z całego serca dziękuję Bogu. Nie zniosłabym, gdyby dwie tak ważne dla mnie osoby, nie potrafiłyby wytrzymać ze sobą minuty w jednym pomieszczeniu.

  Wymieniam kilka wiadomości z rudowłosą, gdzie zapowiada swoje przybycie w ciągu trzydziestu minut. Nie wiem, jakim cudem, ale zjawia się po niespełna piętnastu. Oczywiście z wielkim opakowaniem popcornu i płytami. Kilka komedii romantycznych, jeden horror i dramat. Całe szczęście, że chociaż ona ma wolny wieczór i nie pozwoli w samotności zadręczać się własnym życiem.  Przynoszę coś do picia i rozpoczynamy nasz mały maraton. Trafia na Diabeł ubiera się u Prady, klasyka.
  - No, Anastasia… - jej ton głosu mnie martwi. – Co się dzieje? Wiesz, że możesz mi powiedzieć!
  - Chodzi o to… - przerywam, nie mając pojęcia, jak ubrać myśli w odpowiednie słowa. Przedtem przecież nie mówiłam jej za wiele o moim romansie z Brewerem, wręcz nic. Wiedziała tylko o kilku aspektach, miedzy innymi o naszym weekendowym wypadzie za miastu. Na szczęście nikt trzeci się o tym nie dowiedział. Teraz mam jej wyśpiewać wszystko, jak na spowiedzi? Chyba tak nie potrafię – Chodzi o Christiana, nic takiego – wyznaję w końcu.
  - Jednak coś jest na rzeczy – stwierdza. – Nie chwaliłaś się nawet, jak było! Pokłóciliście się?
  Spuszczam głowę i siadam po turecku, biorąc do rąk garść popcornu. Nie mam odwagi na nią spojrzeć, wstydzę się swojej bezsilności.
  - Nie o to chodzi. Po prostu… chyba się zakochałam – wyznaję cicho, powstrzymując łzy. – A ja nie mogę, rozumiesz? Nie mogę! On nie ma prawa się o tym dowiedzieć. Prawda jest taka, że niedługo mu się znudzę i znajdzie sobie kogoś innego. A ja nie mam pojęcia, co wtedy zrobię – wręcz czuję, jak się czerwienię. Zachowuję się jak ostatnia idiotka, ponieważ stanowczo zbyt wyolbrzymiam swoje problemy. Nawet nastolatki nie użalają się tak nad sobą po zawodzie miłosnym. Wtedy to wydaje się być końcem świata, ale dość szybko podnoszą się z kolan i uśmiechnięte idą dalej. Nie jestem pewna, kiedy i czy w ogóle mi się to uda.
  - Kochanie ty moje… – piszczy zmartwiona i przytula mnie do siebie. Potrzebowałam tego.
  Nie kontroluję, gdy pierwsze krople słonej cieczy spływają po moich policzkach. Wiele razy już obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie będę płakać, mimo iż dalej robię to stanowczo zbyt często. Zawsze znajduję jakiś powód. Nie ważne, czy niesamowicie poważny, czy całkiem błahy. Łzy pomagają mi odreagować, są jak żyletka dla niektórych, ale ja – na szczęście - jej nie potrzebuję. Nie potrafię się samo okaleczać, zbytnio się boję.
  Nawet tego nie potrafisz, słyszę cichy głosik w głowie. Ma rację, po raz kolejny przegrywam.
  - Każdy facet taki jest – uspokaja mnie, lecz wybiera złą drogę. Ta formułka przestała działać wieki temu – Ana, cholera jasna! On zerwał z Rebeccą, bo zaczął spotykać się z tobą! To coś znaczy! Musi znaczyć, przecież…
  - Nie, nie znaczy… nie chciał grać na dwa fronty i tyle – ucinam jej wywód.
  - Crawford! – warczy. – Zrozum wreszcie, że i tobą ktoś ma prawo się zainteresować. Szczerze mówiąc, obstawiałam to od początku, coś go do ciebie ciągnęło i nie wmawiaj mi, że to nieprawda. Jak możesz nie dostrzegać tych wszystkich facetów, którzy się za tobą oglądają?! Cały tabun lasek zabiłby za to, a tobie jeszcze coś nie pasuje. Poważnie zaczynam wierzyć, że kobiety są skomplikowane…
  Mimowolnie się uśmiecham. Chyba potrzebowałam, by ktoś mną porządnie potrząsnął. Przez moment zastanawiam się nad sensem jej słów. Czy Christian kiedykolwiek będzie zdolny do odwzajemnienia choć cząstki uczucia, jakim go darzę? Wątpię, nie jest typem mężczyzny, który został stworzony do stałych związków. Może i był z Rebeccą dość długo, ale skończyło się tak, jak się skończyło. Zdradził ją. Zrobił to raz, więc z czystym sumieniem zrobi kolejny.
