środa, 30 września 2015

Twenty two / Got a secret, can you keep it?

'Nie narzekaj, że idziesz pod górę, jeśli zmierzasz na sam szczyt'

  Przeczesuję prawą dłonią swoje rozczochrane włosy, próbując w jakiś sposób doprowadzić je do porządku. Aktualnie nie mam dostępu do lustra, a przeglądanie w łyżeczce, którą mieszam kawę, nie wydaje się być dobrym rozwiązaniem problemu. Obok mnie przez przerwy krząta się pani Jones, aktualnie szukając czegoś w górnej półce.
  - Wyglądasz ślicznie, kochanie – mówi i uśmiecha się, gdy po raz kolejny spogląda w moją stronę. Zawstydzona spuszczam wzrok, nie jestem przyzwyczajona do komplementów.
  - Zwłaszcza o tej porze dnia – mruczę.
  Zakładam nogę na nogę i na moment poświęcam się rozmowie z kobietą. Za pierwszym razem byłam przestraszona jej obecnością, ale teraz ją polubiłam. Nie osądza, nie krytykuje, swoje zdanie o sytuacji związanej ze mną i z jej pracodawcą zostawia dla siebie. Jest miła i wiecznie uśmiechnięta, a to, co potrafi zrobić w kuchni, śmiało może konkurować z potrawami najlepszych szefów kuchni na świecie.
  - Wiesz co? Cieszę się, że Rebecca tu nie przychodzi… no, przynajmniej kiedy ja pracuję – dodaje cicho. Mamy te same wątpliwości.
  Nie spędzam całego dnia w towarzystwie Christiana, więc nie mam pojęcia, co robi i z kim spotyka się w tym czasie. Może w dalszym ciągu coś go z nią łączy. Może ją kocha. Może nieświadoma mojej obecności w jego apartamencie za chwilę się tu pojawi i wściekła urządzi mi awanturę. Może chce zrobić mu niespodziankę i właśnie jedzie windą.
  Tej nocy kochałam się z jej facetem, a teraz siedzę w jego kuchni, rozmawiam z jego pomocą domową, mając na sobie jedną z jego koszul.
  Tak, jestem już martwa. Mogę rezerwować sobie miejsce na cmentarzu.
  - Martwisz się nią? – pyta czterdziestolatka, lustrując mnie swoim podejrzliwym wzrokiem. Czyta w moich myślach… albo po prostu zachowuję się zbyt przewidywalnie.
  - Tylko odrobinę.
  - Jest sobota – zauważa. – Takie księżniczki śpią do południa.
  Mimowolnie się uśmiecham i biorę mały łyk napoju. Calvano nie raz udowadniała, iż uważa się za znacznie lepszą od innych tylko dlatego, że jej ojciec może spać na pieniądzach. Doszedł do wszystkiego determinacją i ciężką pracą, a jego rozpuszczona córeczka chce być na jego utrzymaniu przez całe życie, ponieważ nie zhańbi rączek najlżejszą pracą. Nie daj Bóg, złamałaby sobie paznokieć, a wtedy mielibyśmy do czynienia z tragedią narodową.
  - Nie warto już rano psuć sobie humoru! – dodaje Gail, starając się odpędzić me myśli od tego rozkapryszonego dziecka. – Co chcesz do jedzenia?
  - Nie musi mi pani robić śniadania – mówię od razu, czuję się tym skrępowana. Ma milion lepszych rzeczy do roboty od karmienia mnie. Sama potrafię o siebie zadbać.
  - Ale to nie problem.
  - Nie, naprawdę…
