niedziela, 26 lipca 2015

Eighteen / The worst way to survive

'Naj­gor­sze chwi­le w życiu to te, kiedy nic się nie dzieje, bo to oz­nacza, że za­raz tra­fi człowieka coś niedobrego'

  Dopiero teraz dochodzi do mnie fakt, że nie doceniałam możliwości Stelli. Potrafi wkraść się w łaski każdego, nie przebierając w środkach. Ze mną jest chyba coś nie tak, ponieważ w przeciwieństwie do większości mężczyzn nie podoba mi się jej charakter i sposób bycia, nie uważam ją też za osobę godną zaufania. Albo po prostu przede mną nie eksponuje biustu? Tak, to też bardzo prawdopodobne.
  Brody Carlson jest kolejnym, który może wpaść w zastawione przez nią sidła. Kobieta chyba nie zdaje sobie sprawy, że noc z tym człowiekiem nie zapewni jej awansu. Nie będę wyprowadzać jej z błędu, doskonale wiem, że by mnie nie posłuchała.
  - Dziękuję pani, na pewno będę pamiętał.
  Gdyby to na mnie gapił się w ten sposób, dostałby w twarz. Jednak ja i Stella jesteśmy całkowicie różne, więc tyczy się to również naszych reakcji na wiele rzeczy. Ona tylko uśmiecha się kokieteryjnie, próbując jak najlepiej zabawić naszego gościa przed pojawieniem się Dylana. Tym razem to on ma zaszczyt gościć tutaj szatyna, Christianowi dopisuje szczęście - aktualnie przebywa na drugim końcu Manhattanu.
  - Ja mam dość – mruczy stojąca obok mnie Clarie. Widać, że jest rozdrażniona, od kilku minut powinnyśmy już być w kawiarni. A tak czekamy, aż Evans łaskawie odprawi Carlsona z kwitkiem. – Po prostu chodźmy, okay?
  Sekundę potem pojawia się Dylan i razem z mężczyzną wchodzą do jego biura. Uśmiechnięta od ucha do ucha Stella popędza nas w kierunku windy, od razu relacjonując przebieg ich rozmowy. Stałyśmy niecałe pięć metrów dalej, aż tak źle jeszcze z nami nie jest. Spoglądamy na siebie zrezygnowane. Zapowiada się naprawdę długa przerwa na kawę.

