sobota, 31 października 2015

Twenty four / Wish you were here

'Siłą człowieka jest zdol­ność wy­rabiania na­wyków, ale i przełamy­wania schematów' 



  Moja torebka jest miejscem, gdzie można znaleźć absolutnie wszystko. Na zwykłych chusteczkach higienicznych zaczynając, błyszczykiem i małą buteleczką ulubionych perfum kończąc. Pod warunkiem oczywiście, że dana rzecz w tej chwili jest mi całkowicie zbędna, bo w przeciwnym wypadku w magiczny sposób pojawia się dopiero po trzecim przeszukaniu wszystkich kieszeni. Nigdy nie potrafię wygospodarować czasu, by zrobić w niej porządek, a o choć najmniejszej ku temu motywacji wolę nawet nie wspominać. Chociaż czasem jestem na siebie zła, gdy ktoś musi dzwonić do mnie dwa razy. Pierwszy, bym wreszcie odnalazła telefon, a drugi – by naprawdę zacząć konwersację.
  Tak dzieje się i tym razem. Wieki zajmuje mi wyjęcie urządzenia z bocznej kieszonki, mimo iż mogłabym przysiąc, że go tam nie wsadzałam. A może?
  - Uwinęłaś się dość szybko, huh? – wita mnie drwiący głos Ariany. – Gratulacje, bo mam sprawę.
  - Oczywiście – mruczę, opierając ciężar ciała o blat kuchenny.
  - Twój prezesik dał ci w kość, rozumiem, ale teraz się skup. Idziemy wieczorem do Ibiza Club. Ja, ty, Clarie i Stella.
  Na początku chcę zbesztać ją za ten komentarz, lecz ostatecznie ciekawość nad ostatnim wymienionym imieniem jest większa od chęci upustu emocji.
  - Stella?
  - Clarie mówiła, że ona to wymyśliła. Nie wiem, nie pytaj. Wczoraj nie odbierałaś, więc pomyślałam, że zadzwonię dopiero rano… ale chyba powinnam to zrobić później, bo jesteś jeszcze nieprzytomna. Ups.
  Założę się, że właśnie teraz szeroko się uśmiecha. Dzwoniła wczoraj? No tak, właściwie w ogóle nie miałam w rękach telefonu i mogłam nie usłyszeć. Wolałam skupić się na czymś innym, a nie zaprzątać głowę nieistotnymi sprawami. Po uzgodnieniu z przyjaciółką większości szczegółów dotyczących naszego wieczornego wyjścia, rozłączam połączenie i zajmuję się spożywaniem ulubionego porannego napoju. Nie jestem pewna, czy aby na pewno chcę spędzić czas w towarzystwie Evans, która z całą pewnością chociaż raz wspomni o Christianie. Jeżeli kiedyś miałam tego powyżej uszu, teraz walczę z nieodpartą ochotą wytargania ją za włosy. Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, iż jestem przewrażliwiona na tym punkcie, czasem nawet aż zanadto, lecz nic nie mogę na to poradzić. Nie lubię, gdy wyraża się o nim w taki sposób, jakby miała stuprocentową pewność, że w najbliższej przyszłości uda jej się osiągnąć zamierzony cel. Nie wątpię, kiedyś może się tak stać, ale nie teraz. Nie potrafię o tym myśleć bez wpadania w panikę.
  Ariana ma absolutną rację, to mnie niszczy od środka. Winnam być asertywna od samego początku, nie wyrażając zgody na rozpoczęcie tej farsy. Jednak słowo się rzekło, a ja zaczęłam coś, w co brnę z każdym dniem coraz bardziej, jakby kompletnie ignorując tego konsekwencje. Nie jest to prawdą, myślę o nich każdego dnia.
  - Coś się stało?
  Znienacka pojawia się Christian, obracając moje ciało przodem do siebie. Zadzieram głowę, by móc na niego spojrzeć, jest co najmniej dziesięć centymetrów wyższy. Ten stan rzeczy jednak szybko ulega zmianie, gdy szatyn unosi mnie i sadza na blat. Uśmiecham się zawadiacko, kładąc mu ręce na ramionach.
  - Nic takiego, dzwoniła Ariana – informuję. – Mamy dzisiaj babski wypad.
  - Macie? – unosi brwi.
  - Mamy – potwierdzam stanowczo. – Więc niczego nie próbuj…
  - Panno Crawford, gdzieżbym śmiał.
  Kładzie dłonie po obu stronach, uniemożliwiając mi jakąkolwiek drogę ucieczki. Wiem, że powinnam zrobić to jak najszybciej, ale aktualnie skupiam się jedynie na jego hipnotyzującym spojrzeniu. Uzależnił mnie od siebie, lecz myślę, iż nie ma pojęcia, że zależy mi na nim w nieco inny sposób niż jemu na mnie. On pragnie jedynie mojego ciała, a ja przystaję na ten układ bez mrugnięcia okiem. Próbuję wmówić sama sobie, że nie jest to nic złego, że nie jestem pierwszą ani ostatnią, która godzi się na coś takiego. Główny problem pojawia się wtedy, gdy nie mogę spoglądać w lustro bez uczucia wstydu i obrzydzenia własną osobą.
  Niemal codziennie zbieram się na odwagę, by wreszcie poprosić Christiana o wyjaśnienie mi, co zamierza zrobić w sprawie Rebecki. Nigdy jednak nie podejmuję tego tematu, najzwyczajniej w świecie się boję. Jak ostatnia idiotka czekam, aż w końcu sam wspaniałomyślnie zdecyduje się coś o tym wspomnieć.
  - Tylko mi tam spokojnie – ostrzega.
  - Nie obiecuję – odpowiadam cicho, pociągając za jego dolną wargę, a następnie delikatnie go całuję. – Ewentualnie poderwę jakiegoś barmana, wielkie rzeczy.
  - Nie wydaje mi się, królewno. Ale powiedz mu, że może sobie porozmawiać ze mną.
  Doskonale wie, iż jedynie żartuję, mimo to wydaje się być tym faktem nieco skonsternowany. Nie chce, by kręcili się obok mnie inni mężczyźni, co jednak jest nieuniknione. Przynajmniej dzisiaj. Czasem zachowuje się tak, jakbym miała stanowić jego osobistą własność, której nikt niepożądany nie może nawet dotknąć. Sęk w tym, że ja nie jestem rzeczą. Mogę robić to, co chcę i kiedy chcę, a Christiana jedynie o swoich planach informować.
  Łatwiej jest to powiedzieć, aniżeli zrobić, ponieważ osoba Brewera zaprząta większą część moich myśli, w pewnym sensie należę do niego.
  - A właśnie! Jack ma jakąś sprawę do ciebie – przypominam sobie nagle. Zaledwie wczoraj rozmawiałam z kuzynem, lecz i tym razem moje próby wyciągnięcia z niego większej liczby informacji spełzły na niczym. Może teraz mi się uda. – Dowiem się kiedyś, o co chodzi? Jako wasz pośrednik raczej powinnam, prawda?
  - Wszystko w swoim czasie – mówi rozbawiony, całując mnie w czoło. Niewinnym i z pozoru nic nieznaczącym gestem wywołuje u mnie masę sprzecznych emocji. Zachowuje się tak, jakby naprawdę mu zależało, a obydwoje wiemy, że tak nie jest. Czuję się przy nim bezpieczna i wiem, że mogę liczyć na jego pomoc, gdybym była w potrzebie. Opiekuje się mną i zawsze widzi, kiedy coś jest nie tak. Czasem bywa to naprawdę uciążliwe, ponieważ ciągle drąży jakiś niewygodny dla mnie temat. Jest tak z Brody’m, o którym cały czas nie wspomniałam nawet słówkiem, nie mogę przecież tego zrobić. Co jeśli kiedyś Christian dowie się prawdy? Nawet przypadkiem, gdy się zapomnę i powiem coś, czego w żadnym razie mówić nie powinnam. Albo on do niego przyjdzie i o wszystkim wygada, jest do tego zdolny. Zrobi wiele, by się zemścić, choć nic złego mu nie zrobiłam. Obrał mnie sobie za cel, ponieważ widzi, że jestem słaba i łatwo mu jest nade mną górować. Ma kilka asów w rękawie i tylko od nich zależy teraz, jak potoczy się dalej moje życie.

