czwartek, 24 grudnia 2015

Twenty seven / Who I am to disagree?

'Najcenniejsze rzeczy w życiu nic nie kosztują'


  Ostatni raz upewniam się, czy aby wszystko jest na swoim miejscu. Robię w myślach listę i po kolei odznaczam kolejne punkty. Znając mnie, zapomniałam połowy rzeczy i zorientuję się jakąś godzinę po dotarciu na miejsce. Kiedyś potrzebowałam całego dnia na uzmysłowienie sobie, że nie mam ze sobą telefonu. Po prostu wyszłam z domu i o nim zapomniałam, dopiero wieczorem półgodzinne kazanie od Ariany mi o tym przypomniało.
  Ogarniam wzrokiem całą sypialnię, która wygląda niczym po przejściu kataklizmu. Wszędzie rozrzucone ubrania, bielizna, nawet szampon do włosów znajduję dopiero pod łóżkiem. Czasem naprawdę nie mogę pojąć, jak udaje mi się nabałaganić w niespełna piętnaście minut. Nie potrafiłam zdecydować, co spakować. Nawet nie wiem, w jakim miejscu będę za kilka godzin. Christian powiedział, że spędzimy tam dwie noce, więc wątpię, by było to gdzieś daleko. Chociaż po nim spodziewam się wszystkiego. Spałam jedynie przez około dwie godziny, ze zdenerwowania nie mogłam zmrużyć oka. Wiem, jestem przewrażliwiona, lecz z każdą chwilą stresuję się jeszcze bardziej.
  Nie masz powodu, idiotko.
  To pierwszy raz, kiedy razem gdzieś wyjeżdżamy. Nie mam pojęcia, jak winnam to interpretować. A może nie robić tego w ogóle? W ostatnim czasie Rebecka napsuła mi mnóstwo krwi, Stella też nie była lepsza. Chociaż teraz mam szansę wymazać je ze swojej pamięci i przez dwa dni nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi sprawami.
  Najchętniej wróciłabym do łóżka na dobre kilka godzin, lecz mój aktualny stan psychiczny mi na to nie pozwala. Czuję się jak po co najmniej trzech mocnych kawach, a od ponad dwudziestu godzin nie wypiłam ani jednej. Nieustannie zerkam na wyświetlacz telefonu, sprawdzając aktualną porę dnia. Czas zdaje się stanąć w miejscu, a mnie ogarnia coraz to większe wrażenie, iż czegoś zapomniałam. Mam jedynie nadzieję, że nie wpadłam w ręce psychopaty, który najpierw uwodzi kobiety, a potem wywozi je na jakieś odludzie i zostawia na pożarcie dzikim zwierzętom. Szczerze mówiąc, wcale nie obraziłabym się, gdybym nie musiała dłużej oglądać pewnych osób. Na przykład Stelli albo Rebecki. Broń Boże, nie życzę im źle, lecz perspektywa ich dłuższej nieobecności wydaje się być wprost idealna. Niestety, niemożliwa.
  Dopiero teraz dociera do mnie, jak wielki błąd popełniłam. Następnego dnia podzieliłam się tą informacją z Clarie, a pod żadnym pozorem nie powinnam była tego czynić. Nie mam pojęcia, dlaczego się wygadałam, to był impuls. Podczas przerwy na lunch zeszłyśmy przypadkowo na temat Evans, a ja oczywiście musiałam palnąć jakieś głupstwo. Teraz pozostaje mi już tylko czekać, aż kobieta dowie się o relacjach, jakie łączą mnie z Brewerem. Prosiłam Daniels, by pod żadnym pozorem nigdy jej o tym nie wspomniała, lecz nie sądzę, by przepuściła okazję do zagrania brunetce na nerwach. Taka szara myszka jak ja zwróciła uwagę nieziemskiego pana prezesa. Tyle razy słyszałam od niej, iż ten scenariusz nie ma nawet odrobiny szans na powodzenie. A tutaj proszę.
  Zamiast ekscytować się dzisiejszym wyjazdem, siedzę na podłodze obok łóżka i cały czas zastanawiam się nad tym, jakie czekają mnie jego konsekwencje. Powinnam za to tylko poprawić fryzurę i upewnić się, że bateria w telefonie jest naładowana. Ten weekend należy do mnie.
  Do mnie i do niego.