  - Dziękuję – dukam nieśmiało.
  - Teraz shhh… zaczyna się robić ciekawie! – mruczy, objadając się popcornem. Kręcę z rozbawieniem głową, lecz idę w jej ślady i wlepiam wzrok w ekran. Spędzamy czas na komentowaniu każdego kroku dosłownie każdego bohatera i rozmowie o błahostkach, zapominając o wszystkich problemach, z jakimi będziemy musiały zmierzyć się dnia następnego.

~*~

  Film ma się już ku końcowi, gdy ktoś dobija się do mieszkania. Spoglądamy po sobie zaskoczone. Wzruszam ramionami, odpowiadając jednocześnie na niewypowiedziane przez przyjaciółkę pytanie. Nikogo nie zapraszałam, więc nie mam zielonego pojęcia, kogo przyjdzie mi gościć. Brewer? Być może, ale on raczej nie chciałby roznieść drzwi swoimi pięściami.
  - Ty suko! - od razu wita mnie rozzłoszczony głos Rebecci. Resztką silnej woli powstrzymuje się, by mnie nie uderzyć, emanuje od niej czysta nienawiść. Wprasza się do środka i kieruje do salonu, gdzie zastaje Clarie, która z wrażenia upuszcza miskę z popcornem na dywan. Dla tej kobiety nic nie jest niemożliwe. Najpierw cudem zdobyła mój numer telefonu, a teraz adres. I po co?
  - Może trochę spokojniej, huh? Mieszkam tu i nie życzę sobie twoich humorków... nie mówiąc o wizycie - burczę zdekoncentrowana. Rudowłosa wstaje i podchodzi do mnie, podczas gdy blondynka krzyżuje ręce na piersi, a ciężar ciała opiera na prawej nodze.
  - Daniels, daj nam moment - zaczyna oschle. - Ta sprawa cię nie dotyczy.
  Przyjaciółka spogląda na mnie pytająco, a ja przytakuję. Udaje się do innego pomieszczenia, więc zostajemy same. Przez kilka sekund rozgrywa się walka na nienawistne spojrzenia. Żadna z nas nie ma zamiaru ustąpić i dać drugiej satysfakcję.
  - Zabrał cię gdzieś, prawda? - w końcu przerywa niewygodną ciszę. Prawdę mówiąc, nie mam bladego pojęcia, o co jej chodzi. Czyżby o nasz wspólny weekend na wybrzeżu? Ale skąd miałaby się dowiedzieć? Ach tak, ona wie wszystko.
  - Rebecca, po co przyszłaś?
  - Nigdy nie byliśmy nigdzie razem, nigdy. Aż tu nagle pojawiasz się ty i myślisz, że coś dla niego znaczysz. Błąd, kochanie. Wielki błąd.
  - Nie wiesz, co mówisz - odpowiadam spokojnie, staram się jakoś załagodzić tą chorą sytuację.
- Owszem, wiem! Wracam właśnie od Christiana, powiedziałam mu o wszystkim. Wyobrażasz sobie, że Brody opowiedział mi twoją ciekawą historyjkę? Nawet po tobie bym się tego nie spodziewała.  A teraz twój ukochany nie chce cię znać - uśmiecha się triumfalnie. Wygrała, obie o tym wiemy. W tej chwili moje życie doszczętnie się wali, na własne życzenie je zaprzepaściłam. Wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, ale nie sądziłam, iż tak szybko… i w taki sposób.
  - Nie wierzę – szepczę bardziej do siebie niż do niej.
  - Nie mój problem. Zadzwoń i się przekonaj. No cóż, miło było cię poznać.
  Wychodzi tanecznym krokiem, ani razu się nie odwracając. Odprowadzam ją wzrokiem, a moje oczy na nowo robią się szklane. Z trudem dochodzę do kanapy, siadam i pusto wpatruję się w przestrzeń. Nic nie ma sensu. Już wie. Christian Brewer wie o moim sekrecie i zapewne mnie nienawidzi. Sama jestem sobie winna, mogłam tego nie zaczynać. Tak bardzo bałam się zostać sama, że nie uwzględniłam tego małego, lecz ogromnie ważnego szczegółu. Demon przeszłości powraca i nie daje o sobie zapomnieć. Niszczy wszystko, całe moje dotychczasowe szczęście.
