sobota, 29 sierpnia 2015

Twenty / Be careful what you wish for

 
'Ten, kto nie ma poczu­cia dos­ko­nałości, za­dowa­la się spo­kojną przeciętnością' 


  Powoli unoszę powieki, lecz jestem chwilowo oślepiona przed promienie słońca, które wdzierają się przez okno do mojej sypialni. Podpieram się na łokciach, dostosowując do nowej pory dnia. Odruchowo sięgam po telefon. Nie ma go. Przecież zawsze zostawiam urządzenie na stoliku nocnym, by rano obudzić się wystarczająco wcześnie. Powinien tam być. Na pewno położyłam go w innym miejscu, więc nie muszę się niczym martwić. Obym tylko nie zaspała. Przeczesuję palcami włosy, rozglądając się po pomieszczeniu.  Widzę tylko porozrzucane ubrania walające się po podłodze. Nie są tylko moje… męska koszula, bokserki…
  Jasna cholera. To nie jest moja sypialnia.
  Nie jestem w swoim łóżku… nawet nie w swoim domu! Obok mnie ktoś jeszcze śpi. I to nie byle kto. Christian Brewer w dalszym ciągu trzyma rękę na moim nagim brzuchu. Cudem powstrzymuję się od panicznego krzyku, zakrywam usta dłonią i patrzę na mężczyznę z przerażeniem. Po raz drugi ten człowiek mnie upił, tylko teraz posunął się o krok dalej. Sprawił, że mu się oddałam. Spędziłam noc z własnym szefem. Do reszty już straciłam rozum.
  Pieprzony Dylan. Pieprzone papiery. Pieprzone wino.
  - To są chyba jakieś żarty – mówię do siebie. Mam ochotę się rozpłakać, popełniłam właśnie najgorszy błąd w swoim życiu.
  Teraz moim celem staje się jak najszybsza ucieczka z tego domu. Nawet nie wiem, która jest godzina. Powoli wstaję z łóżka, uważając, by przez przypadek go nie obudzić. Nie chcę z nim teraz rozmawiać. Ani teraz, ani już nigdy. W pośpiechu zbieram swoje rzeczy, ubierając się. Nie mam czasu myśleć, jak wyglądają teraz moje włosy, później będę się o to martwić. Nie opuszcza mnie wrażenie, iż coś jest nie tak… ale po prostu ta sytuacja jest chora.
  Nie mam butów, wprost idealnie. Wychodzę więc z pomieszczenia na boso, zostawiając otwarte drzwi. Mogłabym tym narobić zbyt wiele hałasu. Widzę swoje szpilki dopiero na środku salonu, dzięki Bogu, że jednak je znalazłam. Jest też torebka z telefonem w środku. Godzina siódma piętnaście. Nie jest tak źle, jak myślałam. Wczesne pobudki weszły mi w nawyk.
  Gdy jestem praktycznie przy drzwiach, dochodzi mnie pewien głos. Momentalnie przystaję, boję się odwrócić. Wszystko, tylko nie to. Jak mogłam go obudzić? Przecież zachowywałam się cicho! Ale zaraz… to nie Christian. To jakaś kobieta.
  - Nie zje pani śniadania? – pyta uprzejmie. Powoli odwracam się w jej stronę, siląc na przejmy uśmiech. Stoi przede mną średniego wzrostu szatynka, ma około czterdzieści lat. Włosy sięgają jej do ramion, prawą stronę założyła za ucho, odsłaniając twarz. Jest bardzo ładna, ubrana w jasne rurki podkreślające sylwetkę i niebieską koszulkę z krótkim rękawem.
  - Nie, dziękuję – odpowiadam po chwili. Czuję suchość w gardle, a smakowity zapach z kuchni jedynie potęguje to wrażenie. O tak, jestem głodna, marzę o jakimś posiłku, ale nie zamierzam zostać w domu Christiana ani minuty dłużej. – A pani to…
  - Pomoc domowa pana Brewera – i wszystko jasne. Mimowolnie oddycham z ulgą, śmiejąc się z własnej głupoty. Jak ja mogłam pomyśleć, że… zresztą to nie jest ważne. Muszę wyjść. Teraz. – Jest pani pewna?
  - Tak, przepraszam, ale śpieszę się do pracy – informuję, żegnając się z kobietą. Jestem roztrzęsiona i słaba, nawet mała torebka staje się niewyobrażalnie ciężka. Nie, to nie mogło zdarzyć się naprawdę… nie miało prawa! Na dwóch pocałunkach nasze bliskie relacje miały się zakończyć, a tymczasem spędziłam z nim noc. Zachowałam się jak zwykła dziwka.
  Chociaż nie. Pani lekkich obyczajów nie miałaby żadnych wyrzutów sumienia po opuszczeniu apartamentu Brewera. Uśmiechnęłaby się, odebrała wynagrodzenie i zadowolona wyszłaby na ulicę w poszukiwaniu kolejnego klienta. Ja czuję obrzydzenie do samej siebie, wstydzę się tego, z kim i co zrobiłam. Nie wyobrażam sobie, jakim cudem będę w stanie przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.