  - Szkoda tylko, że Christian tego nie widział – stwierdza w końcu, wyrzucając pusty kubek do pobliskiego kosza na śmieci. – Może byłby zazdrosny.
  Doprawdy nie wiem, w jakim języku powinnam do niej mówić, by wreszcie zrozumiała. Uwzięła się na niego bez konkretnego powodu i nie widzi, że do niczego to nie prowadzi. Ach, tak, ma powód. Dokładnie jeden. Pieniądze.
  - O kogo? Na pewno nie o ciebie – prycha Daniels, wznosząc oczy do Nieba. Same jesteśmy sobie winne, zgodziłyśmy się, by z nami szła. Teraz nie mogę mieć do nikogo pretensji. – Masz zamiar w najbliższym czasie się ogarnąć? Nie, nie prześpisz się z nim.
  Tłumię śmiech, obserwując wyraz twarzy szatynki. Gdyby mogła zabijać wzrokiem, moja przyjaciółka leżałaby na twardym gruncie bez jakichkolwiek funkcji życiowych. Nie moja wina, że ma rację. Męczy mnie już ten temat, za każdym razem Stella mówi o tym samym. Sposób, w jaki na nią popatrzył, jakim tonem coś powiedział. Nastolatki zakochują się w idolach widzianych na okładce kolorowych czasopism, swoim zachowaniem ona przypomina jedną z nich. Ma obsesję, mimo iż nie jest ona niczym uwarunkowana.
  Na chwilę wyłączając się z rozmowy kobiet, przypominam sobie sytuację z wczoraj. Christian zdecydowanie nie powinien pozwalać sobie na tak wiele. Zgoda, jest moim szefem, ale nawet to stanowisko nie upoważnia go do tego, co zrobił. Właśnie, a co takiego zrobił? Nie mam pojęcia, jak dobrze określić naszą rozmowę. Otwarcie ze mną flirtował i komplementował, nie przywykłam do tego. Nie posunął się jednak dalej, ale czułam, że tylko oczekuje na odpowiedni moment. Boję się, że pewnego dnia to zabrnie zbyt daleko, już teraz balansuję na niebezpiecznej granicy. Powinnam mu o tym powiedzieć? Ale jak? Przepraszam, ale nie mogę z tobą rozmawiać? Zabiłby mnie śmiechem, to wprost irracjonalne. Zachowuję się jak przewrażliwiona małolata, wyobrażam sobie stanowczo zbyt dużo.
  - Ana, słuchasz mnie?! – warczy poirytowana Stella, dzięki czemu powracam do rzeczywistości. 
  - Co? Nie, możesz powtórzyć?
  Spogląda na mnie z ukosa, poprawiając sukienkę. W ogóle nie słyszałam, o czym rozmawiały podczas naszego powrotu do budynku.
  - Chciałam, żebyś podpytała Chrisa, jak mu się układa z tą jego blondyną Zrobiłabym to sama, ale wiesz… tobie powie na pewno – dodaje z przekąsem.
  Już powiedział, myślę, lecz nie mówię tego na głos. Jej jest ta wiedza do niczego niepotrzebna, a dzięki temu ja w dalszym ciągu pozostanę przy życiu.
  - Nie jestem psychologiem do spraw związków tylko jego sekretarką, nie zauważyłaś? – informuję, uśmiechając się słodko. Z niewyjaśnionych przyczyn denerwuje mnie fakt, iż szatynka kiedyś mogłaby zrealizować wyznaczony sobie cel. Zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale nie chcę, by tak się stało.
  - W takim razie powiedz mi, jak ci się to udało – syczy, całkowicie ignorując Clarie, która próbuje wtrącić swój komentarz. Nadaremnie, żadna z nas chwilowo jej nie słucha.
  - Co? Dostać pracę?
  - Nie udawaj, dobrze? Kilka razy słyszałam, jak sobie rozmawiacie. Nawet mówiliście o niej!
  Ma na myśli Rebeccę, wiem, o co jej chodzi. Również nie zawsze czuję się z tym komfortowo, ale doceniam to, iż ja i Christian utrzymujemy niemal przyjacielskie stosunki. Czyta ze mnie jak z otwartej księgi, mimo że sam nie odkrywa wielu kart.
  - To, zdaje się, nie twój interes, więc byłabym wdzięczna, gdybyś wreszcie przestała się wtrącać w sprawy, które ani odrobinę cię nie dotyczą.
  Na samym początku nie rozumiałam, dlaczego rudowłosa pała taką niechęcią do szatynki. Uważałam ją za pozytywną osobę. Teraz widzę, iż nie miałam racji, a uwagi przyjaciółki są w pełni uzasadnione. Stella ma tylko wygląd, lecz on prędzej czy później przeminie, a wtedy nie zostanie absolutnie nic.

~*~

  Towarzyszę Christianowi na spotkaniu z jednym z ważnych kontrahentów. Staram się uważnie słuchać tego, co mówią, lecz mimowolnie koncentruję się wyłącznie na nim. Nawet nie wie o tym, jak wielki wpływ na mnie wywiera. A może wie i perfidnie to wykorzystuje? Nie mam siły dłużej się nad tym zastanawiać, ale też nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie. Co jakiś czas nasze spojrzenia się krzyżują. Jest w pełni skupiony, potrafi rozmawiać z drugim człowiekiem, jednocześnie poświęcając część uwagi mojej osobie.
  Boję się, że zacznie mnie inaczej traktować. Nie ma powodu, prawda? Można rzucić na wiatr wiele słów, nie dbając o ich późniejsze konsekwencje. Jeśli tak będzie i teraz, wszystko zostanie po staremu. Stella byłaby ze mnie dumna, przez częste przebywanie z nią, zaczynam myśleć podobnie. Nic gorszego prawdopodobnie nie może mi się przytrafić.
  - To prawda, że Jack wrócił do Nowego Jorku? – pyta Brewer, gdy znajdujemy się już w jego biurze. Uśmiecham się promiennie i odpowiadam twierdząco. Nie mogę uwierzyć, że ta dwójka zna się od kilku lat, Gilbert nigdy mi o tym nie wspominał… a może po prostu nie było okazji. 
  - W tym tygodniu jeszcze wraca do Seattle, żeby załatwić wszystkie formalności.
  - Jeśli go spotkasz, powiedz, że nie zapomniałem – posyłam mu zdziwione spojrzenie, na co on reaguje śmiechem. – Będzie wiedział, o czym mówię.
  