~*~

  Po obiedzie, którym również raczyłam się w apartamencie Brewera, jego kierowca odwozi mnie do domu. Chociaż chyba milion razy mówiłam mu, że jest to niepotrzebne. Christian jak to Christian – zawsze musi postawić na swoim, a skoro nie mógł zrobić tego osobiście, gdyż miał coś ważnego do zrobienia, dodał Jasonowi obowiązków. Nie czynił jednak obiekcji z powodu mojego wyjścia z dziewczynami, przez co dosłownie kamień spadł mi z serca. Wręcz przeciwnie. Przed wyjściem życzył mi dobrej zabawy, wykluczając oczywiście każdego barmana. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mógł być zazdrosny. On. Zazdrosny. O mnie.
  Nie, z całą pewnością mimo dość późnej pory do końca się nie obudziłam.
  - Do zobaczenia, panno Crawford.
  - Ana, proszę – odpowiadam zawstydzona, wysiadając z samochodu. Nie lubię, gdy ktoś zwraca się do mnie w taki sposób. Jedynym wyjątkiem jest Christian, w jego ustach brzmi to wyjątkowo podniecająco. – Do zobaczenia.
  Wchodząc do siebie, kroki kieruję do sypialni. Upuszczam torebkę na podłogę, a sama zdejmuję buty i kładę się na łóżku. Przez dobre kilka minut jedynie podziwiam śnieżną biel sufitu, nie mam ochoty na robienie czegoś bardziej ambitniejszego. Nie w tej chwili. Skoro jest sobota, mogłabym wykorzystać ją, na przykład na wysprzątanie mieszkania, lecz ostatecznie stwierdzam, że zawsze mogę zabrać się do tego za jakiś czas.
  Dopiero dzwonek telefonu zmusza mnie do małej zmiany planów. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że urządzenie spoczywa na dnie torby, która z kolei zajmuje honorowe miejsce na środku pomieszczenia. Niestety, nie w moim zasięgu.
  - Tak? – mruczę, gdy wreszcie odbieram. To Stella, lecz nie mam większej ochoty wdawać się z nią w dłuższą rozmowę. Zobaczymy się za parę godzin. Dlaczego w ogóle się na to zgodziłam? A tak, nie miałam nic do gadania.
  - Mam mega problem i musisz mi pomóc – zawiadamia od razu. – Czerwony czy czarny?
  - Co?
  - Nie co, tylko czerwony czy czarny! – powtarza znowu, a ja w dalszym ciągu nie rozumiem, o czym do mnie mówi. – Przemyśl to. Byle szybko.
  - Emm… czarny?
  - Też tak myślałam, ratujesz mi życie. Nie mogłam się zdecydować, co włożyć dzisiaj – wyjaśnia, gdy dociera do mnie, że też jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Jak zwykle zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. Znając mnie, zmienię zdanie na pięć minut przed przyjściem Ariany, lecz i tak szybko wrócę do tego, co miałam na sobie przedtem.
  - Zawsze do usług – silę się na miły ton i poświęcam jeszcze minutę na rozmowę z brunetką. Upewniam się, że ona i Clarie będą czekać na nas przed klubem i kończę połączenie.