  - Dobrze – ustępuje. – W takim razie ja będę się już zbierać. Poradzisz sobie ze znalezieniem wszystkiego?
  - Tak, oczywiście – zapewniam, poprawiając rękawy koszuli. Są nieco za długie, więc muszę je podwijać. – Do zobaczenia.
  Gdy zostaję sama w kuchni, zaczynam przygotować posiłek. Sama nie wiem dokładnie, na co mam ochotę. A Christian? Niedługo powinien się obudzić, na pewno będzie głodny. Krótką chwilę zajmuje mi odnalezienie potrzebnych składników, po przygotowaniu wszystkiego zabieram się za smażenie naleśników. W radiu słyszę miły głos speakerki życzącej każdemu udanego dnia, a sekundę później Sam Smith śpiewa I am not the only one.
  Cóż za niespodziewanie trafna ironia.
  Nie mam odwagi podjąć tego niewygodnego tematu. Boję się, co mogłabym ewentualnie usłyszeć. Wiem, iż powinnam, lecz specjalnie do tej rozmowy mi się nie śpieszy. Brewerowi tym bardziej, tak jest mu wygodniej. Jedno jego słowo wystarczy, bym stała się całkowicie uległa względem niego. Może uczynić ze mną, co mu się żywnie podoba. Rebecca z kolei to osoba obyta w towarzystwie. Zna wielu ludzi, wie, za jakie sznurki pociągnąć, by wszystko ułożyło się po jej myśli. Nie kocha go, ta kwestia nie pozostawia żadnych wątpliwości. Może wie, jakie relacje łączą mnie z jej partnerem? Szczerze wątpię, ale nigdy nic nie wiadomo. Związek z nim się jej opłaca. Christian to jeden z najbogatszych ludzi w Nowym Jorku jak i też całych Stanach Zjednoczonych.
  A jakaś głupia sekretarka traci tylko czas na bezsensowne robienie sobie nadziei. Zwyczajny dzień z życia typowej blondynki.
  - Dzień dobry – słyszę, kiedy w kuchni pojawia się obiekt moich rozmyślań. Obejmuje mnie od tyłu, składając czuły pocałunek na policzku.
  - Głodny? – uśmiecham się, przygryzając dolną wargę. Szatyn jest nagi od pasa w górę. Jego muskularna klatka piersiowa miarowo unosi się i opada, a mięśnie napinają.
  Kocham sobotnie poranki.
  - Mhmm… - mruczy, gwałtownie odwracając mnie przodem do siebie. Prawą ręką zdejmuje patelnię z płyty indukcyjnej i odstawia ją na blat, a lewą przyciska moje ciało do swojego, biorąc w posiadanie usta.
  Wplątuję palce w nieco zmierzwione włosy, delikatnie pociągając za końcówki. Co z tego, że zaledwie parę godzin temu tkwiłam w jego ramionach? Ciągle chcę tylko więcej i więcej.
  - Hola, hola – odnajduję w sobie na tyle samozaparcia, by go powstrzymać, gdy sprawy zaczynają brnąć za daleko. – Chodzi mi o jedzenie.
  - A widzisz, mi nie.
  - A widzisz, mi tak – odpowiadam zawadiacko i powracam do poprzedniej czynności. Christian ostatecznie daje za wygraną. Całuje mnie w tył głowy i informuje, iż idzie się ubrać. Jeśli mam być szczera, wcale nie musi tego robić. Wystarczająco dobrze wygląda bez zbędnego nakrycia.
  - Za chwilę oddam ci koszulę! – krzyczę za nim.
  - Spokojnie, sam ją sobie odbiorę.