  Przez dość długą chwilę omawiamy szczegóły umowy podjęcia współpracy z korporacją na Tajwanie. Jeszcze tylko niewiele ponad sto dwadzieścia minut i będę mogła udać się do domu. Czas zdaje się zatrzymać. Przysięgam, że za każdym razem, gdy sprawdzam godzinę, jest ona taka sama. Mój szef również nie tryska zbyt wielkim optymizmem, widać, że najchętniej szybko by stąd wyszedł. Zamiast kolejny raz denerwować się na zegarek, przeczesuję palcami włosy i wstaję z miejsca.
  - Co powiesz na kawę? Przyda ci się – pytam, podejmując obowiązki sekretarki.
  - Ratujesz mi życie – stwierdza z wdzięcznością.
  - Za chwilę wracam.
  Ja wypiłam już dzisiaj odrobinę za dużo, od kofeiny również można się uzależnić. Gdy wracam z powrotem, mężczyzna kończy rozmawiać przez telefon. Uśmiecha się na mój widok. Albo na widok kawy. Tak, skłaniam się do drugiej wersji, jest bardziej prawdopodobna. 
  Podchodzę do biurka z zamiarem podania mu napoju, lecz po raz kolejny okazuje się, jak bardzo Wszechświat mnie nienawidzi. 
  To znaczy wiedziałam o tym już od dłuższego czasu, ale teraz to ogromna przesada. Przypadkowo zahaczam nogą o kant mebla i potykam się, przez co większa część naczynia ląduje na koszuli Christiana.
  Brawo, idiotko! Patrz, co narobiłaś!
  Szatyn zrywa się z miejsca, a ja mam nieodpartą ochotę zapaść się pod ziemię. 
  - Chris, tak cię przepraszam! – mówię załamana, zaczynając wycierać jego brudną koszulę. Znowu okazuję się być nic niewartą niezdarą, dla której przyniesienie kawy jest zadaniem nie do wykonania. Przywykłam do tego. Gdy czegoś bardzo chcę, nigdy nie dostaję, zawsze coś musi dziać się nie po mojej myśli. Od samego dnia narodzin los się na mnie uwziął i ciągle szykuje jakieś okropne niespodzianki. Tylko dlaczego znowu musiało paść na mnie? Akurat teraz!
  Współczuję Brewerowi z całego serca. Nie dość, że musi mnie znosić przez pięć dni w tygodniu to jeszcze jest narażony na moją niekompetencję. Nie zdziwiłabym się, gdyby kazał mi zabrać wszystkie rzeczy i już się tu nie pokazywać.
  - Nic się nie stało, spokojnie – odpowiada rozbawiony moją reakcją. Czasami całkowicie go nie rozumiem. – Ana, naprawdę.
  - Ale to moja wina, jestem do niczego. Odkupię ci ją, obiecuję – dodaję, nie przestając czyścić ubrania. Dotykam jego torsu, chyba każdy mięsień na nim jest spięty. Bez częstych wizyt na siłowni taki efekt byłby niemożliwy. W miejscu, gdzie koszula jest mokra, materiał przylega do jego cudownego ciała. Bez wątpienia grecki bóg mógłby mu pozazdrościć.
  - Jesteś urocza – stwierdza, chwytając za mój podbródek. Muszę na niego patrzeć, choć staram się odwracać wzrok. Nie mogę spojrzeć mu w oczy, nie mogę. Obydwoje doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co się wtedy stanie. Ulegnę. Już kolejny raz.
  - Przepraszam, ja… - chcę coś powiedzieć, lecz nie jestem w stanie. Jego ciemne oczy taksują całe moje ciało, wprawiając mnie w niemałe zażenowanie i poczucie winy. 
  Chcę wiedzieć, co on myśli, co czuje… chcę go mieć. Ale to jedynie marzenia, które nigdy nie znajdą spełnienia w rzeczywistości. Jestem dla niego nikim, zwykłą podwładną. Nie pozwoliłabym sobie wypowiedzieć swoich myśli na głos, nawet przy Arianie. Skrywam w sobie dużo tajemnic i powoli zaczyna mnie to przytłaczać.
  - Nic. Się. Nie. Stało – robi przerwy co kilka sekund, lecz i tak to do mnie nie dociera. Jestem za bardzo zajęta próbą uratowania tej nieszczęsnej koszuli.