  Gdy staję w progu własnego mieszkania, mam nieodpartą ochotę zdemolowania całego miejsca. Skąd się wzięła, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że muszę się wyładować, jestem zła na samą siebie, ale też na Christiana. Wykorzystał mnie, w przeciwieństwie do mnie na pewno wiedział, co robi. Nie protestowałam, więc on też się nie zawahał. Co z tego, że byłam pijana, przecież tak najłatwiej namówić kobietę do zrobienia czegokolwiek. Pamiętam tylko początek. Weszłam do salonu, zaczęliśmy rozmawiać i pić wino, usiadłam mu na kolanach.
  Dlaczego ja to w ogóle zrobiłam? I dlaczego nie reagowałam, gdy prowadził mnie do sypialni? Boże, podobało mi się to. Wcale się sobie nie dziwię, lecz i tak mogłam coś zrobić. Przecież zawsze starałam się w jego obecności zachować zdrowy rozsądek. Ale nie, po co? Lepiej się upić i przespać z własnym szefem.
  Brawo, Anastasio. Jak zwykle pokazałaś klasę!
  Dochodzi do mnie fakt, że za kilkadziesiąt minut powinnam pojawić się w pracy. W miejscu, gdzie będzie Christian… i Stella. I Kevin. Szlag by to wszystko trafił. Z nerwów zaczyna boleć mnie brzuch, jeszcze tego mi brakowało. Nie mam żadnych tabletek, a wyjście do ludzi tymczasowo nie wchodzi w grę, więc koniec końców muszę to jakoś przetrwać. Sama, bez niczyjego towarzystwa.
  Najpierw się przebiorę, a potem zadzwonię do Clarie, mówiąc, że zachorowałam i nie pojawię się dzisiaj. Nie udowodni mi kłamstwa, jeśli będę dostatecznie przekonująca. Każdego może znienacka dopaść grypa, prawda? Tak, to brzmi jak dobry plan. Chociaż, znając mnie, na pewno coś spieprzę. Nie będzie to zbyt wielkie zaskoczenie.
  Kieruję się do sypialni, szukając jednocześnie telefonu w torebce. Zastanawiam się, czy w pośpiechu niczego nie zapomniałam. Wątpię, wszystko jest tam, gdzie powinno być. No, może nie wszystko…
  - Kurwa! – krzyczę zdenerwowana swoją własną głupotą. Prawdopodobnie tylko ja mogłam zapomnieć ubrać biustonosz. Mam ochotę jednocześnie wybuchnąć śmiechem i się rozpłakać. To nie dzieje się naprawdę, nie ma mowy. Za chwilę obudzę się z tego koszmaru i szybko o tym zapomnę. Jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłam? Byłam za bardzo pochłonięta myślą, by stamtąd uciec, więc nie zawracałam sobie głowy sprawą tak błahą jak część garderoby.
  Teraz moja bielizna znajduje się na samym środku sypiali Christiana Brewera. Będzie miał niemałą niespodziankę, gdy wreszcie się obudzi. Podziwiam samą siebie, naprawdę.
  - Annie, co tam? – po wzięciu długiego prysznica i zmienieniu ubrań dzwonię do rudowłosej, kilka razy powtarzając w myślach bajeczkę, którą dla niej przygotowałam.
  - Cześć, Clarie – nawet nie muszę starać się, by mój głos brzmiał słabo. Ledwo jestem w stanie wykrztusić parę słów. – Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Możesz powiedzieć Christianowi, że dzisiaj mnie nie będzie? Nie wiem, co się stało, okropnie się czuję. Chyba dopadła mnie grypa.
  - Biedaczko, oczywiście, że powiem! – natychmiast odpowiada. Jest zmartwiona moim rzekomym stanem, przez co dopadają mnie wyrzuty sumienia. Nie powinnam jej okłamywać, lecz to konieczne. Może kiedyś jakoś uda mi się tę sprawę wytłumaczyć…
  - Dzięki, ratujesz mi życie.
  - Nie ma sprawy, a teraz do łóżka i się kuruj! – nakazuje.
  Dopiero po zakończeniu rozmowy mój żołądek kolejny raz upomina się o śniadanie. Na siłę wmuszam w siebie pół jabłka i kilka łyżeczek jogurtu naturalnego. Mimo iż jestem głodna, nie dam rady przełknąć nic więcej. Czuję się tak, jakbym za chwilę miała zwymiotować.
  Brzydzę się siebie i swojego ciała, jestem brudna. Co teraz Christian o mnie pomyśli? Ma mnie za łatwą idiotkę, której wystarczy kieliszek wina, by wylądować w łóżku z mężczyzną. Będziemy musieli porozmawiać, ale nie w najbliższej przyszłości. Muszę się na to jakoś mentalnie przygotować i przemyśleć, co mam zamiar mu powiedzieć. Szczerze mówiąc, najchętniej uniknęłabym tego, ale nigdy mi się to nie uda. Pracuję dla niego… to znaczy – pracowałam. Zwolni mnie? Być może, choć nie wiem, czego się spodziewać. Teraz muszę przeżyć ten dzień i poradzić sobie z wzmożoną niechęcią do całego świata, a od jutra zacznę na nowo.
  Wcale nie wykluczone, że od poszukiwania nowej pracy.