~*~

     Nie mam pojęcia, ile zajmuje nam droga do wyznaczonego miejsca. Praktycznie przez cały czas zajmujemy się rozmową. Mimo tego nie dostaję ani jednej wskazówki odnoście tego, gdzie zmierzamy. Mam jedynie zapewnienia, że nie jest to żaden kącik mordercy i porywacza. Nie przepadam zbytnio za niespodziankami, a z doświadczenia wiem, że Christian Brewer jest osobą, po której można spodziewać się naprawdę bardzo wiele. Zwykle bywają to pozytywne zaskoczenia, więc żywię nadzieję, iż tym razem nie będzie inaczej.
  Wiem tylko tyle, że na pewno nie znajdujemy się w Nowym Jorku. Zbyt mało drapaczy chmur, zbyt dużo zapierającego dech w piersiach krajobrazu. Każde moje pytanie zostaje zignorowane, a następnie szatyn sprytnie zmienia temat na bardziej wygodny. Widzę w jego oczach ekscytację, już nie może się doczekać, aż wreszcie wysiądziemy z samochodu. Tak samo zresztą jak i ja.
  - Daleko jeszcze? – pytam co kilka minut. Zachowuję się niczym mała dziewczynka, którą rodzice zabierają w długą podróż, a ona po stokroć wolałaby zostać w domu i bawić ulubioną lalką. Ja z kolei już chcę przekonać się, gdzie ten wariat mnie zabiera.
  - Może kilka minut, może pół godziny – uśmiecha się szeroko, przez co ze zrezygnowania kręcę głową. Albo mi się wydaje, albo zagrywki w tym stylu są raczej dziedziną kobiet.

~*~

  Wjeżdżamy na podjazd domku letniego należącego do Christiana. Chociaż to zdecydowanie za mało powiedziane. Budynek jest nowocześnie zaprojektowany, posiada taras i prywatny basen, o ile oczywiście nie myli mnie wzrok. To wszystko tak bardzo do niego pasuje. Luksusowa dzielnica, nowoczesny budynek, a widoki wprost zapierają dech w piersiach. W dalszym ciągu nie wiem, gdzie dokładnie się znajdujemy, lecz teraz ta wiedza jest mi do niczego niepotrzebna. Wiem tylko, że od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tym miejscu.
  Mężczyzna wyjmuje nasze walizki i udajemy się do środka. Już przed wejściem czeka mnie niemałe zaskoczenie, gdy w progu wita nas szczupła kobieta o dość ciemnej karnacji. Marszczę brwi, spoglądając pytająco na swojego towarzysza, lecz ten od razu wita się z nieznajomą.
  - Jakby pan nie…
  - Marita, co ja mówiłem?
  - Jakbyś nie mógł czegoś znaleźć, co prawdopodobne znając ciebie, lepiej się przyłóż do szukania, bo wracam dopiero we wtorek, więc możesz mieć problem – staram się nie wybuchnąć śmiechem na tę lekko uszczypliwą uwagę, jednocześnie wyczekując jego reakcji. Gdyby dobrze się nie znali, takie słowa nigdy nie wypłynęłyby z jej ust. Christian jest osobą, która potrafi wzbudzać lęk w ludziach zaledwie jednym spojrzeniem. Szanują go i nade wszystko cenią sobie jego zdanie, nikt nie ryzykowałby zepsucia mu humoru.
  - Znam swój dom, spokojnie – trąca ją żartobliwie w ramię, na co ona czyni dokładnie to samo.
  - Marita jestem– kobieta tym razem spogląda w moją stronę, promiennie się uśmiechając i wyciąga dłoń w moją stronę.
  - Ana, miło mi.
  - Więc życzę państwu miłego pobytu… ale nie za miłego – sugestywnie porusza brwiami i wychodzi tanecznym krokiem. Mija krótka chwila, zanim przytomnieję i dochodzi do mnie, co się przed chwilą stało. Jakaś obca osoba przywitała nas w domu Brewera, a on sprawia wrażenie, jakby było to całkowicie normalne. A może jest?
  - Emm… kto to?
  - Marita – odpowiada głupio, przez co obdarzam go lekceważącym spojrzeniem. – Moja znajoma, zajmuje się domem, kiedy mnie nie ma. Spokojnie, nie będzie jej przez weekend, więc nie musisz się martwić.
  Moje kąciki ust wykrzywiają się w ledwo zauważalnym uśmiechu, co nie uchodzi jego uwadze. Wiem, jestem przewrażliwiona, ale jak inaczej miałabym zareagować?
  - Mogłeś powiedzieć.
  - Mogłem – stwierdza, przyciągając mnie do siebie i skrada jeden pocałunek. – A mogę teraz pokazać ci sypialnię?
  Kiwam z rozbawieniem głową i zarzucam ręce na jego ramiona. Przed nami całe dwa dni wyłącznie dla siebie. Zero Stelli, zero Brody’ego, zero nie potrzebnych zmartwień. Tylko my.
  I oby to trwało jak najdłużej.