  - Strasznie przepraszam! – powtarzam raz jeszcze, na co on prycha rozbawiony.
  - Annie, nie dramatyzuj – prosi. Patrzę na niego zawstydzona, nie mając pojęcia co zrobić, by jakoś załagodzić tę sytuację.
  Mężczyzna przybliża się do mnie, obejmując moją szczupłą talię. Uważa jednak przy tym, bym również nie ubrudziła się brązową cieczą. Czuję od niego niesamowity zapach męskich perfum, są dla niego idealne. Nie wiem, jaki będzie jego następny ruch, ale to oczekiwanie cholernie mi się podoba.
  Chcę poczuć jego usta na swoich, zasmakować go chociaż jeszcze jeden raz. Nie obchodzi mnie nic innego. Rebecca, firma, otoczenie. Absolutnie nic. Chcę jego… i jego dostaję.
  Wargi Brewera nieśpiesznie muskają moje, lecz z czasem nasz pocałunek staje się coraz bardziej agresywny. Łapczywie przyciągam go bliżej siebie, mokra koszula jest w tym momencie sprawą drugorzędną. Jego język wsuwa się do mojej jamy ustnej, pieszcząc podniebienie i dokładnie je eksplorując. Odrywamy się na siebie zaledwie na sekundę, by móc złapać odrobinę powietrza, a chwilę później znowu mam zaszczyt całowania Christiana. Czuję się jak księżniczka. 
  Jak dziecko, które po długich błaganiach wreszcie dostało upragnionego pluszowego misia.
  Pociąga zębami za moją dolną wargę, a następnie zmysłowo ssie. Przymykam oczy, to jedyne co mogę zrobić, bez wydania z siebie żadnego dźwięku. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że nie dotykam stopami ziemi. Ląduję na biurku. Obejmuję go nogami w pasie, a dłonie kładę na jego ramionach. Odchylam głowę do tyłu, by mógł bez przeszkód pieścić skórę na mojej szyi. Z mojego gardła wydobywa się stłumiony jęk. Ten mężczyzna potrafi doprowadzić mnie do szaleństwa. Uśmiecha się, wyczuwam to. Sprawiam mu tym przyjemność, ale to nie ma prawa równać się z tym, co czuję ja. Po całym ciele przebiegają przyjemne dreszcze, nagle jestem niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
  Jego dłoń sunie po mojej lewej nodze, zaczynając od kolana. Pnie się coraz wyżej, dochodzi do uda, lecz ani myśli zaprzestać. Na moment udaje mi się go zatrzymać, to już za dużo. Powinnam wyjść i za wszelką cenę starać się o tym zapomnieć. Co więc robię? Uśmiecham się kokieteryjnie, jednocześnie zachęcając Christiana do dalszego działania.
  Zaprzeczam sama sobie.
  - A to co? – mruczę cicho.
  - Jedyny sposób, żebyś wreszcie przestała mówić – śmieje się, lecz sekundę później znowu łączymy się w pełnym wzajemnego pożądania pocałunku.
Od autorki: Mimo że co chwila za oknami słychać grzmoty, przychodzę z kolejnym rozdziałem! :) Ale poważnie, tylko u mnie pogoda zmienia się kilkanaście razy dziennie? W wakacje ubierać bluzę, bo zimno, no niby czemu nie... ale nieważne, pozytywne myślenie i takie tam. Jak się podoba? Wiem, krótszy niż ostatnio, ale zawiera wszystko to, co powinien. Od tego momentu akcja zaczyna się nieco rozkręcać, więc spokojnie, nie będzie nudno. Nie będę się zbytnio rozpisywać, więc proszę Was tylko o wyrażenie swojej opinii (bez względu czy jest ona pozytywna, czy wręcz przeciwnie), dziękuję Wam z całego serca, niedługo minie rok od pojawienia się tutaj pierwszego postu. Szczerze mówiąc, jest to pierwsze w mojej "karierze" opowiadanie, z którego naprawdę jestem zadowolona i mam motywację, by dodać tutaj wszystkie planowane rozdziały wraz z epilogiem. A musicie wiedzieć, że blogów i historii miałam co nie miara;) Miłych wakacji, wracam za dwa tygodnie z kolejnym rozdziałem!♥
CZYTAJ TEŻ NA WATTPADZIE!