~*~


  Całe przedpołudnie spędzam przed telewizorem, wmuszając w siebie kolejną porcję owoców i kubek mocnej kawy, która i tak nie stawia mnie na nogi. Skaczę po kanałach w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego, lecz i tak na każdy program poświęcam góra parę sekund. Zadzwoniłabym do Jack’a, ale to nieodpowiedni moment. Załatwia wszystkie formalności z przejęciem nowego stanowiska i odejściem ze starego, a za dwa dni z powrotem musi stawić się w Seattle. Dzięki Bogu, że tylko na jeden dzień, dłużej bym bez niego nie wytrzymała. Ariana także jest w pracy, więc nie będę jej ściągać tylko z powodu moich problemów ze sobą.
  Każdy normalny człowiek o tej godzinie poświęca się obowiązkom. Nie ja. Wolę unikać swojego szefa, nie wychodząc nawet na ulicę. Zachowuję się dziecinnie, doskonale o tym wiem. Nie mam jednak innego wyjścia. Po co być normalnym człowiekiem?
  W porze obiadu ogarniam kuchnię pogardliwym wzrokiem. Nie ma szans, bym przełknęła choć jeden kęs. Mój żołądek jest związany w supeł i nie chce przyjmować pożywienia. Zdziwiona spoglądam w kierunku drzwi, gdy ktoś dobija się do mieszkania. Spoglądam na zegarek i wzdycham zrezygnowana. Jest pora lunchu, więc niewykluczone, że Daniels wyszła nieco szybciej i postanowiła mnie odwiedzić. Tylko jakim cudem dotarła tutaj tak szybko?
  - Dzięki, że przyszłaś, ale ja nie… - zaczynam i dopiero wtedy podnoszę wzrok na swojego gościa. – O Boże…
  Niemal podskakuję przestraszona, widząc Christiana. Miałam z nim porozmawiać jutro, a ten ot tak sobie przychodzi i niszczy mój plan. Szlag by go. Wszechświat bez wyraźnego powodu pała do mojej osoby szczerą nienawiścią.
  - Mogę wejść?
  - Clarie miała ci powiedzieć, że…
  - Powiedziała – ucina. – Ale wpadłem sprawdzić osobiście, jak się czujesz – dodaje, mierząc moje ciało wzrokiem. Przechodzą mnie ciarki. Krzyżuję ręce na piersi, chcę, by przestał.
  - I sprawdziłeś. Nie chcę być niegrzeczna, ale idź już. Źle się czuję. Obiecuję, jutro wszystko nadrobię, ale dzisiaj potrzebuję spokoju – mój głos brzmi na tyle żałośnie, że zaskakuję tym samą siebie. Obserwuję go, wyczekując jakiejkolwiek reakcji.
  - Ana, musimy porozmawiać, nie sądzisz? – wchodzi do środka, mimo moich protestów. Dlaczego nie może po prostu odpuścić? Nie chcę go tutaj. To mój mały azyl, gdzie nie powinien mieć wstępu.
  - Nie, Christian… proszę cię – niemal skomlę. Spogląda na mnie zaskoczony, nigdy nie widział mnie w takim stanie. Cofam się krok do tyłu, by uniknąć jego dotyku. Nie zniosę więcej, czy on tego nie widzi?
  - Ja cię proszę – mówi błagalnie. – Nie uciekniesz od tego.
  Niechętnie przyznaję mu rację, kiedyś będziemy musieli stanąć w twarzą w twarz. Jednak wolałabym, by to nie stało się dzisiaj. Ale raczej nie pozostawiono mi zbyt wielkiego wyboru. Mężczyzna nie ma zamiaru odpuszczać, więc wszelkie próby wyrzucenia go stąd okażą się bezcelowe.
  Oddychaj. Wdech i wydech…
  - Pięć minut – ulegam i prowadzę go wgłęb pomieszczenia. Przygryzam wnętrze policzka, czując metaliczny posmak krwi. Staram się zachować kamienną twarz, mimo iż już okazałam swą słabość. Ręce mi się trzęsą, ledwo utrzymuję równowagę. Jeśli szybko to załatwimy, za chwilę się go pozbędę. Nie mam zamiaru tego przeciągać. Powiemy sobie wszystko, co musimy, wyjaśnimy parę rzeczy i znowu zostanę sama.
  Pytanie tylko, czy aby na pewno tego chcę?
  - Dlaczego tak szybko mi uciekłaś? – pyta, wykonując krok w moją stronę. Stoimy zdecydowanie za blisko siebie.
  - Powinieneś być w pracy…
  - Ty też – stwierdza. – Ale obydwoje jesteśmy tutaj. Więc?
  Zbieram myśli, nie mam pojęcia, co mogę mu powiedzieć. Uciekłam, bo się wystraszyłam, bo popełniłam błąd, bo tego z całego serca żałuję… bo się go boję.
  - Jak ty sobie to wyobrażałeś? Zjemy razem śniadanie, odwieziesz mnie do domu, a potem znowu będziemy udawać, że nic się nie stało?! Przepraszam, ale ja tak nie potrafię.
  - Zamierzasz mnie teraz unikać?
  Dotyka mojej dłoni. Z początku chcę się cofnąć, lecz w ostateczności mu na to pozwalam. Tyle jeszcze jestem w stanie znieść.
  - Nie wiem – przyznaję szczerze. Pogubiłam się w tym wszystkim, muszę to jakoś poukładać, zanim będzie za późno.
  - Annie, ja… ja nie chciałem, żeby tak wyszło. Przepraszam cię – wygląda to tak, jakby żałował. Ale czego? Tego, że mnie wykorzystał, czy tego, że mam wyrzuty sumienia? – Chcesz, żeby nasza relacja opierała się tylko na kontaktach czysto zawodowych?
  - Właśnie tak to powinno wyglądać, Christian! – prawie krzyczę. Nie mam siły dłużej z nim rozmawiać, za chwilę może stać się coś, czego będę żałować. Znowu. – Jestem twoją sekretarką, a nie panienką do łóżka, kiedy znudzi ci się towarzystwo Rebecki.
  Otwiera usta, lecz przez moment nic nie mówi. Trafiam w jego czuły punkt, więc nie wie, jak dalej to rozegrać. No cóż, przynajmniej to mi się udało.
  - To nieprawda. Nie myśl tak o sobie, jesteś piękną kobietą – oponuje. Jedną ręką obejmuje moją talię, odbierając mi jedyną możliwość ucieczki. – Właściwie… coś u mnie zostawiłaś, nie pamiętasz?
  Nienawidzę go. Akurat teraz musiał sobie o tym przypomnieć, oczywiście.
  - Pięć minut minęło – informuję, uciekając wzrokiem po zakamarkach salonu. Wszędzie, byleby na niego nie patrzeć.
  - Mam sobie pójść? Zostawić się w spokoju? Tego chcesz?
  - Ja… ja… - z nerwów zaczynam się jąkać. Ten człowiek wywołuje u mnie całe mnóstwo sprzecznych emocji. Uśmiecha się, jest wyraźnie zadowolony. Triumfuje.
  - Tak też myślałem – mruczy pod nosem, biorąc w posiadanie moje usta.
  Wszystko dzieje się tak nagle, nie mam możliwości żadnej reakcji. Zaskoczona odwzajemniam gest, kładąc ręce na jego klatce piersiowej. Z początku jest delikatny, bada teren, upewniając się, czy aby na pewno nie mam nic przeciwko. Nie musi się obawiać, po raz kolejny jestem całkowicie na jego łasce.
  - To zły pomysł, wiesz o tym – szepczę, gdy na moment się od siebie odrywamy.
  - Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana – uśmiecha się chytrze, skradając jeszcze jeden pocałunek. – Pamiętasz coś?
  Szczerze? Tylko początek, gdy drzwi do jego sypialni się zamknęły. Potem jakby przez mgłę, wspomnienia są niekompletne.
  - Nie wszystko – przyznaję skruszona.
  - Kochanie, najwyższa pora ci przypomnieć….