~*~

  Trudno jest wytrzymać mi samej w czterech ścianach mieszkania. Samotny spacer po ulicach Nowego Jorku wydaje się być idealnym rozwiązaniem, zwarzywszy na to, iż nie mam szczególnej ochoty jakąkolwiek rozmowę. Z nikim. Przez godzinę włóczę się bez celu, oglądając wystawy w sklepach i reklamy na kolorowych billboardach. Sama dokładnie nie wiem, gdzie idę. Przed siebie. Tyle mi wystarczy. Pomimo że co sekundę się z kimś mijam, czuję, jakbym była jedyną osobą na chodniku. Nikt z tych ludzi nie zna mnie ani mojej historii, ja też nie mam pojęcia, kim oni są i jaki bagaż ze sobą niosą. Przez moment nie postawiono mi żadnych wymagań i żądań, którym muszę sprostać. Mam możliwość przemyślenia wielu rzeczy w całkowitym spokoju. Nie zwracam żadnej uwagi na klaksony taksówek stojących w wiecznych korkach, na krzyki ludzi zachęcających do kupna na ich stoiskach. Czuję jedynie lekki podmuch, który rozwiewa moją fryzurę. Mogę zapomnieć o wszystkim, co mnie dręczy i ignorować otoczenie. Mogę chociaż na chwilę uwolnić się od problemów.
  Po zwiedzeniu praktycznie większej części miasta, nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Dzięki Bogu, że mam na sobie wygodne buty, inaczej już dawno bym skonała. Zmuszam się do jeszcze kilku kroków, by odnaleźć miejsce, gdzie mogłabym wreszcie usiąść i napić się kawy. Starbucks czeka na mnie za rogiem, idealnie. Uśmiecham się szeroko, zapominając o zmęczeniu, i żwawym tempem zmierzam do środka.
  Gdy dostaję zamówione frapuccino, akurat przychodzi kolejna wiadomość od Ariany. Jak zwykle narzeka w niej na Eleanor, dzięki której ma dwa razy więcej obowiązków i nie może dzisiejszego wieczoru iść do kina z Kenneth’em. Jeśli mam być szczera, wolny wieczór we własnej sypialni zadziała na nią lepiej niż kolejny zawód miłosny. Nie ma sensu szukać kogoś na siłę, strzała Amora może trafić człowieka w najmniej spodziewanym momencie.
  A jeśli już mowa o niespodziankach…
  - Co ty tu, do cholery, robisz? – warczę w kierunku mojego towarzysza, ściągając na siebie wzrok kilku pozostałych klientów.
  - Szedłem za tobą – przyznaje otwarcie Brody i jak gdyby nigdy nic zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. To już są chyba jakieś żarty. Chciałam spędzić to popołudnie sama. Co znaczy: bez towarzystwa. Bez Christiana, bez Ariany i Clarie, a już stanowczo bez Carlsona. – Nie śpieszyło ci się, prawda?
  - Stalking jest karalny, tak tylko mówię.
  - Ależ kochanie, ja tylko przyszedłem napić się kawy w doborowym towarzystwie – uśmiecha się szyderczo, przywołując do stolika jakąś biedną dziewczynę, po czym składa zamówienie. Mogłam wziąć na wynos i wrócić do siebie, a teraz za karę spędzam czas z szatynem. Cóż, jestem sama sobie winna, ale nigdy bym nie pomyślała, że ktoś może kiedykolwiek mnie śledzić. Któryś z byłych facetów Ariany jest policjantem, o ile dobrze pamiętam.
  Może ma jeszcze do niego numer.
  - Posłuchaj. Nie wiem, dlaczego tak bardzo ci się nudzi, ale to nie jest mój problem – mówię, wkładając telefon do kieszeni czarnych szortów. Biorę ostatni łyk kawy i wstaję z miejsca. – Więc pozwolisz, że sobie pójdę. Smacznego ci życzę.
  - Nie byłbym tego taki pewien – mruczy sarkastycznie. Łapie mnie za nadgarstek, zmuszając do poświęcenia mu jeszcze trochę uwagi. – Mam sprawę. Zobaczyłem cię na ulicy, a nie chciałem o tym mówić w miejscu publicznym, więc musiałem za tobą iść.
  - Twoim zdaniem kawiarnia to nie miejsce publiczne, rozumiem – uśmiecham się z politowaniem, kręcąc głową w geście rezygnacji. Inteligencja niektórych ludzi jest naprawdę na zatrważająco niskim poziomie. Jak ktoś jego pokroju może obejmować tak odpowiedzialne stanowisko? – Chcę już wracać, masz minutę.