L x

czwartek, 9 lipca 2015

Seventeen / Don't judge a book by its cover

'Nie ważne, ile osób wy­mienisz, gdy ktoś za­pyta o Twoich przy­jaciół. Ważne, ile osób wy­mieni Ciebie' 

  Cały czas staram się, by każdy zapomniał o mojej obecności. Prawie w ogóle się nie odzywam, nie reaguję na uwagi Stelli, nie rozmawiam z Christianem. Jakby w ogóle mnie nie było. Taki stan rzeczy rozwiązałby wiele spraw. Jestem problemem, którego brak ucieszyłby wiele osób. Nieustannie przez mój umysł przewijają się setki negatywnych myśli, większość z nich dotyczy mnie samej. Niektóre są prawdą, niektóre być może nie. Pogubiłam się, nie odróżniam fikcji od rzeczywistości.
  Gdy wróciłam rano do mieszkania, spodziewałam się, iż mama będzie wygodnie rozłożona w fotelu oczekiwać mojego przyjścia, by dokończyć swą przemowę z poprzedniego wieczora. Tak jednak nie było, za co z całego serca dziękuję Bogu. Mogłam w spokoju wykonać każdą poranną czynność i udać się do pracy, nie ryzykując kolejnego spóźnienia. Wiem jednak, że rozmowa z nią mnie nie ominie, nie mogę odwlekać tego w nieskończoność. Jedynym plusem jest to, że nie miała okazji spotkać Brody’ego. Nie mam pojęcia, jak by zareagował. Jak ja bym zareagowała… nie chcę po raz kolejny zaczynać wszystkiego od nowa. Już raz przez to przechodziłam, drugiego nie jestem w stanie. Jestem na to zbyt słaba.
  - Annie, wszystko gra? – pyta Brewer, udając, że w minimalnym stopniu obchodzi go mój obecny stan. Nienawidzę litości drugiej osoby, a od niego ona wprost emanuje. Jego ton, niby współczujący, ma w sobie ukrytą nutkę ironii. Nie dziwię się. Każdy miewa zły dzień, lecz mi zdarzają się one zazwyczaj często. Może mieć tego dość, w pełni go rozumiem i popieram.
  - Tak, nie przejmuj się – ucinam szybko, nie mam ochoty dłużej zagłębiać się w tę rozmowę. Na dodatek ciągle mam przed oczami Kevina, przez co targają mną wyrzuty sumienia. Powinnam posłuchać Christiana i na niego uważać. Ale nie, ja zawsze wiem wszystko najlepiej. Dopiero u Ariany zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Pocałowałam go. Pozwoliłam, by się do mnie zbliżył, nie odepchnęłam go. Od razu nasuwa mi się sytuacja z Miami. W obu przypadkach przemawiał przeze mnie wypity alkohol. W innym przypadku żadnemu z nich nie pozwoliłabym nawet podejść na tyle blisko. A może jednak?
  Masz poważny problem, koleżanko.
  Matka miała całkowitą rację, teraz to widzę.
  - Możesz wpaść po pracy? Mamy ci do powiedzenia coś ważnego – prosi Alison od razu po skargach na moją rodzicielkę podczas ich dzisiejszego spotkania. Podobno „nie była miła”. Nie jest to dla mnie zbyt wielkie zaskoczenie.
  - Oczywiście – silę się na najbardziej entuzjastyczny ton, na jaki stać mnie w danym momencie. – Muszę kończyć, do zobaczenia. 
  Szczerze mówiąc, nie mam ochoty na wizytę u Gilbertów. W każdy inny dzień z ochotą bym się zgodziła, ale dzisiaj marzę tylko o tym, by zakamuflować się pod kołdrą w swojej sypialni i nie wychodzić stamtąd przez resztę mojego nędznego życia.
  To jednak okazja do późniejszego spotkania z matką, co odrobinę poprawia mi humor. Wiem, że nie dam rady przed nią uciec, ale wolę stanąć z nią twarzą w twarz po rozmowie z Henry’m i Ali. Może oni jakoś zdołają mi pomóc. 
  Nie pierwszy raz.

~*~

    - Annie, słonko! Chodź, mam dla ciebie niespodziankę!
  Przekraczam próg domu wujostwa, a Alison od razu do mnie naskakuje. Wręcz emanuje niespotykanym entuzjazmem. Prowadzi mnie w głąb pomieszczenia, skąd dochodzą dwa znajome mi głosy. Jeden z całą pewnością należy do wujka, a drugi…
  - Jack?!
  Stoi przede mną wysoki i przystojny szatyn o lazurowych oczach, uśmiecha się od ucha do ucha. Jak zwykle ubrany nienagannie – biała koszula i granatowy krawat. Rozkłada ręce, więc nie czekając zbyt długo, rzucam mu się na szyję i piszczę niczym mała dziewczynka, gdy rodzice decydują się na zakup lalki z wystawy jej ulubionego sklepu.
  Mój Jack jest w Nowym Jorku, stoi tuż obok mnie. Jednak ten dzień nie jest skazany na porażkę. Nie mogę uwierzyć, że znowu mogę go zobaczyć, przytulić. W jednej chwili staję się najszczęśliwszą osobą na całym świecie. Nie licząc Ariany, to mój najlepszy przyjaciel. Mimo iż mieszkamy na dwóch końcach kraju i widujemy się raz na kilka miesięcy, jest dla mnie niezwykle ważną osobą.
  - Tęskniłam – szepczę, z trudem powstrzymując łzy. 
  - Ja też, księżniczko – śmieje się i okręca mnie wokół własnej osi. Często tak mnie nazywa, głównie dlatego, by obserwować moją reakcję, która zwykle polega na rzucaniu się na niego z poduszką. (No i już wiecie, kto do niej dzwonił pod koniec dziesiątego rozdziału, nie ma za co – przyp. aut.)
  - Czułości po jedzeniu, teraz obiad – wtrąca uśmiechnięta Alison, stawiając na stole łososia z warzywami. Również cieszy się z obecności syna. Ciekawa jestem tylko, na ile tutaj zostaje. Na pewno musi wracać do Seattle, czego w żadnym wypadku nie chcę. Rozumiem jednak jego sytuację. Tam ma dobrze płatną pracę, jest redaktorem w Seattle Times, naprawdę lubi to, co robi, a to jest chyba najważniejsze. Czerpać satysfakcję z wykonywanego zawodu, inaczej nie ma on sensu.