Od autorki: Witam Was serdecznie podczas ostatniego wakacyjnego weekendu. Jak przygotowania do wtorku? Ja chyba wszystko mam, ale pewnie okaże się, że czegoś brakuje. Szczerze mówiąc, nigdzie mi się nie śpieszy:) Byle do czerwca. Idę do liceum, więc mam nadzieję, że wiecie, z czym się to dla mnie wiąże, jednak postaram się znaleźć na wszystko czas i dodawać rozdziały w miarę terminowo. Oby ten Wam się spodobał. Niewiele się tutaj dzieje, ale wszystko mam mniej więcej zaplanowane, więc proszę o trochę cierpliwości:) Przepraszam też, że nie skomentowałam wszystkich Waszych rozdziałów. Miałam dość dużo rzeczy na głowie, remont w pokoju i ogólnie mało czasu. Obiecuję, że dzisiaj i jutro postaram się to nadrobić.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać, więc życzę Wam udanego weekendu i żebyście jakoś przetrwali ten pierwszy tydzień! <3
CZYTAJ TEŻ NA WATTPADZIE

L x

wtorek, 11 sierpnia 2015

Nineteen / Impossible is possible

'Mądrzy są wszys­cy ci, którzy poz­na­li zarówno pot­rzebę, jak i gra­nice wie­dzy wszel­kiej i którzy zro­zumieli, ze miłość jest większa niż wiedza'
*Od razu ostrzegam, że rozdział nie jest odpowiedni dla wszystkich. Jeśli Ci to przeszkadza, przeczytaj jedynie do połowy. Dziękuję za uwagę*
   To złe, nigdy nie powinno mieć miejsca. Ale skoro tak, ja lubię być zła, wręcz uwielbiam. Tkwimy w tej pozycji jeszcze chwilę. Dziękuję Bogu, że drzwi są zamknięte i nikt nie może wejść. Zwłaszcza Stella, bo wtedy już nie byłoby mnie na tym świecie. Gorące wargi Brewera rozpalają moje ciało do granic możliwości, wręcz płonę. Płonę pożądaniem i nieodpartą ochotą, by mieć go jeszcze bliżej, najbliżej jak to tylko możliwe. Potrzebuję jego dotyku, pocałunków… jego całego.
  Czuję, że wreszcie dociera do upragnionego celu, ponieważ  jego prawa dłoń już dawno wspięła się powyżej wewnętrznej części mojego uda. Lewa zaś gładzi moje plecy. Wydaję z siebie cichy jęk, gdy wkrada się pod moją bieliznę. Nieznacznie pociąga ją w dół, doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości. Obejmuję go za szyję, wbijając w nią pomalowane paznokcie.
  - Nie wyobrażasz sobie, od jak dawna chciałem to zrobić – jego ściszony głos pieści moje ucho, coraz bardziej pobudzając wszelkie zmysły. Może ze mną uczynić, co mu się żywnie podoba. Staję się uległa, wystarczy tylko jeden gest z jego strony.
  - To biurko jest dość wygodne – mruczę, mając ogromną ochotę pozbawić go tej nieszczęsnej koszuli. Christian uśmiecha się chytrze, ciągle ponawiając wcześniej wykonywaną czynność. Rozszerza moje nogi, delikatnie popychając mnie na biurko.
  Nie dziwię się tym wszystkim kobietom, które przyciągane są do niego jak magnez. Przy nim każda może być spełniona i w pełni zaspokojona, choć ja nie poznałam jeszcze nawet ćwiartki z tego, co ten rządny mężczyzna potrafi. A chcę poznać i to w miarę jak najszybciej.
  - Bardzo mnie to cieszy, panno Crawford – odpowiada, zmysłowo przygryzając moją wargę. Cholerny Pan Idealny znowu to robi. Znowu sprawia, że najchętniej przeniosłabym się z nim gdzieś, gdzie nikt by nas nie znalazł. Tutaj wystarczy jeden dźwięk telefonu, by bańka mydlana natychmiast prysła.
  Jęczę prostu w jego usta, gdy ociera palcami o moją kobiecość, przez co mam ochotę zacisnąć nogi. Nie mogę jednak tego zrobić, jestem unieruchomiona. Prawdę mówiąc, podoba mi się to. Aż za bardzo.
  Chociaż w głębi duszy niepoprawnie skaczę ze szczęścia, fala wątpliwości przewija się przez mój umysł, siejąc w nim mętlik. To mój szef, a ja nic dla niego nie znaczę. Po prostu chwila rozrywki. Czuję się łatwa… i taka z całą pewnością jestem. Jak zwykła dziwka, która puszcza się z pierwszym lepszym. Niedawno obawiałam się wspólnego wyjścia na kawę, a teraz nawet się go nie wstydzę. Widział mnie już w bikini, lecz to nawet w połowie nie może równać się z obecną sytuacją.
  - Cudownie smakujesz – stwierdza, odrywając się ode mnie, a następnie składa na mojej szyi masę delikatnych i niedbałych pocałunków. – Cała jesteś cudowna.
  Mogę z całą pewność stwierdzić, że moje policzki właśnie stają się czerwone, czuję, jak temperatura w pomieszczeniu wzrasta o kilkanaście stopni.
  Uśmiecham się triumfalnie, sama nie wiem, czemu to robię. Sprawia mi to satysfakcję, choć zdaję sobie sprawę, że niedługo będę musiała wrócić do rzeczywistości. Ale to w tej chwili kolejna sprawa, którą spycham na dalszy plan. Liczy się on i ta chwila, kiedy na chwilę oboje możemy zapomnieć, że właśnie uczestniczymy w największym błędzie naszego życia.
  Kontynuuje swoje ruchy, lecz dla mnie to już za mało. O wiele za mało. Chcę więcej, tu i teraz. Nie obchodzi mnie, że ktoś może chcieć tu wejść.
  - Mamy mało czasu. Chętnie zrobiłbym to teraz, ale chcę się tobą nacieszyć – szepcze mi wprost do ucha, a następnie je przygryza, powodując u mnie dreszcz.
  Puszcza mnie i cofa się o mały krok, choć i tak dalej stoi bardzo blisko. Przygląda się mojej osobie z lubieżnym uśmieszkiem. Widzę w nim oczarowanie, ale też pragnienie i nieposkromioną namiętność, której mam tak wielką ochotę doświadczyć. Mój oddech dalej jest nierówny, lecz staram się go uregulować. Odwzajemniam jego gest, przekrzywiając głowę nieco w prawą stronę. Chcę, żeby dokończył, co zaczął, choć na razie nie mam na co liczyć. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przecież nie jesteśmy tu sami! Może i zamknął drzwi, ale w żadnym razie nie zmienia to faktu, że ktoś może zadzwonić lub chcieć się z nim widzieć właśnie w tej chwili, na przykład Dylan, by zatwierdzić umowę z Tajwanem, nad którą jeszcze dziesięć minut temu pracowaliśmy.
  - A może ja chcę, żebyś zrobił to teraz? – pytam, zmysłowo przygryzając dolną wargę. Mężczyzna z trudem powstrzymuje się, by nie ponowić ostatniej czynności.
  Crawford, opanuj się!
  - Mogę ja ją ugryźć? – czuję, że jakaś niewidzialna siła rozsadza mnie od środka. Nagle chcę stąd uciec najdalej jak to tylko możliwe. Nie będę potrafiła spojrzeć mu w oczy, nie po czymś takim. Tego tak łatwo nie uda nam się wyjaśnić i ustalić, że nigdy nie miało miejsca. A zresztą…
  Pieprzyć to.
  Kręcę przecząco głową, ciągnąc rąbek krawata, dzięki czemu możemy prawie stykać się nosami. Jego dłonie spoczywają po obu stronach biurka, odgradzając mi drogę ucieczki. Jest tylko jeden problem – nie jestem pewna, czy na pewno chcę uciekać.
  - Panno Crawford, niesamowita z pani kokietka – mruczy. Najchętniej starłabym mu z twarzy ten  uśmieszek. – Powinienem coś z tym zrobić.
  - Przykro mi, panie Brewer. Mam dużo pracy… może kiedyś – rzucam niedbale, wreszcie znajdując w sobie na tyle samozaparcia, by wyśliznąć się z jego ramion. Zeskakuję z biurka i rozglądam po pomieszczeniu, nie wiem dlaczego, ale coś mi nakazuje. Jakbym bała się, że jednak nie jesteśmy tu sami, że ktoś przez cały czas nas obserwuje, a co najgorsze, za chwilę wpadnie tu Rebecca i zmiesza mnie z błotem. Tak, tego boję się najbardziej.
  Wychodzę z biura, zostawiając Christiana w całkowitym osłupieniu. Dobrze mu tak. Czuję na sobie jego wzrok. Odwracam się ostatni raz i spoglądam na niego porozumiewawczo, przez co uśmiecha się szelmowsko.
  - Dokończę to, co zacząłem. Bądź pewna.
  - Trzymam cię za słowo – kończę, zamykając za sobą drzwi.
  Zmieniłam zdanie. Natychmiast potrzebuję kawy. Dużego kubka najmocniejszej kawy na rynku, bez niej umrę.
  Spoglądam na swoje biurko, nikt nie dzwoni ani nie leżą na nim żadne papiery, które musiałabym przekazać szefowi. Chociaż kolejna wizyta w jego biurze zapowiada się interesująco.