  - Ja wiem, Annie.
  W pierwszej chwili w ogóle go nie rozumiem. Też wiem o wielu rzeczach, ale jakoś nie robię z tego powodu tak wielkiej afery. Och, i nie nękam innych ludzi.
  - Gratulacje?
  - Nie rozumiesz mnie… ja wiem – powtarza. – Wiem o twoim małym sekrecie. Właściwie to teraz naszym sekrecie. Domyślasz się już, o co chodzi?
  Otwieram usta z zamiarem odpowiedzi, lecz zamieram w pół słowa. Nerwowo zaciskam dłonie w pięści, chowając je pod stołem. Czuję, jak z mojej twarzy znikają wszelkie kolory. Jestem blada jak śmierć… chociaż lepiej byłoby, gdybym naprawdę nie żyła.
  - Jak ty… ale przecież… kto ci powiedział?! – staram się mówić jak najciszej, by nikt nie zdołał nas usłyszeć.
  - Dodałem dwa do dwóch i proszę! Oto, co mam.
  - Poważnie? Nigdy nie byłeś dobry z matmy. Jestem dumna.
  - Nie jesteś zabawna, Annie. Co najwyżej żałosna.
  Podczas gdy Brody pozostaje całkowicie opanowany, ja niemal trzęsę się ze strachu. Mój największy koszmar właśnie się ziścił. A ja teraz mogę tylko czekać, aż rzeczywistość, na którą tak długo pracowałam, nieodwracalnie legnie w gruzach. I to wszystko za sprawą jednego człowieka.
  - Co jeśli pan Brewer by się o tym dowiedział, hm? – pyta rozbawiony. Doskonale wie, że uderzył w mój czuły punkt. Postanawiam jednak do samego końca iść w zaparte, przecież i tak teraz nie mam już nic do stracenia.
  - Myślisz, że mojego szefa to zainteresuje? Niby z jakiej racji?
  - Znam cię lepiej, niż myślisz. Nie zapomniałem, jak reagujesz na niektóre sprawy.
  Za wszelką cenę staram się zachować kamienną twarz, lecz jestem w zbyt wielkim szoku, by trzeźwo myśleć. Brody się myli, choć bardzo chciałby mieć rację. Przez te kilka lat się zmieniłam. Anastasia Crawford, którą znał, istniała wtedy tylko dla niego. Teraz nie ma po niej żadnego śladu, a on wcale mnie nie zna. I nie pozna. Nie dopuszczę do tego.
  - Chcesz mnie teraz szantażować? – pytam. Doskonale wiem, że jest zdolny do wszystkiego. Szatyn jednak w ogóle się nie zmienił, był dokładnie taki sam, gdy się poznaliśmy. Zimny manipulant o kamiennym sercu, który lubi oglądać ludzkie cierpienie. Szkoda tylko, że dopiero po tak długim czasie jestem w stanie to zauważyć.
  - Sam nie wiem, muszę to przemyśleć… a może po prostu wszystkim powiem? – zastanawia się głośno, upijając łyk dostarczonej przed momentem kawy. – Jeśli zdecyduję, będziesz pierwszą, która się dowie.
  - Nienawidzę cię – syczę przez zaciśnięte zęby, drugi raz próbując opuścić lokal. Tym razem mężczyźnie nie udaje się mnie dotknąć.
  - Wiem, kochanie – potwierdza. – I to jest w tym takie wspaniałe.
  Zostawiam go samego, podążając jak najdalej stąd. Nie chcę, być znowu obserwowana. Pierwszy raz nie miałam o tym pojęcia, lecz teraz co pięć sekund obracam się za siebie i wypatruję gdzieś jego postury. Mam nieodpartą ochotę zdemolowania wszystkiego, co spotykam na swej drodze. Teraz czuję się przytłoczona, jakby cały ciężar otaczającego świata spoczywał na moich barkach, a ja nie mogę nic z tym zrobić.
  Chcę teraz jak najszybciej znaleźć się w domu, zamknąć drzwi na klucz i po prostu przeczekać najgorsze. Wiem jednak, że ucieczka od problemów jest najgorszym sposobem na rozwiązanie ich. Trzeba stawić im czoła. Nie jestem pewna, czy uda mi się to zrobić w pojedynkę.
  Niestety, nie mam innego wyjścia. Nie powiem o niczym Christianowi, nie mogę. To zniszczyłoby wszystko, co jest między nami. Właśnie, a co jest? On prawdopodobnie gra na dwa fronty, a ja tylko łudzę się, że coś dla niego znaczę. Brody ma rację.
  Jestem cholernie żałosna.