  Po skończonym posiłku chcę zbierać się do domu. Muszę pozwolić Gilbertom nacieszyć się wizytą syna, nie jestem częścią ich rodziny. Choć ogromnie chciałabym być. Czeka mnie jednak kolejne starcie z matką, lecz teraz jestem nieco silniejsza… lub przynajmniej tak mi się wydaje. Po każdej – nawet krótkiej – rozmowie z Jack’iem wstępuje we mnie swego rodzaju świadomość, że jeszcze mogę pokazać światu, na co mnie stać. Nie mam pojęcia, jak przetrwałabym bez niego kilka poprzednich lat. Był zawsze, gdy potrzebowałam, nie tyle ciałem, co duchem. Mogłam dzwonić nawet w środku nocy, odbierał. Mogłam zadręczać go najbardziej bezsensownymi problemami, wysłuchał i doradził. Gdy przyjechałam pierwszy raz do Nowego Jorku, jako pierwszy sprawił, że zaczęłam wierzyć w siebie i własne siły. Udało mi się, ponieważ jestem teraz tu, gdzie jestem. Często przegrywam, nic nie mogę na to poradzić, ale mam nadzieję, że kiedyś zła passa nareszcie się odwróci.
  - Ana, zaczekaj chwilę. Mam wam coś ogromnie ważnego do powiedzenia! 
  Posłusznie zajmuję swoje wcześniejsze miejsce, obserwując, jak lekko zdezorientowana Alison z nieufnością przygląda się synowi. Nic dziwnego, niemal zawsze ‘ogromnie ważne sprawy’ Jack’a Gilberta przyprawiały jego rodziców o zawał serca.
  Mam wam coś ogromnie ważnego do powiedzenia! No wiecie… bo chyba nie bardzo lubicie to nowe auto, prawda? W takim razie dobrze się składa, bo już go nie zobaczycie. Nie ma za co! 
  Nigdy nie zapomnę dnia, gdy osiemnastoletni szatyn oznajmił im, że rozbił zakupiony dwa dni temu samochód. Na początku byli szczęśliwi, że jemu nic się nie stało, ale potem biedny wujek ze złości omal nie wyszedł z siebie. 
  Ciche dni w wydaniu mężczyzn są sto razy gorsze od tych kobiecych. W tym przypadku wiesz, co przeskrobałeś i dręczą cię wyrzuty sumienia. A gdy to my mamy pretensje do całego świata, przeważnie jakiś nieszczęśnik musi sam domyśleć się, czym sobie na to zasłużył.
  - Bierzesz narkotyki? Twoja dziewczyna jest w ciąży? Masz długi?
  Oboje parskamy śmiechem, gdy blada jak ściana Alison obmyśla kolejne teorie spiskowe, każda lepsza od poprzedniej. Sama zaczynam się bać. Henry jako jedyny siedzi spokojnie rozłożony w fotelu, z rozbawieniem przyglądając się małżonce. On wie, o co chodzi, widać to po nim.
  - Nie, mamusiu, nie tym razem.
  - Boże, dziecko, zabiłeś kogoś?! – niemal krzyczy, łapiąc się za głowę. – Nie możesz iść do kryminału, nie w tym wieku… byli jacyś świadkowie? Możemy zapłacić!
  - Kochanie, co dodałaś do tej ryby? – pyta jej zaskoczony mąż, już nawet nie próbuje ukryć szerokiego uśmiechu, który od razu wstępuje na jego twarz. – Jack, nie dręcz matki. 
  - A więc… dostałem pewną ofertę – zaczyna. – Chwilę się zastanawiałem, ale w końcu ją przyjąłem. Od poniedziałku będę redaktorem naczelnym The NY Spectator! Nie biorę narkotyków, na chwilę obecną nie mam dziewczyny, a Chuckowi wiszę pięć dolców za przegrany zakład, ale spokojnie, nie naśle na mnie mafii – dodaje jeszcze, przez co kobieta prycha oburzona, spoglądając na niego z ukosa.
  Dopiero po chwili przyswajam wszystkie informacje. Jack ma pracę w Nowym Jorku, nie wyjeżdża do Seattle. Zostaje tutaj. Zostaje ze mną. W tej właśnie chwili mam nieodpartą ochotę wybiec na zewnątrz i obwieścić każdemu człowiekowi na ulicy, jak wielka rozpiera mnie radość.
  - Wiedziałeś! – euforia brunetki powoli mija, więc całą swoją uwagę skupia na mężu, wskazując na niego środkowym palcem. Widać, że również jest szczęśliwa z decyzji syna, będzie mogła go widywać częściej.
  - Wiem o wielu rzeczach, też mi nowina – mężczyzna uśmiecha się porozumiewawczo w kierunku Jack’a, ta ich męska solidarność.
  Nie ulegając naleganiom cioci, opuszczam dom Gilbertów i z lekkim wahaniem udaję się do swojego. Chcę jak najszybciej mieć to za sobą, ale tym razem nie pozwolę matce nade mną górować. 
  Niczym sobie na to nie zasłużyłam.