~*~

    Staram się odpowiedzieć na wszystkie pytania Ariany, lecz nie należy to do rzeczy najłatwiejszych. Mam wrażenie, iż przedtem przygotowała sobie długą listę, a teraz po prostu czyta je z kartki. Jestem tu dopiero od dwóch godzin, a już muszę zdawać szczegółowy raport. Wiem, że się o mnie martwi i mogę to zrozumieć, mimo iż bywa to nieco denerwujące. Uśmiecham się sama do siebie, przymykając oczy i wysłuchując jej długiego wywodu.
  Podczas gdy Christian zajmuje się przygotowaniem naszego posiłku, wyszłam na taras, by nie musiał słyszeć mojej rozmowy z przyjaciółką. Jestem pewna, że nie wyszłoby mu to na dobre, zważywszy na wszystkie teorie spiskowe, jakie kobieta ma w zanadrzu.
  - Ja ci mówię, on coś planuje – stwierdza po krótkim zastanowieniu.
  - Na pewno, skarbie. Na pewno – wzdycham rozbawiona, przeczesując lewą dłonią niesforne włosy. Zawsze, gdy rano poświęcam im dużo czasu i modlę się, by na zewnątrz nie rozpętała się wichura, one i tak żyją własnym życiem.
  - Jak mówię, że na pewno, to na pewno. Crawford, doceń mnie czasami, okay? – burczy. – A teraz przepraszam, ale sama muszę się jeszcze ogarnąć, Bradley zaprosił mnie na obiad.
  - Kolejny? Nie obraź się, ale w końcu pomylisz ich imiona.
  Życzę jej wszystkiego najlepszego i naprawdę chciałabym, aby wreszcie poznała właściwego faceta, ale mam pewne zastrzeżenia do jej metod poszukiwań księcia na białym koniu. Jednak nie sądzę, iż takie metody przyniosą szybko jakiś skutek, co najwyżej kolejne przepłakane wieczory, ponieważ kolejny facet okazał się kryminalistą z zawiasami lub mężem i ojcem dwójki dzieci. Ariana Parks podczas swoich poszukiwań natknęła się prawdopodobnie na każdy typ mężczyzny, jaki tylko chodzi po tej ziemi. Z jednym wyjątkiem oczywiście – ten, przy którym będzie chciała zostać na nieco dłużej niż dwa tygodnie.
  - Ja nic nie mówię o twoim niewyżytym prezesiku, ty nic nie mówisz o moim niezdecydowaniu, tak?
  - Ale właśnie mówisz! – oponuję, przez co po drugiej stronie słyszę głośny jęk z frustracji. Kto jak kto, ale ona komentarza o Brewerze odmówić sobie nie potrafi, więc ja też nie zamierzam się hamować. Właśnie na tym polega chyba nasza przyjaźń.
  - Od jutra przestaję, obiecuję. A teraz… jesteś pewna, że ta jego Maritka jest taka święta? Obcym laskom w domu twojego faceta nie ufać, trzecie przykazanie.
  - Po pierwsze, brzmisz jak wyjęta ze Star Wars, a po drugie… - przerywam, gdy w polu widzenia pojawia się szatyn. – Zadzwonię później, powodzenia!
  Wstaję z miejsca i podchodzę bliżej niego, zarzucając ręce na jego szyję. Dopiero teraz zaczyna dochodzić do mnie fakt, że naprawdę tutaj jestem. Z nim. Wiem, może to i nie jest nic szczególnego, lecz w moim mniemaniu znaczy bardzo wiele.
  - Ari pozdrawia – mruczę chwilę przed tym, gdy nasze wargi się stykają. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, lecz ani razu się jeszcze nie spotkali. Chociażby na kilka minut. Z jednej strony jest mi to na rękę, nie musiałabym obawiać się niewyparzonego języka przyjaciółki. Znając życie, powiedziałaby coś nieodpowiedniego na tyle głośno, że mógłby ją usłyszeć.
  - Głodna?
  - Zależy – odpowiadam wymijająco, przygryzając dolną wargę. – Masz jakieś propozycje?
  - Nie powinnaś tego robić, kochanie.
  Gwałtownie przyciąga mnie w swoją stronę, a nasze ciała się stykają. Posyłam mu kokieteryjny uśmieszek, oczekując jego reakcji. Zdaje sobie sprawę z faktu, że nie ma na co liczyć, lecz to w żadnym wypadku nie powstrzymuje go od posunięcia się krok dalej. Ręce mężczyzny schodzą nieco niżej, aniżeli powinny. Wprawdzie ani trochę mi to nie przeszkadza, lecz nie zamierzam dać mu tej satysfakcji, mimo iż jest to wyczynem wyjątkowo trudnym. Przy użyciu ostatków silnej woli szybko wyplątuje się z jego uścisku i ciągnę go do środka.
  - Mówiłeś coś o jedzeniu, prawda?
  - Dopadnę cię dzisiaj, bądź pewna – szepcze mi wprost do ucha, przez co całe moje ciało przechodzą przyjemne dreszcze.
  - Mam taką nadzieję.