 Od autorki: Przyznaję bez bicia, że zapomniałam, iż akurat dzisiaj wypada data dodania nowego rozdziału. Przypomniałam sobie przez przypadek, jak zaglądałam do kalendarza, sprawdzając terminy testów na kolejny tydzień. Ale najważniejsze jest to, że się nie spóźniłam! Od razu mówię - sprawdzę go dopiero w weekend albo piątek wieczorem i przepraszam za wszystkie zaległości u Was, ale gdy codziennie wracasz do domu po szesnastej, a następnego dnia masz jeszcze większy zapieprz, wszystkiego ci się odechciewa. A tym bardziej wysiłku stukania w klawiaturę.
Nie będę się rozpisywać, bo przede mną jeszcze powtórka materiału na jutro i czytanie mitologii, więc wspomnę tylko jeszcze, że rozdział z dedykacją dla Nightmare. Chciałaś Christiana, to masz xd



L x

poniedziałek, 14 września 2015

Twenty one / Afraid of your own mind

 
'Mamy potrzebę znalezienia odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy i dlaczego żyjemy'


  Wita mnie serdeczny uśmiech sekretarki Jack’a, która uświadamia mi, że mój kuzyn ma teraz wolną chwilę, więc mogę do niego zajrzeć. Redakcja The NY Spectator stanie się teraz jego drugim domem, miejscem, gdzie będzie spędzał połowę dnia. Jako redaktor naczelny przejmie wiele obowiązków, ale kocha to, co robi i mam wielką nadzieję, że odniesie sukces.
  A tak na pewno się stanie. W końcu to Jack Gilbert – jeden z najbardziej nieustępliwych ludzi chodzących po Ziemi.
  W ostatniej chwili zaczynam się wahać. Może ma dużo pracy i ostatnie, o  czym myśli, to lunch ze swoją kuzynką. Sobota powinna być dniem wolnym, lecz on i tak przesiaduje w swoim biurze i wdraża się dokładnie w każdy aspekt prowadzenia gazety. Ostatecznie naciskam klamkę, wchodząc do pomieszczenia. Niemal od razu zderzam się z jakąś kobietą. Jest niższa ode mnie o parę centymetrów, to nieco szczuplejsza brunetka z krótko ściętymi włosami. Ubrana nienagannie: bordowa ołówkowa spódnica i ciemna koszula z długimi rękawami. Wygląda poważnie, a związany starannie kok jeszcze bardziej potęguje to wrażenie.
  - Do zobaczenia – żegna się z mężczyzną, mnie również zaszczycając spojrzeniem. Gdy zamyka za sobą drzwi, chcę zapytać o nią, lecz ostatecznie rezygnuję z tego zamiaru. Ta wiedza nie jest mi szczególnie potrzebna do szczęścia.
  - No, no, no… - uśmiecham się podczas rozglądania po pomieszczeniu. Jest nowocześnie urządzone, duże okno pozwala podziwiać panoramę Nowego Jorku. Na przeciwnej ścianie znajdują się powiększone wersje kilku okładek pierwszych wydań gazety oprawione w antyramy. Jack siedzi przy ciemnym biurku, lecz na mój widok od razu wstaje i mnie przytula.
  Tak bardzo za nim tęskniłam, a teraz możemy rozmawiać twarzą w twarz właściwie codziennie. Chyba nie jestem jeszcze do tego przyzwyczajona.
  - Panie przodem - mówi, otwierając przede mną drzwi. – Dalej uważasz fast foody za syf, czy wreszcie dasz mi się najeść? – pyta błagalnie, na co parskam śmiechem.
  - Zapomnij – odpowiadam od razu. – Zjemy prawdziwe jedzenie, a nie te twoje śmieci.
  - Weź tu wyjdź gdzieś z taką – wzdycha ze zrezygnowaniem w głosie. Za żadne skarby nie dam się namówić na skonsumowanie czegoś tak niezdrowego i pełnego tłuszczu, McDonald’s i inne tego typu miejsca muszę omijać szerokim łukiem.
  To nie tak, że mam obsesję na punkcie liczenia każdej kilokalorii. Potrafiłam jeść za dwóch, gdy w lokalu przynieśli właśnie moją ulubioną pizzę, ale wtedy wygląd zewnętrzny nie był tak ważny, jak jest teraz. Rebecca może w każdej chwili pozwolić sobie na operację plastyczną, korygując wszelkie wady i niedoskonałości, ale ja nie. Muszę wyglądać najlepiej, jak tylko mogę… muszę wyglądać tak, aby podobać się Christianowi.
  Kiedyś przyrzekłam sobie, że nie będę zmieniać się dla jakiegoś mężczyzny. Jeśli mnie pokocha, to za to, co mam w środku, nie za rozmiar spodni. W tym przypadku jest jednak odrobinę inaczej. Nie łudzę się, że zdobyłam jego zainteresowanie inteligencją czy charakterem. Nie mam zamiaru ukrywać faktu, że mi na nim zależy, lecz myślimy o sobie nawzajem w zupełnie innych kategoriach.
  Nie powinnam dłużej tego ciągnąć ani nawet pozwolić, by się zaczęło, ale nic nie mogę na to poradzić. Pragnę tego mężczyzny. A jeśli on pragnie mnie tylko dla mojego ciała, zgadzam się, mimo iż to przeczy absolutnie każdej wartości moralnej, jakiej byłam wierna do tej pory.
  Czuję się z tym źle. Bardzo źle.