~*~

  Kartka. Zwykła kartka. Biała pieprzona kartka leżąca na blacie w kuchni informuje o tym, że Charlotte Crawford wraz ze swoim sześcioletnim synem prawdopodobnie znajduje się teraz na pokładzie samolotu do Chicago. Wyjechała bez pożegnania, bez słowa. Tak wiele by ją to kosztowało? Tym razem to ona zachowała się jak tchórz, uciekła od problemu bez wcześniejszego rozwiązania go. To takie typowe – wybranie najprostszej linii oporu, skądś to znam. Tak  było właśnie wtedy. Nie chciała słuchać, nie chciała stawić czoła rzeczywistości. Ucieczka wydała się najtrafniejszym rozwiązaniem, więc nie słuchając nikogo, spełniła swoją obietnicę. Potem udawała, że wszystko jest w porządku, rozmawiała z ludźmi, uśmiechała się. Wiem o tym, mimo iż byłam nieobecna. Zawsze udaje, chce, by postrzegano ją jako osobę idealną, nieskazitelną. Tak jednak nie jest, ma wiele wad. Być może nawet więcej ode mnie.
  - Wspaniale – syczę sama do siebie, rwąc fragment papieru na drobne kawałeczki. 
  Nie wiem, czy jestem zła, zawiedziona, czy smutna. Naprawdę nie wiem. Nie czuję nic, absolutnie nic. Chcę, by ten dzień skończył się jak najszybciej, spotkało mnie zdecydowanie za dużo wrażeń. Najpierw matka, potem Jack, a teraz to. Zwyczajnie nie mam na to siły.
   Udaję się do sypialni, ogarniając wzrokiem pozostawiony rano bałagan. Większa część mojej szafy znajduje swe miejsce na podłodze, kosmetyki walają się po łóżku, a na ścianie brakuje jednej fotografii. Spoglądam w dół i zdaję sobie sprawę, że musiałam ją strącić. Jednym słowem: tragedia. Mam zajęcie na najbliższy czas.
  