~*~

  Biorę szybki prysznic, a następnie owinięta ręcznikiem prawie kwadrans stoję bez ruchu przed szafą. Naturalnie nie mam co na siebie włożyć, tak dzieje się niemal codziennie. Po dogłębnym zastanowieniu i kilkakrotnym przeglądnięciu każdego wieszaka decyduję się na czarną sukienkę bez ramiączek przylegającą do ciała, która sięga mi do połowy uda. Idealna okazja, by wreszcie czerwone szpilki kupione za usilną namową Ariany ujrzały światło dzienne. Duży naszyjnik z tego samego koloru kryształami nadaje kreacji nieco drapieżności, co podkreślam jeszcze makijażem. Z włosami nie robię nic specjalnego, odrobinę je podkręcam i pryskam lakierem, żeby swobodnie opadały na moje ramiona. Uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze, przejeżdżając po ustach czerwoną szminką. Ścieram jej nadmiar chusteczką higieniczną, a następnie spryskuję się ulubionymi perfumami o zapachu wanilii.
  Gdy przychodzi Ariana, jestem prawie gotowa. Chowam wszystkie potrzebne rzeczy do małej torebki i szybko zamykam za nami drzwi. Od razu słyszę głos euforii ze strony przyjaciółki, niemal skacze ze szczęścia, że wreszcie będzie mogła wejść na parkiet.
  - Twój szef nie byłby zadowolony – komentuje, przyglądając mi się od stóp do głowy. – Ale faceci w klubie wręcz przeciwnie, więc gratulacje, mała.
  - Powstrzymaj się z takim czymś, dobrze?
  Parks potrafi naprawdę dużo mówić. Nawet wtedy, gdy kategorycznie nie powinna odezwać się nawet słowem. Nie chcę, by wspomniała coś o Christianie w obecności Clarie i Stelli. O ile reakcją pierwszej w żadnym wypadku nie muszę się obawiać, Evans prawdopodobnie rzuciłaby się na mnie z pazurami. A ja po prostu chcę dobrze spędzić ten wieczór, odstresować się i potańczyć. To aż tak wiele?
  - Taki mam zamiar… dlatego teraz sobie ponadaję, przykro mi.
  - Nie byłabym tego taka pewna – odpowiadam, stając jak wryta na samym środku chodnika. Kobieta patrzy na mnie, nic nie rozumiejąc. Nie dziwię jej się, sama jestem zdziwiona. Niecałe dwa metry przed nami dostrzegam Jasona opartego o maskę czarnego BMW. Nie trzeba muszę być nadzwyczaj inteligentna, by wiedzieć, że czeka właśnie na nas.
  Czego ty się spodziewałaś, co?, myślę skonsternowana. Christian bywa nie do wytrzymania, przy najbliższej okazji muszę mu coś o tym wspomnieć.
  - No, no. Panie Brewer – brunetka gwiżdże pod nosem, uśmiechając się chytrze. –Postarał się pan.
  Witam się z mężczyzną, który posyła mi rozbawione spojrzenie.
  - Ale nie będziesz na nas czekał, prawda? – pytam z nadzieją, na co momentalnie kręci głową.
  - Panno Craw… Ano, nie popadajmy w skrajności – poprawia się. Chociaż on słucha, co się do niego mówi. Przynajmniej tyle dobrego. – Zapraszam – otwiera przed nami tylne drzwi, a następnie sam zajmuje miejsce na fotelu kierowcy i gdy podajemy mu nazwę klubu, włącza się do ruchu drogowego.

  Stella i Clarie zdążyły już niemal całkiem skonsumować swoje pierwsze drinki, gdy wreszcie odnajdujemy je w tłumie ludzi. Dowiaduję się przy okazji, że miała dołączyć do nas Peyton, znajoma moja i Ariany, lecz w ostatniej chwili coś jej wypadło. Jeśli dobrze zrozumiałam, współlokatorka skręciła kostkę, a ta musiała zostać i się nią opiekować.
  Dopiero po dotarciu do stolika zauważam, że będziemy miały towarzystwo. Męskie towarzystwo w gwoli ścisłości. Jeden z nich, blondyn w czarnym T-shircie z nadrukiem, momentalnie wzywa kelnerkę, by zamówić następną kolejkę. Zajmujemy miejsca obok, choć muszę przyznać, że czuję się z tym nieco niekomfortowo. Od samego początku czuję na sobie wzrok drugiego z nich. Z tego co wiem, ma na imię Steve, a w Nowym Jorku odwiedza swojego brata, Lucasa, który co chwilę obrzuca łakomym spojrzeniem kobiety na parkiecie. Odczuwam nagłą potrzebę dołączenia do nich, poddanie się dźwiękom klubowej muzyki to idealny sposób na upust emocji i niespożytkowanej energii. No, przynajmniej lepszy, niż ponowne upicie się.
  Nie tym razem, Crawford.
  - Często tu bywam, ale was widzę pierwszy raz – stwierdza blondyn, uśmiechając się w stronę Stelli. Szatynka momentalnie odwzajemnia jego gest i niby od niechcenia przeczesuje ręką gęste włosy.
  - Mam nadzieję, że nie ostatni – odpowiada zawadiacko, biorąc łyk trunku.