~*~
 
  Dopiero gdy kelnerka odchodzi z przyjętymi zamówieniami, zaczynamy normalnie rozmawiać. Cieszę się każdą minutą spędzoną w towarzystwie szatyna, bo wiem, że kolejne dni w jego harmonogramie nie będą należały do najłatwiejszych.
  - Skąd znasz Christiana? – zbieram się na odwagę, by wreszcie zadać dręczące mnie od dłuższego czasu pytanie. Oboje kilka razy wspomnieli o sobie nawzajem, lecz nigdy nie dowiedziałam się żadnych szczegółów. Dwie ogromnie ważne osoby w moim życiu mają ze sobą coś wspólnego, a ja dalej nie wiem co i dlaczego.
  - Poznaliśmy się parę lat temu, długa historia – stwierdza krótko, dalej trzymając mnie w niepewności. Nie ma szans, bym zadowoliła się taką odpowiedzią. – Annie, może kiedyś ci powiem, ale ostrzegam, to trochę pokręcone.
  Unoszę zaskoczona brwi, lecz na razie zostawiam Gilbert’a w spokoju. Jak nie on, może Brewer okaże się nieco bardziej wylewny.
  Co ty, w bajki wierzysz?
  Pracownica Cafe Noi pojawia się z naszym jedzeniem. W moim przypadku jest to sałatka grecka z pomidorami, serem feta, oliwkami i sokiem cytrynowym, co wywołuje nadzwyczajny entuzjazm ze strony mojego towarzysza. Fałszywy entuzjazm rzecz jasna.
  - Zamieniasz się w królika – reasumuje, zachwycając się wyglądem dwóch pokaźnych kawałków ciasta czekoladowego z masą karmelową i prażonym słonecznikiem. Niestety, muszę obejść się smakiem… i dzisiejszego dnia udać się na siłownię lub po prostu pobiegać wieczorem po Central Parku. – Daj spokój, od jednego kawałka nie przytyjesz dwadzieścia kilo.
  - Mów sobie, co chcesz – ucinam niewygodny dla mnie temat i zajmuję się moją sałatką. Przez niego mam teraz cholerną ochotę na coś słodkiego. Jestem zmuszona zadowolić się jednak króliczym jedzeniem, jak to mój kochany kuzyn fachowo ujął. Cóż, ma absolutną rację.
  Popadam w lekki obłęd, ale cel uświęca środki.
  - Przyjaźnisz się jeszcze z Arianą, prawda? Dawno jej nie widziałem.
  Przytakuję, obdarzając go uśmiechem. Parks i Gilbert poznali się jakoś cztery lata temu, utrzymywali słaby kontakt w głównej mierze dzięki mnie, ale nie mogę określić ich mianem przyjaciół. Nie mieli kiedy rozwinąć znajomości, Jack mieszkał w Seattle i przyjeżdżał do Nowego Jorku raz na kilka miesięcy, lecz i tak nie zabawiał tutaj zbyt długo.
  - Jak jej… kariera? – pyta lekko przestraszony. Wie, że prędzej czy później się z nią zobaczy, w końcu to moja najlepsza przyjaciółka.
  - Stanęła w miejscu, jesteś bezpieczny – mówię, śmiejąc się pod nosem.
  Gdy Ariana się czymś zainteresuje, potrzeba dużo wysiłku (głównie z mojej strony), by w końcu jej przeszło. Nie mówię oczywiście, że posiadanie pasji jest czymś złym, każdy człowiek tego potrzebuje. Ona ma swoją fotografię i w pełni się jej poświęca, lecz wtedy, gdy widzieli się pierwszy raz, przechodziła przez okres fascynacji piosenkarzami wszelkiego gatunku muzyki. Nawet nie pamiętam, ile tekstów piosenek potrafiła bezbłędnie wyrecytować… albo wykrzyczeć. Tak, to o wiele lepsze określenie. Biedny Jack przekonał się, że brunetka nie posiada talentu wokalnego. Jak zresztą połowa mieszkańców ulicy, na której mieszka. Zmieniała wtedy mieszkanie, a jej nowi sąsiedzi szybko poznali ją z tej nieco głośniejszej strony.
 