~*~

  Po skończonym posiłku udaje mi się przekonać Christiana, by pokazał mi okolicę. Dom znajduje się blisko plaży, widoki są wprost nieziemskie, a ja mam ogromną ochotę na małą wycieczkę krajoznawczą. Musiałam się nieco natrudzić, ponieważ mój towarzysz miał zgoła odmienne plany na spędzenie popołudnia. Na szczęście mój dar przekonywania i tym razem nie zawodzi, więc ostatecznie wychodzi na moje. Wiem jednak, iż na pewno nie zapomni o perspektywie wieczoru, którą udało mi się go udobruchać.
  - A właśnie! Zanim pójdziemy, coś dla ciebie mam – uśmiecha się szelmowsko, wyjmując zza siebie małe pudełeczko. Spoglądam na niego zdezorientowana, nie spodziewałam się tego.
  - Co to?
  - Otwórz, a się przekonasz.
  Niepewnie przejmuję od niego podarunek, by sprawdzić jego zawartość. Okazuje się nią być przepiękna bransoletka. Jest wysadzana kamieniami, dam głowę, iż są to brylanty. Ten człowiek ma zdecydowanie więcej pieniędzy niż rozumu, nie powinien na mnie tyle wydawać. Nie jestem tego warta.
  - Nie, Christian. Ja nie mogę, to za dużo… - mówię, cały czas się w niego wpatrując. Ani myśli mi to w jakikolwiek sposób ułatwiać, nie zamierza też ustępować. Chcę zwrócić mu prezent, lecz on tylko kręci z rozbawieniem głową. Może dla niego to coś normalnego, ale dla mnie na pewno nie.
  - Możesz i zrobisz to –stawia mnie przed faktem dokonanym, to dla niego takie typowe. – Chyba, że ci się nie podoba…
  - Jest idealna – zaprzeczam. – Po prostu źle się z tym czuję.
  - Annie, jesteś niemożliwa – zapina bransoletkę na moim prawym nadgarstku, a następnie przyciąga mnie w swoją stronę. Muszę przyznać, iż Christian ma świetny gust jeśli chodzi o dobór biżuterii.
  Albo spore doświadczenie, dopowiadam w myślach.
  - I kto to mówi – wzdycham, na co szatyn całuje mnie w czoło i ciągnie w kierunku wyjścia.
  - Teraz chodź. Im szybciej pójdziemy, tym szybciej wrócimy – stwierdza sugestywnie, wywołując u mnie płomienne rumieńce.
  Szczerze mówiąc, sama nie mogę się już doczekać.
Od autorki: Od razu mówię - sprawdzę go po Świętach, bo za chwilę wyjeżdżam. Poczekajcie jeszcze maks jeden rozdział, a przysięgam, szykuję dla Was bombę. Nie mam za bardzo czasu jakoś specjalnie się rozpisywać, bo muszę jeszcze ogarnąć resztę rzeczy, więc od razu chciałabym Wam życzyć wesołych i spokojnych Świąt spędzonych w gronie najbliższych oraz pijanego Sylwestra... ale żeby Was w Nowy Rok kac nie męczył, bo to chyba najważniejsze:))) Dziękuję też, że będę miała szansę być na tym blogu już trzeci kalendarzowy rok!

L x

niedziela, 6 grudnia 2015

Twenty six / One the way to wonderland

 
'Najtrudniej uwierzyć w słowa, które najbardziej chcieliśmy usłyszeć'



  Ostatkiem sił zmuszam się, by dobiec do pobliskiej ławki. A właściwie się do niej doczołgać, bo tempa, w którym pokonałam ostatnie sto metrów, nie można nazwać biegiem. Od godziny szóstej rano zrobiłam co najmniej kilkanaście kilometrów. Przez ponad sześćdziesiąt minut z jedną krótką przerwą, słuchając ulubionej muzyki płynącej z słuchawek, napajałam się pięknem zielonych płuc Nowego Jorku. Gdy muszę wstawać do pracy, nie mam wystarczającej motywacji, by odmówić sobie tych pięciu dodatkowych minut w łóżku, lecz jak na złość akurat w dni wolne mój organizm stwierdza, że tak wczesna pora jest idealna na pobudkę. Zazwyczaj jednak korzystam z tego i tak jak dzisiaj ubieram buty do biegania, przed rozpoczęciem dnia robiąc kilka kilometrów między alejkami. Nie jestem jedyna, za każdym razem mijam dziesiątki ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł. Są sami lub w towarzystwie, czasami nawet ich towarzyszem jest oddany czworonóg. Z reguły jestem absolutną fanką spędzania rano bezproduktywnych chwil w łóżku z laptopem i miską paprykowych chipsów obok, lecz warto zmienić swoje plany. Aktywność fizyczna może w jakiś sposób pomóc w codziennych sprawach.

  Tak jak teraz. Jestem fizycznie wyczerpana i naprawdę nie wiem, jak dostanę się z powrotem do swojego mieszkania, lecz endorfiny opanowały całe moje ciało. Tryskam pozytywną energią, mimo iż aktualnie tego po mnie nie widać. Nie mam przy sobie lusterka, ale mogę się założyć, że wyglądam niczym burak, fryzura zapewne też pozostawia wiele do życzenia. Za każdym razem dane mi jest przemyśleć wiele rzeczy. Dotleniam umysł i przez to myślę bardziej racjonalnie. W spokoju, samotności i bez nacisku jakichkolwiek osób trzecich. To jest to, czego w tej chwili potrzebuję.
  Po krótkim zastanowieniu stwierdzam jednak, że bardziej przydałaby mi się druga butelka niegazowanej wody. Tak, zdecydowanie. Niestety, aktualnie nie jestem w posiadaniu żadnych pieniędzy, więc jeszcze chwilę odpocznę i będę musiała powoli zbierać się do domu. Mój żołądek desperacko domaga się posiłku.
 