  W niedługim czasie nie sposób zauważyć, iż wszyscy tam jesteśmy zbędni. Lepiej będzie zostawić tę parkę w spokoju, i tak zajmowali się wyłącznie sobą. Ariana i Clarie podchodzą do baru. Chcę im towarzyszyć, lecz zostaję porwana przez Steve’a, który obejmuje od tyłu moją talię i stanowczym ruchem zabrania iść dalej.
  Posyłam Daniels mordercze spojrzenie, gdy unosi dwa kciuki do góry i uśmiecha się od ucha do ucha. Sekundę później obie znikają w tłumie bawiących się gości, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko taniec z mężczyzną.
  - Obiecuję, nie gryzę – śmieje się, okręcając mnie wokół własnej osi i jednocześnie przyciąga bliżej siebie.
  - Mam nadzieję – mruczę, gdy przeciskamy się przez grupę rozgrzanych i spoconych ludzi na parkiecie. Szybko tracę poczucie czasu, gdy jedna piosenka zmienia się w drugą. Lucas dotyka moich bioder, a ja zarzucam ręce na jego szyję. Obydwoje wiemy, że to jedynie niezobowiązujący taniec, a on nie będzie niczego próbował. Przynajmniej ta sprawa pozostaje jasna.
  - Napijemy się czegoś?
  Zaczynam powoli opadać z sił, więc postanawiamy odpocząć. Możemy też spokojnie porozmawiać bez zagrożenia zderzenia się z kimś, kogo zanadto rozpiera energia. Barman stawia przed nami dwie tequile, lecz od razu jest wołany przez kogoś innego.
  - Mój brat chyba lubi twoją koleżankę – zauważa od razu, wskazując w stronę wyjścia. Spoglądam w tym samym kierunku i widzę śmiejącą się parę, która ma wyraźny zamiar opuścić lokal. Mam nadzieję, że jest świadoma tego, co robi. – Spokojnie. Jak go znam, tylko odwiezie ją do domu, bo za bardzo się wstawiła. To typowe dla Lucasa.
  Oddycham z ulgą i uśmiecham się ciepło w jego stronę. W pewnym sensie jestem mu wdzięczna, chociaż raz nie musiałam wysłuchiwać misternych planów Evans mających na celu wylądowanie w łóżku Christiana. Od jakiegoś czasu szczególnie mnie drażnią…
  Po piętnastu – może dwudziestu – minutach luźnej rozmowy o jego wizycie w Nowym Jorku, ludziach w klubie, hobby i innych nic nieznaczących rzeczach przypominam sobie o Clarie i Arianie. Przecież nie przyszłam tu sama, a zachowuję się, jakby było inaczej. Tej pierwszej nigdzie nie widzę, lecz Parks szybko dostrzegam kilka metrów ode mnie. Właśnie odprawia z kwitkiem jakiegoś lekko podpitego gościa i mówi coś do barmana.
  - Powinnam wracać do przyjaciółek.
  - Ja też już będę się zbierał, jutro rano mam samolot. Mogę przynajmniej dostać twój numer? Odezwę się, kiedy znów odwiedzę Luca.
  - Lepiej nie – odpowiadam od razu, obdarzając towarzysza delikatnym uśmiechem. – Nie bierz tego do siebie. To zły pomysł, ale dziękuję za taniec i drinka.
  - Zawsze do usług, Anastasio. Do zobaczenia?
  - Być może. Miło było poznać – stwierdzam i odchodzę w kierunku brunetki, która głośno piszczy na mój widok i od razu rzuca mi się na szyję. Zdziwiona jej przesadną reakcją od razu stwierdzam, że musiała sobie nie żałować.
  - Nie, nie jestem pijana – zaprzecza, jakby czytając w moich myślach. – Nie uwierzysz, kogo tutaj spotkałam. Carlito uciekł mamusi! Może coś z tego będzie, podoba mi się ta jego buntownicza strona.
  Obie śmiejemy się jak najęte, ignorując spojrzenia dwóch kobiet, którym przeszkodziłyśmy w nad wyraz elokwentnej rozmowie o ubraniu Mirandy Kerr z ostatniej okładki magazynu Cosmopolitan.
  Po krótkiej chwili dołącza do nas również Claire i razem decydujemy się na kolejne tequile. To znaczy one się decydują, ja mam dość na dzisiejszą noc. Nie mam ochoty obudzić się z potwornym bólem głowy, zważywszy na to, jak skończyły się moje poprzednie wyczyny z alkoholem.
  Szczerze mówiąc, tego wszystkiego jest dla mnie za dużo. Za dużo kolorowych świateł, za dużo tańczących ludzi, za dużo głośnej muzyki, którą nie sposób przekrzyczeć. Z kolei za mało świeżego powietrza. Muszę stąd wyjść, zaczyna kręcić mi się w głowie. Szybkim krokiem zmierzam do toalety, poprzednio uprzedziwszy przyjaciółki o swoich zamiarach. Opieram się o umywalkę, z lekką obawą spoglądając w lustro. Jest lepiej, niż przewidywałam. Nie jestem zbytnio czerwona ani rozmazana, a moje włosy wyjątkowo ze mną współpracują i tym razem nie wyglądają tak, jakby przed chwilą strzelił w nie piorun. Przeczesuję je palcami, zgarniając każdy kosmyk na prawą stronę.
  Powinnam wracać do domu, lecz z jakiegoś powodu wcale mi się do tego nie śpieszy. Wyciągam z torebki telefon w celu sprawdzenia godziny i – przy okazji – liczby nieodebranych połączeń.
  Nie ma ani jednego. Powinnam się cieszyć? Oczywiście, jego kontrolowanie mnie dzisiaj ograniczyło się jedynie do wysłużenia Jasonem i dostarczenia mojej osoby do lokalu, w którym obecnie się znajduję. Zanim zdążę wszystko przemyśleć drugi raz, słyszę jego głos. Jest zaskoczony, ale też zaintrygowany.
  - Dzwonienie do kogoś po pijaku nie jest zbytnio rozsądne, nie sądzisz? – pyta, lecz mogłabym przysiąc, że właśnie się uśmiechnął.
  - Panie Brewer, nie jestem pijana. Skąd panu takie rzeczy do głowy przychodzą? – oponuję natychmiastowo.
  - Nudzisz się, czy mam porozmawiać z barmanem?
  - Ani to, ani to. Po prostu szkoda, że cię tu nie ma. Tańczyłam jak singielka.
  Chichoczę cicho, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze i mimowolnie przygryzam dolną wargę. Uwielbiam się z nim droczyć. Może to dziwne, lecz daje mi to swoiste poczucie… normalności i aluzję tego, że sytuacja pomiędzy nami jest jasna. Dla niego tak, dla mnie – niekoniecznie.
  - Do tego niegrzeczna… Anastasio, nie pogrywaj sobie ze mną.
  - Zastanowię się – mruczę. – To jak?
  Przez sekundę nic nie mówi, a ja nabieram szczególnej ochoty na rozłączenie się i spokojny powrót do domu. Clarie i Ariana spokojnie poradzą sobie beze mnie.
  Moje ambitne plany szybko zostają zweryfikowane.
  - Daj mi piętnaście minut.