  Gdy opuszczamy budynek na Amsterdam Avenue, mężczyzna odwozi mnie do domu. Droga nie zajmuje nam wiele czasu, ponieważ lokal również mieści się na Upper West Side. Wchodząc do mieszkania, nie mogę pozbyć się wrażenia, jakbym zapomniała o zrobieniu czegoś ważnego. Nie przypominam sobie, bym miała dzisiaj w planach coś jeszcze, więc ignoruję swoje przeczucie i udaję się do kuchni w celu zrobienia sobie kawy.
  Potrzebuję czegoś mocnego, by postawiło mnie na nogi. Przez cały weekend nie zobaczę się z Christianem, nie ma go w mieście. Nie powiem, ta sytuacja niezbyt mi odpowiada, lecz nic nie mogę na to poradzić. Zostaje mi tylko oczekiwanie do poniedziałku, aby znów spotkać go w pracy. W pewnym sensie jestem taka sama jak Stella, z tym wyjątkiem, że ją na pewno nie dopadałyby wyrzuty sumienia po nocy spędzonej z Brewerem.
  Uwielbiam być przez niego dotykana, czuję się wtedy najważniejsza na świecie, lecz rano nie mogę spojrzeć w lustro. Brzydzę się samej siebie i tego, co robię. Za każdym razem widzę nic niewartą osobę, która oddaje się mężczyźnie, z którym tak naprawdę nie jest w związku. Nigdy nie posądziłabym się o coś takiego, lecz gdy przebywam w jego towarzystwie, tracę nad sobą kontrolę. On za każdym razem potrafi to perfidnie wykorzystać, chociaż nigdy nie zrobił czegoś wbrew mojej woli. Być może w jakiś sposób mu na mnie zależy, ale na pewno nie taki, jaki bym chciała.
  Czuję coś do niego i nie zamierzam tego kwestionować, jednak on nigdy się o tym nie dowie.
  - Miałaś zadzwonić – burczy Ariana, bezceremonialnie wchodząc do mojego mieszkania. No właśnie… o tym zapomniałam. Ale każdemu się zdarza, prawda? – Czy ja od ciebie tak wiele wymagam?
  - Zjedz coś, uspokoisz się – mówię, wskazując jej kierunek do kuchni. Kobieta zamiast tego zajmuje miejsce na kanapie w salonie i krzyżuje ręce na piersi.
  Szykuje się Inkwizycja Ariany Savannah Parks. Ciekawe, co niegodziwego udało mi się zrobić tym razem. Chętnie posłucham.
  - Jeżeli myślisz, kochanie, że opróżnię ci lodówkę, żebyś, nie daj Bóg, nie miała ochoty czegoś z niej wyciągnąć, to jesteś w błędzie – stwierdza od razu, mierząc mnie podejrzliwym spojrzeniem. Nie odpowiadam, nie mam pojęcia, jak dobrać odpowiednie słowa. – Za chwilę zamówię pizzę i będę ją jadła tak powoli, jak tylko dam radę. Na twoich oczach. Będziesz cierpieć, Crawford.
  - Nie zaczynaj – proszę, zajmując miejsce obok. – To, że jem odrobinę zdrowiej… i mniej niż zawsze…
  - Mam przyjaciółkę królika – przerywa. – Nawet ten twój Brewer nie jest wart takiej ilości sałaty, przykro mi.
  Nie koniecznie chcę słuchać wywodów na temat mojego odżywiania. Kocham Ari, ale to nie jej sprawa, co gości na moim talerzu. Z drugiej strony jednak ją rozumiem, katuję się jakąś idiotyczną dietą tylko z powodu jakiegoś faceta.
  - Jakbyś mu się nie podobała taka, jaka jesteś teraz, to by się za ciebie nie brał. Proste? Proste – reasumuje krótko. Otwieram usta, lecz w ostateczności milczę. Znowu. W pewnym sensie ma rację. Gdyby Christian miał jakiekolwiek zastrzeżenia, przecież…
  Nie bądź jak Stella, kretynko!, krzyczę do samej siebie. Wiem, że zachowuję się skandalicznie, ale naprawdę zależy mi, by za każdym razem wywierać na nim jak najlepsze wrażenie. Czuję się przez niego doceniana, jednym gestem potrafi uczynić mnie najważniejszą na świecie.
  - Niejedna zabiłaby, żeby tak wyglądać. A facet nie pies i na kości nie poleci, więc tym bardziej powinnaś być zadowolona.
  Wyciąga z tylnej kieszeni spodni swój telefon, wybierając jakiś numer. Patrzę na nią zdezorientowana i zamierzam zapytać, do kogo dzwoni, lecz w porę przykłada mi wskazujący palec do ust na znak, bym w dalszym ciągu pozostała cicho.
  - Dzień dobry – uśmiecha się, gdy słyszy czyjś głos po drugiej stronie. W pewnej chwili zasłania głośnik dłonią. – Z pepperoni czy bez?
  - Co? – marszczę brwi.
  - Racja, też nie lubię – odpowiada, powracając do telefonicznej rozmowy. – No to tak. Duża na grubym cieście bez pepperoni, ale upchnijcie tam jakiegoś kurczaka lub coś w tym stylu. I ser. Duużo sera, ale tak naprawdę bardzo dużo. I oliwki. Ale bez ananasa. Nienawidzę ananasa w pizzy. I paprykę. Wspominałam o serze?
  Wszystko wskazuje na to, że ma zamiar spełnić swoje groźby sprzed paru chwil. Podaje komuś mój adres, nie kryjąc swojej radości. Gdy kończy konwersację, spogląda na mnie rozbawionym wzrokiem i zaciera ręce.
  - Będę cię karmić, Crawford.
  - Dobra, mniej zieleniny, więcej normalnego jedzenia – unoszę ręce w górę na znak rezygnacji. Wspaniale, moja dieta skończy się szybciej, niż się zaczęła. – Ale niedawno byłam na lunchu z Jack’iem, jestem najedzona. Poza tym… pizza, serio?
  - Jadłaś sałatę, prawda? – pyta zrezygnowana, wznosząc oczy ku górze.
  - Może…
  - I dlatego masz mnie! – piszczy uradowana, rozpoczynając poszukiwania pilota od telewizora. – Ej, będą dopiero za czterdzieści minut, zgłodniejesz. A jak cię to pocieszy, potem możemy pobiegać.
  Jakbyś czytała w moich myślach.