~*~

  Do końca dnia ani razu nie zostajemy sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Zwyczajnie się tego boję. Towarzyszę mu na zebraniu, podczas którego ledwo kontaktuję ze światem. Co chwilę jego wzrok wędruje na mnie, przez co brakuje mi tchu. Niewinnym gestem potrafi rozpalić moje ciało do czerwoności. Coś tu jest nie tak. Od razu spuszczam wzrok, a on chytrze uśmiecha się pod nosem. Zachowuje się tak, jakby sytuacja sprzed kilku godzin nie miała miejsca. Też powinnam to zrobić, takie rozwiązanie wyjdzie mi na dobre.
  Widzę, jak wychodzi, posyłając mi ujmujące spojrzenie. Dzisiaj już go nie zobaczę. Jest umówiony z przedstawicielami spółki Paxton Inc., a od razu potem wraca do domu. Przynajmniej tak mi się wydaje… może być przecież umówiony na kolację z Rebeccą.
  Jak mogłam przez chwilę pomyśleć, że jestem lepsza od niej?
  Udaję, że jestem obojętna na jego gierki, choć wcale tak nie jest. Chcę znaleźć się znowu z nim za zamkniętymi drzwiami, pozwalając mu, by znowu to zrobił… by znowu wziął mnie sobie na własność.

  Chwała Bogu, moje obowiązki na dzień dzisiejszy dobiegają końca. Spoglądam na zegarek, dwudziesta trzydzieści osiem. Nie ma co, już dobrych kilku godzin powinnam być w domu, ale cóż… Miałam dzisiaj dużo pracy, a niespodziewanie wstąpiła we mnie duża dawka energii. Nie powinnam jednaknarzekać. Osobiście umawiałam Christiana na co najmniej z sześć spotkań w dniu jutrzejszym. No, nie zazdroszczę mu.  
  Clarie pojawia się obok mnie z dwoma kubkami latte macchiato, jeden z nich ląduje w mojej prawej dłoni. Wiem, że nie powinnam, ale pokusa jest zbyt wielka. Gorące mleko i kremowa mleczna pianka przesycona pysznym kawowym smakiem, bez tego mój dzień po prostu nie istnieje.
  - Idziemy? Muszę ci powiedzieć o czymś mega-ważnym! – jej piskliwy głosik niesie się praktycznie po połowie piętra. Śmieję się, sięgając po marynarkę. W pewnej chwili dostrzegamy Dylana. Też dopiero wychodzi, właśnie kończy rozmowę przez telefon. W dłoni trzyma niebieską teczkę z jakimiś dokumentami, zapewne praca do domu.
  - Ana, wiem, że cię tym zdenerwuję, ale czy mogłabyś wstąpić do Chris’a i zanieść mu to? – pyta przepraszającym tonem, podnosząc do góry papiery. – Bez jego podpisu nie możemy działać. Dziś o trzeciej w nocy lecę do podlegającej nam spółki w Memphis, więc nie będę się z nim widział, a Smith i Willson wpadają tu bardzo wcześnie.
  Chcę rzucić mu się na szyję i gorąco ucałować, ale nie robię tego. Nie okłamujmy się, wyglądałoby to dość niecodziennie i po prostu… dziwnie.. Mam pretekst, by znowu spotkać się z Brewerem. Wykorzystam go najlepiej jak potrafię. Potrzebuję go, potrzebuję, by dziś w nocy mnie kochał. Chociaż ten jeden jedyny raz.
- Tak, jasne. Nic się nie dzieje – mówię uśmiechnięta, przejmując od niego teczkę. Żegnamy się z Mellarkiem, który jak na złość zapomniał telefonu i obie kierujemy się w stronę windy.
- A myślałam, że skoczymy na drinka – wzdycha zrezygnowana Daniels.
- Następnym razem – klepię ją po ramieniu, śmiejąc się z jej smętnego wyrazu twarzy. – O co chodzi? Miałaś mi coś powiedzieć.
- To sprawa do obgadania przy dobrym martini – zaprzecza kategorycznie. Słyszę w jej głosie zdeterminowanie, chyba to coś naprawdę ważnego. – Nie dowiesz się, jeśli się nie napiję. Może jutro się uda. Zabierz Arianę, jej też to dotyczy!
  Od początku mojej pracy tutaj zaprzyjaźniłam się z rudowłosą. Nawet Parks znalazła z nią wspólny język, z czego jestem ogromnie usatysfakcjonowana. We trzy dobrze się rozumiemy i zanosi się na to, że tak już zostanie.
  - Zapamiętam… to do jutra – ucinam, gdy dostrzegam na parkingu swój samochód.