Od autorki: Nie mam za bardzo czasu, żeby jakoś specjalnie się rozpisywać, bo zeszyty na biurku tylko mi przypominają, że ten weekend będzie katorgą. Na cmentarz z książką? Huh, prawdopodobne. Oby rozdział Wam się spodobał. Trochę się z nim męczyłam, nie powiem, ale ostatecznie wyszedł w miarę dobrze. Kolejny pojawi się za mniej więcej trzy tygodnie. Później, niż planowałam, ale muszę to wszystko jakoś względnie ogarnąć. Wszelkie zaległości, jakie mam, nadrobię. Nie wiem kiedy, ale postaram się. To chyba byłoby na tyle. Miłego Halloween <3

L x

piątek, 16 października 2015

Twenty three / Overthinking kills slowly

 
'Blask każdej, na­wet naj­jaśniej­szej gwiaz­dy kiedyś gaśnie'

 
  Na szczęście jestem zajęta rozmową z tatą i nie muszę zwracać uwagi na Kevin’a, który w ostatniej chwili wbiegł do windy. Nie będzie trwało to zbyt długo, ponieważ do kancelarii ojca właśnie wchodzi umówiony klient, więc muszę się z nim pożegnać. Żałuję, że kilka tygodni temu nie odwiedził mnie wraz z mamą i bratem. Miał swoje obowiązki, co w pełni rozumiem. Praca adwokata nie należy do najłatwiejszych, wymaga poświęcenia i pełnego zaangażowania z jego strony. Jeden błąd może zaważyć na czyjejś dalszej przyszłości. Zapowiedział jednak, iż w miarę swych możliwości postara się wpaść z wizytą chociażby na ten weekend. Bardzo chciałabym wreszcie go zobaczyć, od naszego ostatniego spotkania minęło stanowczo zbyt dużo czasu.
  - Pamiętaj, co ci mówiłem, Annie. Nie przejmuj się zachowaniem matki, już z nią to wyjaśniłem – próbuje mnie pocieszyć, lecz nie przynosi to rezultatu. Cały czas chowam żal do rodzicielki o wyjazd bez pożegnania. Nie tyle z nią, co z Toby’m, bo na tym zależało mi najbardziej. Pod moją nieobecność spakowała walizki i ot tak wyjechała. Nawet nie raczyła zadzwonić, po prostu uciekła. Jak tchórz.

  - Nie będę przeszkadzać. Kocham cię – kończę połączenie, nerwowo przełykając ślinę. Nie choruję na klaustrofobię, lecz mimo tego klatka windy w moim mniemaniu staje się coraz mniejsza. Biorę głęboki oddech, próbując zapanować nad wszystkimi negatywnymi emocjami, które teraz władają mym ciałem.