   Gdy chcę po raz kolejny zaszyć się w czterech ścianach swojego mieszkania, napotykam pewnego rodzaju przeszkodę, która nie szybko mi to umożliwi.
 - To chyba jakieś żarty – szepczę do siebie, dostrzegając wesołą Stellę niecałe dziesięć metrów ode mnie. Nie rozumiem, jakim cudem cały czas na nią trafiam. Jak nie na ulicy to w galerii handlowej. Jak nie w galerii handlowej to w parku. Naprawdę zaczynam podejrzewać, że ta kobieta mnie śledzi. Trochę mnie to niepokoi.
  - Annie, co tutaj robisz? – pyta uśmiechnięta, wyciągając z uszu czarne słuchawki. Lustruje moje ciało uważnym wzrokiem, po czym poprawia kucyk na czubku głowy. – Głupie pytanie. Często ostatnio na siebie wpadamy, zauważyłaś? Proszę cię, usiądźmy, bo nie daję rady.
  Mogłabym w spokoju udać się do siebie, lecz byłoby to co najmniej niegrzeczne. Dodatkowe minuty na świeżym powietrzu mnie nie zbawią, prawda?
  - Od jakiegoś czasu jestem tu regularnie, ale ciebie widzę pierwszy raz – zauważa. – Nie mów mi tylko, że wpadłaś na ten sam pomysł co ja! Chociaż może… dobrze, że postanowiłaś się za siebie wziąć!
  Spoglądam na nią lekko zdezorientowana. Nie mam bladego pojęcia, o co może jej chodzić. Dzięki temu orientuję się, że ma na twarzy makijaż. Oczywistym faktem jest też to, iż każda część stroju jest idealnie dopasowana, nawet buty są tego samego koloru. Szczerze mówiąc, nie widzę sensu w nakładaniu chociażby grama podkładu przed pójściem na siłownię lub po prostu do parku. Przecież po kilku minutach i tak wszystko się zmyje, a czarne ślady mascary pod oczami nie wyglądają szczególnie zachęcająco. Chyba że ktoś uwielbia pandy, wtedy nie śmiem oponować.
  - Jaśniej, proszę.
  - Postanowiłam trochę… pomóc losowi. Nie wiem, czy słyszałaś, ale podobno Christian nie jest już z Rebeccą. Może wreszcie go sobą zainteresuję. Staram się często biegać, jem mniej i w ogóle. Dbam o siebie, muszę być przygotowana.
  Zaciskam zęby, by powstrzymać się od jakiegoś zjadliwego komentarza. Nie mam nic przeciwko dbaniu o siebie, ale sposób, jaki obiera sobie Stella, niekoniecznie jest tym właściwym. Żeby nie wspomnieć o powodzie, dla którego zmusza się, by w dzień wolny o tej godzinie wylewać z siebie siódme poty. Przysięgam, najchętniej bym jej wygarnęła, lecz w ostatniej chwili uświadamiam sobie, iż nie jest to najlepszy pomysł. Mogłabym powiedzieć o kilka słów za dużo, a tego z całą pewnością nie chcę. Podejrzewam też, jak tragicznie w skutkach mogłoby się to dla mnie skończyć. Stellę stać na wiele. Może aż zbyt wiele.
  - Powodzenia ci życzę – burczę w odpowiedzi. – Wiesz, ja się już dzisiaj nabiegałam. To do poniedziałku.
  Uśmiecham się, gdy obie podnosimy się z miejsca. Ja, by wrócić do domu, a ona – by momentalnie zniknąć z mojego pola widzenia. Wiem doskonale, że bardzo szybko potrafiłabym przebić tę bańkę mydlaną. Istnieje jednak  stuprocentowe prawdopodobieństwo, iż zostałabym wyśmiana. Taki ktoś jak ja u boku pana Brewera? Owszem, ale tylko w marzeniach.
  Zastanawiam się tylko, jakim cudem dowiedziała się o Rebecce. Rozumiem, że plotki szybko się rozchodzą, ale kto dostarczył jej takowych informacji? Ściany mają uszy, przed takim kimś jak ona żadna informacja długo się nie ukryje.