  Po kilku minutach jestem na miejscu. Piąta Aleja, jedna z najdroższych ulic świata i centrum Manhattanu. Szybko znajduję miejsce do parkowania, chwytam niebieską teczkę i staję na chodniku, wznosząc wzrok w górę, tak bym mogła dostrzec ostatnie piętro wielkiego apartamentowca. Wchodzę do środka i witam się z recepcjonistą, który lustruje mnie wzrokiem. Chyba nie przypadłam mu do gustu, ale cóż… to nie jemu mam się podobać.
  - Jakby te dokumenty były czymś bardzo ważnym – prycha zirytowany musem nocnego dyżuru, na co skarżył się przez telefon, gdy wchodziłam do lobby. Nie mam czasu nawet rozejrzeć się dookoła, chcę już znaleźć się u celu.
  - Bo są, a teraz przepraszam – warczę zirytowana, podchodząc do windy, i wciskam guzik. Gdy stalowe drzwi zamykają się za mną, moim ciałem zaczynają targać wątpliwości.
  O czym ja myślę? Że gdy mnie zobaczy, od razu wyląduję w jego sypialni?! Mogę sobie jedynie pomarzyć, bo ta sytuacja z biura na pewno była jednorazowa i nie powtórzy się już nigdy więcej.
Gdy drzwi do apartamentu zaczynają się otwierać, tracę ostateczną szansę na ucieczkę. Przed oczami staje mi Christian, idealny jak zwykle. Ciemna koszula z rozpiętymi pierwszymi guzikami i jeansy sprawiają, że jest jeszcze bardziej seksowniejszy niż te parę godzin temu.
  Najchętniej rzuciłabym się na niego, lecz powstrzymuję to pragnienie ostatnią resztką silnej woli. Mężczyzna lustruje mnie wzrokiem od stóp do głowy, aż czuję jak oczyma wyobraźni w brutalny sposób pozbawia mnie ubrań i wyrzuca je w najdalszy kąt. Nie ukrywam, ta perspektywa jest cholernie kusząca, zaczyna podobać mi się coraz bardziej.
  - Już się stęskniłaś? - pyta wyraźnie zadowolony z mojej wizyty.
  Wyjmuję zza siebie niebieską teczkę z dokumentami.
  - Dylan nie mógł ci ich dać, ale od czegoś jednak masz sekretarkę - stwierdzam niewinnym tonem, przez który chytry uśmieszek na jego twarzy powiększa się z każdą chwilą. Odbiera ode mnie papiery, niby przypadkiem muskając moją lewą dłoń.
  - Może wejdziesz? Umilisz mi wieczór - proponuje, na co z chęcią przystaję. Wpuszcza mnie do środka i wskazuje kierunek, gdzie mam się udać. Idzie za mną, cały czas czuję jego wzrok na sobie Może i nie powinnam tego robić, ale nawet mi należy się chwila przyjemności.
  Siedzę na sofie w jego dużym, przestronnym salonie i czekam, aż wróci z trunkiem, po który przed chwilą się udał. Widzę go z butelką czerwonej cieczy w jednej dłoni i dwoma kieliszkami - w drugiej.     
  Stawia wszystko na szklanym stoliku, przez co mogę dokładnie odczytać nazwę alkoholu. Chateau Pichon Longueville Comtesse de Lalande, rocznik dziewięćdziesiąty szósty. Nie znam się na tym zbytnio, lecz skoro Christian ma je u siebie, na pewno jest tego warte.
  Otwiera butelkę, rozlewając do szklanych naczyń.
  - Za co pijemy, panno Crawford?
  - Za przyjemne spędzenie czasu, panie Brewer - odpowiadam, kosztując odrobinę. Muszę przyznać, że Jack naprawdę zna się na rzeczy, to jest przepyszne!
  Rozmawiamy, cały czas popijając wino. Śmieję się z jego żartów i całkowicie relaksuję. Jest dobrym rozmówcą, zawsze potrafi znaleźć jakiś temat. O wcześniejszym incydencie na razie nie ma zamiaru wspomnieć, jestem mu ogromnie wdzięczna. Nie potrafię o tym mówić, szczególnie z nim. Pyta mnie o moje początki w Nowym Jorku, Henry'ego, dawnych znajomych, uczelnię, ale też o rodziców i Toby’ego, o którym jednak mówię dość niechętnie. Nie mogę mu przecież o tym powiedzieć, on nie ma prawa wiedzieć. Ja też dowiaduje się o nim ciekawych rzeczy. O Joyce, Sebastianie i wzajemnych relacjach wprawdzie wiedziałam już wcześniej, ale teraz poznaję je nieco bardziej wnikliwie. Zdaję sobie sprawę, że z jego siostrą mam kilka wspólnych cech – przynajmniej on tak twierdzi, bo według mnie nie jestem ani wygadana, ani pewna siebie, a już stanowczo nie otwarta na ludzi.
  Zanim się spostrzegam, druga butelka Chateau Pichon staje się pusta, ale nam jeszcze nie jest mało. Przynajmniej jemu, ma niesamowicie mocną głowę, albo takie tylko sprawia wrażenie, bo ja już praktycznie nie wiem, gdzie się znajduję. Otwieram się całkowicie, nie kontrolując tego, co mówię. Chyba żadne z nas nie zdaje sobie sprawy, kiedy ląduję na jego kolanach i chichoczę jak wariatka bez konkretnego powodu. Czy kieliszek wina może być tak zabawny?
  - Przykro mi, ale większość facetów to kretyni.
  - Nie znasz wszystkich, nie możesz oceniać - karci mnie po chwili, lecz jest wyraźnie zaintrygowany moim stanowiskiem, gdy poruszamy temat związków.
  - Znam wystarczającą ilość, by stwierdzić, że osiemdziesiąt procent z nich to zwykli idioci, którym kobieta potrzebna jest tylko do łóżka- warczę, a kolejny łyk krwistoczerwonego trunku przepływa przez mój przełyk.
  - Czasami to właśnie kobieta sama wskakuje nam do łóżka, a potem to MY jesteśmy ci źli - oponuje, czym lekko mnie denerwuje.