  - Gdyby to nie był twój ojciec, czułbym się zazdrosny – słyszę w pewnej chwili, przez co moja frustracja przybiera na sile. Przygryzam wnętrze policzka i w myślach liczę do dziesięciu. Dzieje się dokładnie to, co przewidywałam. Ani trochę nie pomaga. – Nie odezwiesz się?
  - Co ci strzeliło do głowy, żeby rozpowiadać każdemu swoje wyssane z palca bajeczki?! – warczę nieprzyjemnie, obdarzając towarzysza morderczym spojrzeniem.
  - Musiałem pochwalić się moją piękną kobietą – posyła mi kokieteryjny uśmiech, czym po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że tylko marnuję czas na rozmowę z nim. – Hej, żartuję. Nie powiedziałem przecież nic złego.
  - Może i nie, ale ktoś wymyślił sobie parę szczegółów – oświadczam. Kevin traktuje mnie jak rzecz, swoją zdobycz. Tamten pocałunek absolutnie nic nie znaczył, przynajmniej dla mnie. Nie wiem, dlaczego teraz doszukuje się w tym jakiegoś podtekstu. Od tego zdarzenia minęło dużo czasu. Myślałam, że wystarczająco, lecz najwidoczniej się myliłam. – Poza tym nie jestem twoja.
  Jakby nie wiedział, że każda osoba może zinterpretować zasłyszaną gdzieś plotkę nieco inaczej. Jedna zrozumie ją w ten sposób, druga – w całkiem inny, a to, czego nikt nie mówił, dopowiada sama. I tak dzieje się cały czas, aż powstaje zupełnie odmieniona i pozbawiona sensu historia. Świat karmi się plotkami, bez względu na to czego one dotyczą. Sekret wyjawiony komuś w nadziei, że nikt inny się o nim nie dowie, już następnego dnia może być głównym tematem rozmów całego miasta. I po co? Dla sensacji i zaspokajania potrzeb ludzi, których jedynym życiowym celem jest wiedzieć wszystko o wszystkim i wszystkich. Bez względu na to czy jest to prawda, czy wręcz przeciwnie.
  - Ana, spokojnie – dla niego ta sytuacja wydaje się być zabawna. Cały czas się uśmiecha, cieszy na mój widok. Fakt, przez poprzednie dni nie dane nam było porozmawiać, ignorowałam też kilka przychodzących telefonów. Kontakt z nim wydaje mi się być bezcelowy, nie chcę powtórki. – Jakoś to odkręcę, ale ty też nie bierz wszystkiego tak poważnie.
  - Och, tak jak ty? – unoszę brwi, krzyżując ręce na piersi. Po części ma rację. Nie powinnam przejmować się słowami i opinią innych, zwłaszcza w tak banalnej sprawie. Wieści te dotarły jednak do Christiana, któremu niezbyt przypadły do gustu. Nie sposób mu się dziwić, sama mam ochotę poprzetrącać Martinowi kilka kości. Jeśli chodzi o Brewera, poprawa jego humoru nie należała do łatwiejszych rzeczy.
  - Jedna czy dwie osoby myślą, że ze sobą spaliśmy. Wielkie halo! – otwieram usta, by jakoś skomentować wypowiedź mężczyzny, lecz w tej właśnie chwili drzwi windy otwierają się i przez nieznajomą mi kobietę nie możemy swobodnie kontynuować naszej rozmowy.
  Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej – nie chcę, by Kevin wyobrażał sobie nie wiadomo co. Nie mogę winić go za to, że ktoś nudził się tak bardzo, by wymyślić te brednie… nie jest tutaj jedynym odpowiedzialnym.
  - Po prostu o tym nie rozmawiajmy – proszę, po czym obieramy dwa różne kierunki i tracimy się z pola widzenia. Doskonale wiem, iż nie powinnam brać do siebie wszystkiego, co na mój temat mówią inni. Góra za dwa dni znajdą sobie kolejny gorący temat, a mnie zostawią w spokoju. Właściwie już zostawili, teraz na świeczniku jest nowa sensacja. Meredith z księgowości tydzień temu urodziła bliźniaki, a każdy zastanawia się, jak będą miały na imię.


  Posyłam niewinny uśmiech w kierunku Christiana, który bacznie mi się przygląda. Mijam go bez słowa, udając się do swojego stanowiska. On jednak nie odpuszcza. Nie może cały czas mnie kontrolować, lecz moje apele jedynie odbijają się echem. Nie wiem, czy to dlatego, że naprawdę się mną przejmuje i nie chce narażać na głupstwa ze strony Kevina, czy po prostu traktuje jak swoją własność i w subtelny sposób na każdym kroku to okazuje.

  Znając go, bardziej skłaniałabym się co do tej drugiej wersji. Cóż, sama na to zapracowałam, więc teraz nie mam prawa mościć do nikogo pretensji. Co najwyżej do siebie.
  - Mam mu coś powiedzieć? – pyta, ogarniając pożądliwym wzrokiem całe moje ciało.
  Rozglądam się, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Nie chcę ryzykować, ustaliliśmy przecież, że w miejscu pracy będziemy się hamować.
  - Panie Brewer, bez negatywnych emocji, proszę – lekko pociągam go za krawat, by zmniejszyć odległość między nami.
  - Chodź, jesteś mi potrzebna.
  Wchodzimy do jego biura, a Christian zamyka za nami drzwi. Przygryzam wnętrze policzka, gdy obserwuję, jak zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. Za nim rozciąga się niesamowita panorama Nowego Jorku, w swoim królestwie może czuć się jak Pan Świata.
  Przynajmniej mojego świata.
  - Więc o co chodzi? – zaczynam, chcąc zająć czymś niesforne myśli.