  - Annie, co się dzieje? – znikąd pojawia się Claire. Po jej wyrazie twarzy wnoszę, iż nic z tego nie rozumie. Też bym tak chciała.
  - Znienawidził mnie  - stwierdzam, głos mi się łamie.
W tej chwili tracę wszystko, na czym mi zależało. Nie będę mieć odwagi, by spojrzeć Christianowi w oczy. To tylko i wyłącznie moja wina, ja to zrujnowałam.
- Słyszałam wszystko – zawiadamia. – O co jej chodziło? Czemu Christian ma cię za to znienawidzić?!
  Chcę jej powiedzieć, lecz dopiero za chwilę. Najpierw muszę upewnić się, że słowa Rebecci są prawdziwe. Wystukuję na wyświetlaczu jego numer i czekam aż odbierze. Sygnał za sygnałem. Nic. Już mam się rozłączyć, gdy po drugiej stronie słyszę jego ostry głos. Już nie mam wątpliwości, bańka mydlana pękła.
  - Czego chcesz?
Calvano nie kłamała. Wszystko, tylko nie to, błagam.
  - Możemy porozmawiać? – pytam nieśmiało, podkurczając kolana i opierając na nich brodę.
  - Rebecca u mnie była, potem Carlson potwierdził. Czy ty naprawdę myślałaś, że się nie dowiem?
  - Nie wiem, co ci powiedział, ale zapewniam, to wygląda inaczej. Zrozum, że…
  - Nie obchodzi mnie to, zachowałaś się jak szmata – zaciskam mocno powieki, powstrzymując płacz. Nie chcę się przy nim rozkleić, nie mogę. Jego słowa wyjątkowo mnie ranią. – Coś jeszcze? Mam ważniejsze sprawy niż rozmowa z tobą.
  - Proszę, ja… - nie dane jest mi dokończyć, ponieważ mężczyzna rozłącza rozmowę. Już po wszystkim.
    Ma mnie za tą najgorszą. Racja. Jestem nią. Przecież on nienawidzi Brody’ego, a ja… skąd miałam wiedzieć, że tak się to skończy? Nigdy nie snułam żadnych planów na przyszłość z Brewerem w roli głównej, jestem realistką. Ne widziałam też potrzeby dzielenia się moim sekretem. Jak niby powinnam była mu to wyznać? To kompletnie pozbawione sensu.
  - Anastasia? Ana? Ej, tu Ziemia! – czuję, jak rudowłosa mną potrząsa, lecz nie jestem w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku, poza szlochem oczywiście. – Możesz łaskawie wytłumaczyć mi, o co jej chodziło?
  - Nienawidzi mnie – powtarzam kolejny już raz w przeciągu kilku minut.
  - To już wiem. Do rzeczy!
  - Brody Carlson – milczę przez moment, układając w głowie, co powiem. Nie mam żadnego pomysłu, nie da się tego w racjonalny sposób wytłumaczyć. Przynajmniej ja nie potrafię.
  - Skarbie, nie jestem wróżką – wzdycha.
  - Brody Carlson… - zaczynam znowu, tym razem muszę wreszcie to z siebie wydusić. Za późno, by się usprawiedliwiać lub uciekać. – …jest ojcem mojego dziecka, Clarie.
Od autorki: Z początku miał być podzielony na dwie części, ale ostatecznie stwierdziłam, iż rozdziały będą za krótkie. Mamy mały przełom, wcześniej niż planowałam, chociaż to nawet lepiej. Wszystkie moje dalsze pomysły do tego nawiązywały, a nie mogłam ich realizować i odwlekać tego momentu, bo nic dobrego by z tego nie wyszło. Wszyscy cali i zdrowi po Sylwestrze? Mam nadzieję, że tak. Teraz oczekuję ferii. Byle do połowy lutego! Okazja do poćwiczenia silnej woli i wprowadzenia w życie postanowień noworocznych. Zaczęłam je realizować nieco wcześniej, więc wszechobecne hasło Nowy rok - Nowa ja (btw tylko mnie ono masakrycznie wkurwia?) nie obowiązuje. Mam nadzieję, że rozdział mimo wszystko Wam się podoba. Jeżeli znaleźliście jakieś błędy, dajcie znać, szybko poprawię. Tym czasem się z Wami żegnam, do następnego razu!

L x