  - Zarzuca mi pan, panie Brewer, że wskakiwałam do łóżka facetom, jak to pan ujął, i to JA zawiniłam, gdy zostawiali mnie po jednej nocy?! - pytam kąśliwie, lecz wiem, że akurat nie mnie ma na myśli.
  - Tamci to idioci, racja. Zostawiając taką piękną kobietę jak pani, panno Crawford, robili największy błąd w życiu. Druga taka Annie się już nie trafi - mruczy, sunąc dłonią po mojej lewej nodze. Dochodzi do uda, lecz go powstrzymuję. Nie chcę powtórki sprzed kilku godzin, gdy skończył, zanim zdążyłam się obejrzeć. Zdaję sobie sprawę, że potrafi spełnić nawet najbardziej wybredną kochankę, chcę tego zakosztować. Choć raz należeć do niego, na jedną noc, by jutro wrócić do szarej rzeczywistości. Oczywiście nie kwestionuję jego wierności do Rebecci, bo jako sekretarka spędzam z nim dość sporo czasu i widzę, że nigdy nie ogląda się za krótkimi spódniczkami i głębokimi dekoltami, czego w firmie jest pokaźna liczba. Nie jestem jednak pewna, czy Calvano jest taka wobec niego. Widzę, że zależy jej tylko na jego milionach, każdy to widzi... niestety, oprócz niego.
  Ale czy sytuację z biura można nazwać zdradą z jego strony? Pocałował mnie, ale do niczego więcej nie doszło. To znaczy, chyba nie, dalej nie wiem, jak powinnam odebrać to, co ze mną zrobił.
  - Cóż za odważne słowa - posyłam mu chytry uśmieszek, kręcąc na palcu kosmyk jego włosów. - Ta pusta blondi ma szczęście, chyba aż za duże.
  Nie zwracam uwagi na to, że tak ją nazwałam, nie dbam o to. Nikt nie ma prawa mnie usłyszeć, przecież nigdzie nie ma podsłuchu. Na początku myślę, że mi się dostanie, lecz nic takiego się nie dzieje. Nic nie mówi, lecz czyny są wyraźniejsze od słów. Jego dłoń dochodzi do końca mojej sukienki. Wkrada się pod nią z wyraźnym zamiarem, którego ja oczekuję z zapartym tchem.
  Markotnieję, gdy przerywa wykonywaną czynność i podaje mi swój kieliszek, bym oba odstawiła na stolik. Prosi mnie, bym wstała, tak też robię. Chwyta moją drobną dłoń i prowadzi w głąb apartamentu.
  - Proponuję małą wycieczkę - szepcze ściszonym głosem, przyprawiając mnie o dreszcze. Ledwo stoję na nogach, ale i tak wolnym krokiem idę za nim.
  - Gdzie zaczynamy?
  - Co powiesz na moją sypialnię? - pyta, na co niemal się nie przewracam. On naprawdę mnie chce, mnie! W jego sypialni, w jego łóżku. Muszę odmówić, lecz zdrowe zmysły opuszczają mój mózg już całkowicie. Jestem podatna na każdą jego sugestię, powoli staję się jego uległą.
Każdy krok w tych szpilkach jest niczym tortura. Ściągam więc buty, zostawiając jeden i drugi na podłodze.
  - A ty jesteś w tych dwudziestu procentach?
  - Przekonasz się jutro rano - odpowiada, otwierając drzwi do pomieszczenia. Momentalnie przyciska mnie do zimnej ściany, wpijając się w moje usta i dokładnie badając językiem podniebienie. Bez problemu radzę sobie z dziesięcioma nieprzyjaciółmi na jego koszuli, którą szybko zsuwam na podłogę. Widzę idealnie wyrzeźbioną klatkę piersiową, na co aż zapiera mi dech.
  Ciało też ma idealne.
  Zaczynam wodzić po niej dłońmi, podczas gdy wargi Brewera żarliwie muskają moje. Przyciąga mnie do siebie, prowadząc obok łóżka, na które lekko mnie popycha. Podpieram się na łokciach, czekając na kolejny ruch. Nachyla się nade mną, odbierając mi drogę ucieczki poprzez rozmieszczenie rąk po obu stronach mojego ciała. Spoglądamy sobie w oczy, jakbyśmy szukali czegoś cennego. Ale przecież już to mamy... mamy tę chwilę, której nic i nikt nam nie odbierze. Fakt, rano na pewno będę żałować i prawdopodobne jest też to, że niczego nie zapamiętam, ale wiem jedno. Dla chociażby jednej nocy z Christian’em mogę poświęcić wiele, bo zdaję sobie sprawę, że będzie to najlepsza w moim dotychczasowym życiu.
  Szybko pozbawia mnie sukienki, odszukując z boku zamek i boleśnie powoli rozsuwając go do samego końca. Materiał opada na podłogę, przez co prezentuję się mu jedynie w skąpej, koronkowej bieliźnie, czym wywołuję kokieteryjny uśmiech na jego twarzy. Ma ochotę mnie dotknąć, widzę to, lecz zamierzam się z nim trochę podroczyć. Siedzimy na skraju, więc przesuwam się w stronę poduszek, on jednak błyskawicznie znajduje się koło mnie, wręcz brutalnie biorąc w posiadanie moje usta. Dobitnie prosi o pozwolenie do dalszego działania, więc rozchylam wargi, a jego język zaczyna pieścić moje podniebienie.
  Jedyną rzeczą, jaka mi przeszkadza, są jego spodnie, których mam zamiar go pozbawić. Zamieniam nas miejscami i teraz to ja przejmuję kontrolę. Składam delikatne pocałunki na jego szyi i torsie, schodząc coraz niżej. Christian bacznie mnie obserwuje, jest pełen pożądania, które za chwilę uwolni, czyniąc mnie najszczęśliwszą kobietą na świecie. Niestety, to, co najbardziej chce zobaczyć jest jeszcze ukryte pod bielizną, lecz to tylko kwestia paru minut. Ta część mojej garderoby zaczyna wadzić i mi i jemy. Usadawiam się na jego udach, powoli rozpinając pasek, a następnie guzik. Chcę go poczuć, najszybciej jak to tylko możliwe. Zsuwam spodnie, by od razu wyrzucić je na podłogę.
  Brawo, Ana. Gratulacje, cieszę się jak dziecko z upragnionej zabawki, widząc duże wybrzuszenie na bokserkach.