  Przez cały czas staram się zachować odpowiedni dystans. Nie mogę pozwolić sobie na chwilę zapomnienia, nie tutaj. Mam skupić się na obowiązkach, a dopiero po ich wypełnieniu zrobić coś, czego absolutnie nie powinnam. Obecność w biurze kogoś trzeciego zdecydowanie ułatwiłaby mi całą sprawę, w czyimś towarzystwie mężczyzna traktuje mnie jedynie jak swą podwładną… czyli tak, jak winien to robić cały czas.

  - Nie musisz się mnie bać, Anastasio – mówi nagle, wyrywając mnie z zamyślenia. Mogłabym oczywiście zacząć się tłumaczyć i zdementować te słowa, lecz chytry uśmieszek na jego twarzy nie wymaga zbędnego komentarza. Jestem bardzo przewidywalna.
  - Skąd ten pomysł? – pytam niewinnie, poprawiając sukienkę.
  - Widzę to nawet teraz. Za każdym razem, gdy jesteśmy sami w jednym pomieszczeniu – zauważa, niechętnie przyznaję mu rację.
  - Po kilku tygodniach wiesz o mnie wszystko? – unoszę brwi. Doskonale znam odpowiedź, lecz chcę ją usłyszeć od niego. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, choć kilka szczegółów z mojego życia wciąż pozostaje mu nieznanych. I to tych ważniejszych szczegółów. Każda kobieta musi przecież mieć jakieś swoje tajemnice. Bez nich nie byłaby sobą, czyż nie?
  - Ostrzegałem, że tak będzie – przypomina. – Dobrze, może nie wszystko, ale widziałem twój tatuaż, więc czuję się wyróżniony.
  - Brewer! – besztam go, spoglądając na niego z mordem w oczach.
  - Ja tylko mówię, że bardzo mi się podoba – bezczelnie się uśmiecha, wlepiając we mnie swój bystry wzrok. Tatuaże miały być moim małym sekretem. Czymś, o czym tylko ja miałam wiedzieć. Co prawda każdy mógł zobaczyć symbol nieskończoności na lewym nadgarstku, lecz ten ukryty pod warstwą odzieży nie jest przeznaczony dla szerszego grona odbiorców. Rzecz jasna z wyjątkiem wakacji, gdy mam na sobie bikini. Jednak oczywistym następstwem mojej relacji z Christianem było ujawnienie tego drobnego aspektu. Lewy bok centralnie pod biustem zdobi niewielki napis ‘always’ wykonany czarną czcionką.
  - Tu się patrz – wskazuję na umowę, której nie skończyliśmy analizować, jednocześnie ucinając temat. Dzięki temu możemy wreszcie skupić się na obowiązkach, a nie rozprawiać nad niewygodnymi dla mnie sprawami.


~*~


  Cały wieczór spędzam w towarzystwie Ariany. Nie miałyśmy dla siebie ostatnio dużo czasu, dlatego cieszę się, że chociaż dzisiaj możemy w spokoju porozmawiać i zjeść jej ulubione chińskie jedzenie. Żałuję, iż dopiero teraz mamy na to szansę. Potrzebuję się przed kimś wygadać bez narażenia na negatywny osąd i półgodzinne kazanie, mam już wystarczająco zły humor. Parks to osoba, która bez względu na wszystko wyrazi swoje zdanie, lecz mimo tego jestem jej ogromnie wdzięczna za to, co dla mnie robi. Mogę przyjść tutaj o trzeciej na ranem cała zapłakana i mam sto procent pewności, że nie odeśle mnie z kwitkiem, tylko wysłucha i postara się pomóc. Poznałyśmy się kilka tygodni przed moimi osiemnastymi urodzinami i od tego czasu trzymamy się razem, jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Gdyby nie ona, dawno już bym się załamała. Ona i Jack. Bez nich moje życie nie byłoby takie samo.