~*~

  Jestem pełna podziwu. Do tej pory myślałam, że nie da się być bardziej denerwującym. A jednak z każdą godziną jest coraz gorzej. Nie chodzi mi o jej ciągłą obecność obok mnie, bo to z dwojga złego jest jeszcze znośne. Szeroki uśmiech permanentnie przyklejony do ust Evans i bluzka z minimalnie większym dekoltem niż zwykle mówią chyba same za siebie. Przeszkadza mi i nie daje się skupić na obowiązkach, tym samym nie wypełniając swoich, gdy od ponad godziny czatuje przy moim biurku i co jakiś czas biegnie do damskiej toalety poprawić włosy. To miejsce pracy czy salon piękności? Od dzisiejszego ranka ciągle nie mogę się zdecydować.
  Przygryzam wnętrze policzka i zwalczam pokusę jakiegoś wrednego komentarza, gdy Christian wychodzi na moment ze swojego biura. Za parę minut ma spotkanie z przedstawicielem Smith&Willson, by omówić pozostałe nieścisłości związane z nową umową. Oczywiście Stella musi od razu pojawić się przy nim i zaproponować swoje towarzystwo. Patrzę raz na niego, raz na nią i proszę w duchu, by kobieta choć na chwilę zajęła się swoimi sprawami. Odnoszę małe zwycięstwo, ponieważ nie wywiązała się z zadania, jakie rano powierzył jej Dylan. Ma nauczkę… mimo iż wątpię, że jakkolwiek to na nią zadziała.
  - Potrzebuję jeszcze… piętnastu minut. Jak wrócisz, będzie gotowe, obiecuję – uśmiecha się przepraszająco. Brewer wzdycha i kręci głową, prawdopodobnie nie tylko mi Stella działa na nerwy. Mężczyzna musi się śpieszyć, więc szybko ją wymija, przy okazji zaszczycając mnie kokieteryjnym spojrzeniem.
  Odkąd budzik zmusił mnie dzisiaj do opuszczenia wygodnego łóżka, jestem zła na cały świat. Na Stellę, bo wyobraża sobie, że jest nie wiadomo kim, na Rebeccę, bo przez nią wyszłam na kompletną idiotkę i na dodatek prawie uwierzyłam w jej bajeczki. Nawet na jakiegoś nastolatka, który kupował hotdoga, gdy wracałyśmy z Clarie z kawiarni, bo mało brakowało, a jego posiłek przez nieuwagę znalazłby się na mojej sukience. Teraz jeszcze na Christiana. A dlaczego? By być na niego zdenerwowaną, ostatnio nie potrzebuję jakiegoś większego powodu.
  Irytuje mnie sposób, w jaki podchodzi do całej sprawy. Zamiast od razu powiedzieć mi, że sprawa z Calvano jest definitywnie zakończona, on uznał, że sama prędzej czy później wszystkiego się domyślę. To zadanie dla facetów, gdy kobiety oczekują po nich wykazania się inteligencją i nie mówią czegoś wprost. Pozwolił mi zadręczać się wyrzutami sumienia i ciągłymi wątpliwościami. Nawet było mi żal Rebecki! A tak naprawdę cały czas byłam jedyna… byłam tylko ja. Powinnam być na niego wściekła. Nie chcę dać mu satysfakcji, że jak zawsze on wszystko wie najlepiej. Nie przewidział, że blondynka zechce ze mną porozmawiać. Gdyby tak się nie stało, zapewne dalej tkwiłabym w przekonaniu, iż jestem tylko odskocznią.
  Bo być może jestem, ale nie od niej. Teraz, gdy o tym myślę, wydaje się to być milion razy bardziej skomplikowane aniżeli jest w rzeczywistości. W takim razie co dla niego znaczę? Muszę coś znaczyć, skoro wybrał mnie… prawda?
~*~

  Do końca dnia staram się unikać towarzystwa Stelli, co udaje mi się zaskakująco dobrze. Zwykle jest tak, że gdy kogoś naprawdę nie mam ochoty widzieć mniej więcej do końca życia, ten ktoś jak na złość ma do mnie milion ważnych spraw. Tym razem jednak tak się nie dzieje, a szatynka pojawia się w moim zasięgu wzroku raz czy dwa na maksymalnie dwie sekundy. Szkoda tylko, że nie może być tak zawsze. Przed chwilą dowiedziałam się, że tak będzie do końca tygodnia. Kobieta pojawi się w pracy dopiero w poniedziałek za tydzień. To chyba dar od Boga.
  Kiedy wywiązuję się ze wszystkich dzisiejszych obowiązków, mogę iść do domu. Nie mam pojęcia, gdzie jest Christian. Wyszedł pół godziny temu bez informowania kogokolwiek, gdzie się wybiera. Dylan go szuka, ma do niego ważną sprawę, a on nie odbiera telefonu.
  Postanawiam się jednak tym nie przejmować i udaję się do windy. Marzę jedynie, by nareszcie rzucić w najdalszy kąt te cholerne buty. Gdy metalowe drzwi otwierają się na parterze, niemal wpadam na Brewera. Jest roztargniony i na początku nawet mnie nie zauważa, lecz szybko powraca do rzeczywistości. Takie przynajmniej sprawia wrażenie.
  - Coś się stało?
  Jest inny niż wtedy, gdy widziałam go te kilkadziesiąt minut temu. Nie wiem dokładnie, jak to wyjaśnić, bo nie chodzi ani o jego wygląd, ani o zachowanie. Jest po prostu… inny. Tak, zdecydowanie potrzebuję chwili przerwy.
  - Nic szczególnego, nie przejmuj się. Wychodzisz? – potwierdzam skinieniem głowy. – Nie masz nic przeciwko, bym cię odwiózł? Mam małą niespodziankę.
  Jego tajemniczy uśmieszek nieco mnie zastanawia. Jestem jednak ciekawa tego, co ma mi do ogłoszenia, więc przystaję na tę propozycję. Chcę również poznać powód, dlaczego nie odbierał telefonu, gdy był potrzebny Dylanowi. Wiem jednak, iż nijak się tego nie dowiem. Przynajmniej dzisiaj, poczekam po prostu na odpowiedni moment.