  - Cholera, jesteś taki duży – jęczę. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze.
  Dotykam go, lecz od gumki jego bielizny trzymam się z daleka. Słyszę jak cicho wzdycha i uśmiecham się triumfalnie. On naprawdę mnie chce.
  - Ile mam na ciebie czekać, kochanie? - zmysłowy szept Brewera przyprawia mnie o gęsią skórkę na całym ciele, to bardzo przyjemne. Bez namysłu nachylam się nad nim, ciągnąc zębami jego dolną wargę. Nagle uwalnia się w nim wewnętrzna bestia, nieposkromione zwierzę, które wcale nie chce być usidlone. Jednym ruchem zrywa ze mnie biustonosz, skupiając największą uwagę na piersiach, całując je, masując i ssąc, czym sprawia, że cicho jęczę, a moje palce wplątują się w jego puszyste włosy. Przymykam oczy, unosząc głowę do góry. Jest mi niesamowicie dobrze, lecz to dopiero początek. Schodzi niżej i niżej, muskając mój brzuch, to nie jest jego ostateczny cel. Dobiera się do ostatniego fragmentu materiału, który okrywa moje ciało i bezlitośnie mi go odbiera, pozostawiając mnie nagą. Gdyby nie alkohol niewykluczone, że doszłoby do tego samego, ale przez trunek jestem bardziej pewna siebie i nie wstydzę się roznegliżowana leżeć pod swoim szefem, który już niedługo weźmie w posiadanie moje ciało i uczyni z nim wszystko, czego zapragnie. A ja mu na to pozwalam.     
  Lekkimi jak piórko pocałunkami obdarza górną część mojego lewego uda, jest już blisko. Nie jestem tylko pewna, czy aby nie za blisko.
  Z gardła wydobywam głośny jęk, gdy język Brewera kosztuje mojego wnętrza, doprowadzając mnie do czystego obłędu. Wyginam się w mały łuk, czując tylko i wyłącznie rozkosz, jaka zawładnęła mną od stóp do głowy.
  - Cudownie smakujesz - stwierdza, na sekundę przerywając wykonywaną czynność. Jego dłonie spoczywają na moich biodrach, a zaraz potem przenoszą się na wewnętrzne partie ud, jeszcze bardziej je rozchylając. Po chwili już go nie czuję , ale dalej płytko oddycham, przygotowując się na to, co nadejdzie już wkrótce.
  - Mam być delikatny? - słyszę. Nawet jego głos tak na mnie działa, ten mężczyzna może ze mną robić, co chce i obydwoje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę.
  - Poproszę - cichy szept to jedyne, na co mogę się zdobyć.
  Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wdziera się we mnie, na co krzyczę jego imię całą krtanią. Jedną dłoń trzymam na jego plecach. Przejeżdżam mocno paznokciami, pozostają czerwone pręgi. Jakiś czas na pewno tam zagoszczą, ale można to samo powiedzieć o malinkach na mojej szyi i piersiach. Z kolei druga spoczywa nad moją głową, a z kolejnym pchnięciem Chris złącza nasze palce.
Porusza się szybko, lecz na moment zwalnia, by cieszyć się tymi błogimi momentami.
  - Christian! - jęczę głośno, przez co znowu przyśpiesza i wchodzi we mnie chyba najgłębiej jak to tylko możliwe. Podoba mu się to, daje niesamowitą satysfakcję. Poruszam biodrami, wychodząc na przeciwko jego pewnym ruchom, dostosowuję się do narzuconego mi tempa, które rozpala moje ciało do granic możliwości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak czułam. Już dawno nie kochałam się z mężczyzną, który sprawiłby, że pragnę coraz więcej i więcej.
  Wodzi rękami po całym ciele, całując i ssąc gdzieniegdzie skórę na klatce piersiowej. Ja też mogę przecież dostać od losu chwilę przyjemności, należy mi się to.
  Po dość długim czasie nasze miłosne igraszki na chwilę dobiegają końca, szczytujemy niemal w tym samym momencie. Opadamy na łóżko cali zdyszani i wyczerpani, ale też szczęśliwi. Spełnieni.
  To jeszcze za wcześnie, by rzec, że żałuję tego, co zrobiłam, ale jest mi za dobrze, bym chciała teraz o tym myśleć. Właśnie przeżyłam najbardziej namiętne chwile w moim życiu, a ostatnie czego potrzebuję to poczucie winy, bo na obecny moment nie chcę wychodzić.
  Tej nocy chcę zostać i doświadczyć więcej. O wiele więcej.
Od autorki: Tych, którzy jednak przez to przebrnęli, chcę przeprosić. Rozdział pisany był parę miesięcy temu, chyba nawet w roku ubiegłym, więc zdaję sobie sprawę, że mógł być gorszy od pozostałych... a tak z całą pewnością jest, lecz nie mnie to oceniać. Miałam pewne obiekcje co do dodania go. Słusznie? Okej, teraz okropnie się boję Waszej opinii:)
  Dodałam go dzisiaj, ponieważ jutro samo zalogowanie się na bloggera będzie nie lada wyzwaniem. Większa część wakacji już za nami. Mam nadzieje, że spędzacie i spędzicie je najlepiej, jak tylko potraficie. Ja, niestety, jeszcze walczę z bólem gardła, ale zdecydowanie było warto się go nabawić. Miałam też plany, które nie mogły zostać zrealizowane. No cóż, nastawiam się psychicznie na następny rok. Wtedy jest dziewięćdziesiąt procent szans, że nam się uda, Martyna! Przynajmniej mam taką nadzieję.
  Dziękuję bardzo wszystkim, którzy znaleźli czas na wyrażenie swojej opinii. To dla mnie ogromna motywacja, zważywszy na to, że obdarowujecie mnie tyloma miłymi słowami♥
L x