  Wlepiamy wzrok w ekran telewizora, koncentrując się na ekranizacji powieści jednak z moich ulubionych pisarek, Nory Roberts. Posiłek zostaje skonsumowany niemal do ostatniego ziarnka ryżu i dopiero wtedy zbieram się na odwagę, by powiedzieć wszystko, co leży mi na sercu. Ariana staje się o Niebo lepszym psychologiem, gdy jest najedzona.
  - Zależy ci na nim – stwierdza po wysłuchaniu moich pretensji do całego świata.
  - Ale jemu na mnie nie – odpowiadam, spuszczając wzrok na swoje splecione palce. – Nie tak, jakbym chciała. I oto właśnie chodzi.
  Kobieta przeczesuje włosy i przekłada je na prawą stronę. Przez moment analizuje każde słowo, zbiera myśli, układając w głowie odpowiedni scenariusz.
  - Nie obraź się, ale nie powinnaś w ogóle w to wchodzić – mówi po chwili, odkładając talerz na stolik. – Ten wasz pseudo związek niszczy cię od środka, nie widzisz tego? Seks bez zobowiązań o niekoniecznie twoja rzecz. Jesteś zbyt wrażliwa, a ten niewyżyty dupek chyba tego nie widzi – chcę wtrącić coś od siebie, lecz ucisza mnie gestem ręki. – Dobrze ci radzę, zakończ to tak szybko, jak tylko możesz.
  Wzdycham z konsternacją, przewracając oczami.
  - Rzuć fotografię, zostań terapeutą.
  - Jakbym się dobrze ceniła, puściłabym cię z torbami – mruczy. - Ariana Parks. Specjalista od spraw sercowych, czyli czego i z kim pod żadnym pozorem nie robić.
  - Szkoda, że to nie jest takie proste…
  - Mnie tylko zastanawia, co zrobisz, jak wpadniecie, huh?
  - Biorę tabletki, o to nie musisz się martwić.
  - Wkurwiasz mnie, Crawford – warczy w końcu. Nie dziwię się jej, sama już ledwo znoszę tę całą chorą sytuację. – Ale masz szczęście, że cię kocham. Jakby co możesz przyjść do mnie ze wszystkim, pamiętaj.
  - Wiem i dziękuję. Naprawdę – dodaję cicho. Nie mam nawet odwagi, by na nią spojrzeć.
  - Stwarzasz sobie problemy – odpowiada jeszcze, ostatecznie kończąc naszą dyskusję. Dzięki Bogu, nie chcę się dalej w to zagłębiać. Jej stwierdzenie jest boleśnie prawdziwe.– Patrz! Ten gość za chwilę wybuchnie!
  - Przecież to fałszywa bomba, a naprawdę to…
  - Shh… - kładzie mi wskazujący palec na ustach, gdy chcę dokończyć swoją wypowiedź. – Żadnych spoilerów. Ty czytałaś i wiesz, ale ja nie wiem, więc w skupieniu, proszę, oraz absolutnej ciszy niszcz sobie wzrok razem ze mną – nakazuje i po raz kolejny bierze łyk wody gazowanej. Uśmiecham się sama do siebie, odkładając puste naczynie, by mi nie zawadzało.
  Przez moment rozważam też podzielenie się z nią moją ostatnią rozmową z Carlson’em. W ostateczności siedzę cicho i skupiam się na oglądaniu filmu. Nawet Ariana nie może mi pomóc, to sprawa jedynie między naszą dwójką. Zaczynam obawiać się, że Brody może okazać się nad wyraz wylewny i podzielić nowopoznaną informacją z Christianem. Znam go bardzo dobrze, jest do tego zdolny, byleby tylko zamienić moje życie w piekło. Wtedy musiałabym nie tylko zakończyć romans z mężczyzną, ale też w trybie natychmiastowym znaleźć nową pracę. Gdyby on sam mnie nie wyrzucił, i tak bym odeszła. Nie umiałabym znowu spojrzeć mu w oczy ani nawet normalnie z nim porozmawiać.
  Mam jednak nadzieję, że uda mi się znowu zacząć nad tym kontrolować. W przeciwnym razie będę potrzebowała pomocy, lecz nikt nie potrafi mi jej zapewnić. Nie, jeśli chodzi o Brody’ego. I oczywiście o mojego szefa.
  Wiem, że muszę to wszystko jakoś poukładać, przemyśleć. Im dłużej będę ciągnąć tę farsę, tym bardziej skrzywdzi mnie nasze rozstanie. Nie jestem już nastolatką, więc przypuszczalnie winnam być nieco rozsądniejsza niż dzisiejsze trzynastolatki, które podcinają sobie żyły tylko dlatego, że członek ich ulubionego boysbandu odchodzi z kapeli, by zająć się solową karierą i własnym rozwojem. Chcę jedynie, by ktoś pragnął mnie nie tylko ze względu na zaspokojenie swego popędu seksualnego. Chcę czuć się bezpieczna i bezwarunkowo kochana.
  A przy Christianie to, niestety, nie jest możliwe.

Od autorki: Odrobinę zawaliłam i zdaję sobie z tego sprawę, ale wyjątkowo jest to tylko jeden dzień, więc mam nadzieję, że nic się nie stało:) Przepraszam, ale wczoraj nie miałam możliwości dodania rozdziału. Odsypiałam środę ;--; Mimo że nie było mnie w szkole dwa dni, dzisiaj nie miałam zielonego pojęcia, o czym mówi moja nauczycielka. Jeśli ktoś z Was jest teraz w trzeciej gimnazjum i rozważa profil medyczny, tudzież bio-chemiczny, niech poważnie się zastanowi, czy aby na pewno tego chce. Porażka życiowa. Od razu uprzedzam, że daty planowanych rozdziałów mogą ulec zmianie, bo szczerze sama nie wiem, kiedy je napiszę. Na weekend mam już piękne plany<3 Biologia życiem i te sprawy.
  Zaszły tutaj małe zmiany, jak pewnie zdążyliście zauważyć. Usunęłam playlistę, lecz teraz przed każdym rozdziałem będzie pojawiał się link do soundtracka. Włączycie, to włączycie. Nie, to nie, Wasza wola:) Dziękuję z całego serca za tyle wyświetleń, ciągle rosnącą liczbę obserwatorów i setki miłych słów, którymi zawsze mnie obdarowujecie. Nie macie pojęcia, jak dużo to dla mnie znaczy. Przepraszam też za wszystkie zaległości, jakie mi się narobiły, jakoś postaram się wszystko ogarnąć.


L x