  - Więc o co chodzi? – pytam dopiero, gdy włączamy się do ruchu. Nowy Jork jak zwykle tętni życiem. Piesi na chodnikach urządzają wyścigi, kto w jak najmniejszym odstępie czasu dotrze do celu. Rozumiem, że można się gdzieś śpieszyć, ale czy naprawdę nie jest lepiej zorganizować sobie czas i wyrobić się ze wszystkim w miarę punktualnie, aniżeli urządzać prywatnego maratonu i wpadać na Bogu ducha winnych ludzi? Choć może akurat ja nie powinnam oceniać. Sama doskonale wiem, jak szybko można wykonywać niektóre czynności, kiedy ma się mniej czasu niż zazwyczaj. Często rano biję swój życiowy rekord w ubieraniu się, szukaniu butów i myciu zębów jednocześnie.
  Przez kilka sekund obserwuję kobietę, która w nieco zbyt wysokich szpilkach chwieje się na nogach podczas swojego nieudolnego biegu. Zapewne jest gdzieś spóźniona, w przeciwnym wypadku nie ryzykowałaby skręcenia kostki.
  - Mam nadzieję, że nie masz żadnych planów na najbliższy weekend.
  - To zależy… - odpowiadam, uważnie mu się przyglądając. Wzrok ma wlepiony w drogę, mimo to co chwila zerka na mnie kątem oka. – Coś proponujesz?
  - Porywam cię gdzieś – zawiadamia. – Wprawdzie tylko na dwie noce, ale powinno ci się spodobać, zapewniam.
  - Gdzie dokładnie?
  - Gdybym ci powiedział, nie byłoby niespodzianki – momentalnie markotnieję. Mimo że Christian na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie jest seryjnym mordercą i tak mam ku temu lekkie obiekcje. Jeszcze nigdy nigdzie razem nie wyjeżdżaliśmy, nie licząc oczywiście konferencji w Miami.
  Razem. Ciekawie brzmi, kiedy powtarzam to w głowie.
  - A może jednak? – zadaję kolejne pytanie, lecz i tak nie doczekuję się odpowiedzi. – Jaką mam pewność, że nie okażesz się być psychopatą?
  - Niestety, żadnej. Ale to nawet lepiej dla mnie.
  - W takim razie co mam wziąć ze sobą?
  - Koniecznie bikini – zaznacza od razu, co daje mi nieco do myślenia. Gdzie może chcieć mnie zabrać? – Chociaż może… nie tak koniecznie. Jak chcesz, mogę pomóc przy pakowaniu.
  - Zboczeniec.
  - Chyba nikt mnie jeszcze tak nie nazwał, Anastasio – stwierdza, uśmiechając się szeroko. – Potraktuję to jako komplement, więc dziękuję ci bardzo.
Kręcę z rozbawieniem głową. Ten facet potrafi zachowywać się jak nastolatek. Podoba mi się to, że możemy porozmawiać jak para przyjaciół… że za każdym razem udaje mu się mnie rozbawić.
  - Dlaczego ja się na to zgodziłam…
  - Bo jestem niesamowity?
  - Nie schlebiaj sobie.
  Gdy chcę jeszcze coś powiedzieć, do moich uszu dobiega dźwięk telefonu. Akurat teraz ktoś musi mieć do mnie jakąś sprawę? Idealny moment. Jakby nie mógł z tym poczekać chociaż kilka minut. Byłabym naprawdę wdzięczna.
  Znowu ty. Niech cię szlag trafi.
  - Annie, przepraszam, że dzwonię teraz, ale musiałam to zrobić przed odlotem. Potem do końca tygodnia nie miałabym kiedy.
  Poprzedni entuzjazm okazuje się być przedwczesny. Stella Evans jak zwykle czegoś chce. I to akuratnie od mojej osoby.
  - Nic się nie stało… o co chodzi?
  - Wracam dopiero w piątek, a dzisiaj nie zdążyłam z tym do ciebie przyjść. Chciałam tylko zapytać, czy miałabyś czas w sobotę? Tak, tak, dopiero środa, ale wolę się upewnić teraz.
- Przepraszam cię, ale mam już plany. Następnym razem? – mówię, starając się, by zabrzmieć, jakby naprawdę było mi przykro. To niezbyt przyjacielskie zagranie z mojej strony, ale nikt nigdy nie powiedział, że Stella jest moją przyjaciółką. Nie mam nic przeciwko spędzania z nią czasu, byleby tylko odbywało się to niekoniecznie często i w większym gronie. Wtedy prawdopodobieństwo poruszenia tematu jej kolejnego genialnego planu zwrócenia uwagi Christiana drastycznie spada. Dlaczego akurat ja muszę być powiernikiem tych jakże wspaniałych i dokładnie opracowanych zamiarów?