~*~

  Po krótkiej rozmowie z Sophie kieruję się do wind, lecz w pewnej chwili dogania mnie Stella. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, emanuje szczęściem. Z grzeczności nie dociekam powodu jej entuzjazmu, lecz sekundę po zamknięciu metalowych drzwi, kobieta wprost bombarduje mnie informacjami dotyczącymi jej wczorajszego wieczoru.
  Poznała kogoś. Przystojny. Wysoki. Brunet. Ma na imię Derek… albo Sean. Sama nie wiem. Mówi tak szybko, że nie jestem w stanie zrozumieć połowy słów, a co dopiero je zapamiętać. Nie przerywa nawet, gdy na piątym piętrze dołącza do nas jakaś kobieta. Podobnie do mnie ma dość trajkotania Evans już po kilku sekundach.
  Dopiero, gdy wysiadamy na ostatnim piętrze, kończy swój wywód. Niesamowite jest to, jak dużo potrafi powiedzieć na jednym wdechu.
  - A co u ciebie? – pyta w końcu, a ja ledwo powstrzymuję śmiech. – Właśnie! Kochana, od tej twojej choroby ani razu nie spytałam, co ci w ogóle było. Jesteś pewna, że wszystko w porządku? Może powinnaś zostać w domu jeszcze przez chwilę… może tydzień albo dwa.
  Ostatnio nie widywałyśmy się zbyt często, obie byłyśmy zajęte swoimi obowiązkami. Ja dodatkowo nie miałam ochoty z nią rozmawiać, chyba bym nie potrafiła. Kilka dni zajęło mi przyswojenie faktu, że żadna osoba, którą mijam, nic nie wie o moim romansie z ich szefem. Kiedy z kimś rozmawiałam, nie opuszczało mnie wrażenie, że wszyscy wiedzą, co robimy i mają do mnie o to pretensje. Potrzebowałam trochę czasu, by ostatecznie wybić sobie te głupstwa z głowy.
  - Nie musisz się martwić, czuję się dobrze – odpowiadam, posyłając w jej stronę słaby uśmiech. Wiem doskonale, iż stan mojego zdrowia jest prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaka ją w tym momencie obchodzi. Mimo że świetnie potrafi ukryć swoją niechęć do każdej kobiety, która częściej od niej spędza czas w towarzystwie Christiana, jej przesadne zainteresowanie moją osobą za każdym razem ją zdradza.
  O wilku mowa.
  Brewer właśnie pojawia się w zasięgu wzroku. Rozmawia przez telefon, więc jedynie uśmiecha się w naszym kierunku. Przez cały weekend się z nim nie widziałam. Wymieniliśmy kilka SMSów i połączeń, lecz nie jest to dla mnie wystarczające. Chcę go wreszcie dotknąć, pocałować.
  Zachowuję się jak nieszczęśliwie zakochana nastolatka, doskonale o tym wiem. Mimo to nic nie próbuję z tym zrobić. Jestem dla niego jedynie przygodą, chwilą zapomnienia. Gdy tylko najdzie go ochota, może odprawić mnie z kwitkiem i momentalnie znaleźć pocieszenie w ramionach innej – piękniejszej i milion razy lepszej ode mnie. Wolę jednak łudzić się, że moja bajka tak szybko się nie skończy, a w jakiś sposób jestem dla niego ważna… że coś znaczę.
  Nie wiem, może mu na mnie zależy. A może jestem tylko kolejną łóżkową zabaweczką. Życie jest za krótkie, by nad wszystkim gruntownie się zastanawiać. Mam teraz swoje pięć minut i zamierzam wykorzystać je najlepiej, jak potrafię.
  Chociaż potem będę cierpieć. I to bardzo.
 Od autorki: Przyznam szczerze, rozdział jest nudny i prawie wcale nic się w nim nie dzieje. Okej, wcale, za co przepraszam, ale to celowy zabieg. Mam jednak nadzieję, że się tym nie zrazicie i chwilkę poczekacie, bo szykuję dla Was coś naprawdę dużego:) Jak na razie trzymam się terminów, oby tak było przez dłuższy czas. Nie będę się za bardzo rozpisywać, bo po prostu nie mam specjalnie czasu, a torba z książkami tylko czeka na wypakowanie i rozpoczęcie nauki. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć Wam powodzenia w szkole i jak najlepszych ocen. Nie dajcie się, trzymam kciuki!

L x