  - Niesamowicie dobra odpowiedź, kochanie.
  Naszą rozmowę przerywa rozbawiony głos szatyna. Zaciskam usta w wąską kreskę, posyłając mu mordercze spojrzenie. Wskazuję oskarżycielsko palcem w jego stronę, jakby chcąc wywołać w nim poczucie winy. Oboje przecież chcemy, by to, co jest między nami, pozostało w tajemnicy. A jeżeli Stella połączy kilka faktów, a drugie tyle sobie dopowie, od następnego poniedziałku będziemy już co najmniej zaręczeni, a ja stanę się wrogiem publicznym numer jeden. Każda kobieta, którą Brewer chociażby przypadkowo dotknie w obecności Evans, nigdy nie będzie miała cienia szansy na zdobycie jej sympatii. Jestem niechlubnym wyjątkiem, mimo iż doprawdy nie wiem dlaczego. Chociaż może jednak? Wiele razy słyszałam już różnego typu uwagi, że gusta Christiana są nieco bardziej wygórowane. Nie mogę się przecież równać ze Stellą, której nie dorastam do pięt.
  A tu proszę bardzo. Nawet nieomylnym zdarzają się potknięcia.
  - Czy ja słyszę Christiana? – pyta zaskoczona. Zanim odpowiadam, biorę głęboki oddech i uderzam w ramię mężczyznę, którego najwidoczniej bardzo bawi zaistniała sytuacja.
  - Nie, skąd ten pomysł? Wiesz co, muszę kończyć. Do poniedziałku!
  Szybko się rozłączam i chowam telefon do torebki. Już widzę, jak w poniedziałek zostanę zaatakowana bezsensownymi pytaniami oraz nowymi teoriami spiskowymi.
  - Nienawidzę cię, wiesz?
  - Kochanie, bez negatywnych emocji.
  Na moment odrywa wzrok od jezdni, by dokładnie mi się przyjrzeć. Staram się udawać, że jestem zła z powodu jego lekkomyślności, lecz ostatecznie i tak mi się to nie udaje. Parskam śmiechem, prawą dłonią zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów.
  - Patrz na drogę, nie na mnie!
  - Wolę na ciebie, ale dziękuję za propozycję.
  Zerkam na niego kątem oka i uśmiecham się sama do siebie. Można powiedzieć, że odniosłam małe zwycięstwo. Christian jest ze mną od prawie trzech miesięcy i nic nie wskazuje na to, że chce to zakończyć. Nie traktuje mnie jak zwykłą zabaweczkę, autentycznie się mną przejmuje. Gdyby chodziło mu tylko o seks, nie zachowywałby się tak jak teraz. Zastanawiam się tylko jak długo będzie to trwać, ponieważ zaczynam jeszcze bardziej ryzykować. Ani razu nie powiedział, że mnie kocha. Nie jest to zaskoczeniem, nigdy tego po nim nie oczekiwałam i nie oczekuję nadal. Po prostu boję się, że jeśli tak dalej pójdzie, dłużej nie będę w stanie tego wypierać. Nie chciałam tego, naprawdę nie chciałam… popełniłam prawdopodobnie najgorsze głupstwo, jakie tylko mogło mi przyjść do głowy.
  Zakochałam się w nim. Naprawdę się w nim zakochałam.
Od autorki: Rozdział niesprawdzany, także pewnie będą błędy, zabiorę się za to w wolnej chwili, może dzisiaj w nocy. Nie jestem z niego szczególnie zadowolona, ale spokojnie, bo to taka cisza przed burzą. Dla tych, którzy chcą poznać mały sekret Any- lub już poznali i chcą się w swych podejrzeniach utwierdzić - mam dobrą wiadomość, bo niedługo przejdziemy do jednego z głównych wątków opowiadanie. Co wcale nie znaczy, że dobiega ono końca, wręcz przeciwnie! Ja się dopiero rozkręcam. Przepraszam też za to, że rozdziały pojawiają i będą pojawiały się nieregularnie. Kolejny postaram się dodać przed Wigilią, obiecuję:)  Mam jeszcze małe pytanie. Chcecie, żebym zmieniła wygląd, czy obecny Wam odpowiada? Przymierzałam się do tego, ale jakoś wydaje mi się on swego typu wizytówką tego, co tutaj piszę. Decyzja należy do Was, a ja się teraz z Wami żegnam!