  
~*~

  Idź dalej, idź dalej. Cholera jasna, idź dalej! Mnie tu nie ma.
  Pewnego dnia Ariana stwierdziła, że jeśli bardzo się czegoś chce, należy nieustannie o tym myśleć, a nasze życzenie się spełni. Stek bzdur. Cały czas zaklinam Kevina, by nie zwrócił na mnie uwagi i jak gdyby nigdy nic przeszedł obok. 
  Albo nie jestem w tym dobra, albo jakaś nadnaturalna siła się na mnie uwzięła. Chyba jedno i drugie. Wczoraj udawało mi się go unikać. Za każdym razem, gdy go widziałam, od razu miałam do zrobienia coś na drugim końcu piętra… lub budynku, zależało od mojego nastroju. Tym razem jednak nie mam możliwości, by zasłonić się jakąkolwiek rzeczą do zrobienia.
  - Bądź silna – szepczę do samej siebie, a sekundę potem staję twarzą w twarz z Martinem.
  - Jak to jest, że wczoraj ani razu cię nie widziałem? – pyta na wstępie, chcąc pocałować mnie w policzek. W porę reaguję i cofam się do przodu. Jest zdekoncentrowany, lecz w żaden sposób tego nie komentuje. – Chciałem dać ci trochę czasu, dlatego nie dzwoniłem. Ale mam nadzieję, że tym razem nie dasz tak długo się prosić, prawda?
  - Prosić o co? – udaję głupią, jednocześnie obmyślając plan, jak taktownie wyjść z tej sytuacji. Wiem, o co mu chodzi, ale ja nie chcę kolejny raz się z nim spotkać. Nie po tym, do czego dopuściłam. 
  Uśmiecha się pobłażliwie, lustrując całe moje ciało wzrokiem. Czy ja mam zacząć chodzić w golfach, żeby każdy napotkany mężczyzna bezczelnie nie gapił mi się w dekolt?
  - Tym razem możemy pójść do mnie – proponuje. – Jestem dobrym kucharzem, nie pożałujesz. A może zostaniesz jeszcze na śniadanie…
  Zapomnij.
  - Posłuchaj, Kevin. Lubię cię, naprawdę, ale to nie jest zbyt dobry pomysł – mówię i jednocześnie modlę się, by Christian poprosił mnie do swojego biura. Byłaby to idealna ucieczka od tej niewygodnej rozmowy. – Poza tym pracujemy razem, a to nie może skończyć się dobrze.
  - Annie, nie wmówisz mi, że tego nie chcesz.
  Reprezentuje ten typ człowieka, do którego automatycznie odczuwam wstręt. Są przesadnie pewni  siebie, zakochani we własnym odbiciu, nie dostrzegają żadnych wad lub niedoskonałości, a winą za porażkę obarczają wszystkich z wyjątkiem siebie. Tak, Kevin Martin jest ich bardzo dobrym przykładem. 
  - Myśl sobie, co chcesz, naprawdę, ale ja nie zmienię zdania – dodaję. – Poza tym to nie jest dobre miejsce na takie rozmowy, mam dużo do zrobienia. Ty na pewno też, wracaj do pracy.
  Widzi, iż na obecną chwilę nic nie wskóra, więc daje za wygraną. Całe szczęście.
  Zajmuję więc swoje miejsce, poświęcając się obowiązkom. Nie zniosę kolejnego spotkania z zdesperowanym mężczyzną, który marzy jedynie o tym, by się ze mną przespać. Spotkałam takich na swojej drodze zdecydowanie zbyt wielu.
  - Nie ma mnie dla nikogo.
  Na moment w zasięgu mojego wzroku pojawia się Christian. Zanim zdążę jakkolwiek zareagować i przekazać wiadomość od Dylana, on znika w swoim biurze. Nie jest sam, towarzyszy mu Rebecca. Ryzykuję stwierdzenie, że coś między nimi nie gra. Calvano jak zwykle uśmiecha się z wyższością, obrzucając mnie morderczym spojrzeniem, w tej sprawie wszystko jest jak wcześniej. Z kolei Brewer wydaje się być podminowany. Nie chcę jednak się w to zagłębiać, przecież to nie moja sprawa i jestem ostatnią osobą, którą powinno to w jakikolwiek sposób interesować.
  W przeciwieństwie do Stelli, ponieważ kilka sekund po tym zdarzeniu znajduje się już obok mnie. Czy ona śledzi każde jego posunięcie? Zaczynam się trochę obawiać, to powoli zakrawa pod nękanie.
  - A ty co robisz? – pytam zaskoczona jej postępowaniem. W odpowiedzi dostaję jedynie współczujące spojrzenie, wyraźnie chce, bym nie zadawała żadnych pytań.
  - Zadzwoń, jak ta blondi już sobie pójdzie – prosi i prawdopodobnie udaje się z powrotem do swoich obowiązków. Chociaż po niej nie spodziewam się w tym momencie niczego dobrego. Może przecież chować się za ścianą i w ukryciu spoglądać na drzwi biura Brewera. Nienawidzę wrażenia, że ktoś mnie obserwuje, a przez Stellę nie mogę się go pozbyć.
  No nic, nie przemówię jej do rozsądku, to byłaby strata czasu. Postanawiam więc zająć się obowiązkami i jednocześnie staram się ignorować coraz bardziej ogarniającą mnie ciekawość.

  - Okay, to się robi nie do zniesienia! – głos szatynki ani na chwilę nie cichnie. Lekko wytrącona z równowagi odkładam na bok papiery, nad którymi pracuję, i tak nic dobrego z tego nie przyjdzie, jeśli w dalszym ciągu będę mieć towarzystwo.
  - Co ty nie powiesz… - mruczę, obserwując, jak bierze łyk czarnej kawy i stuka krwistoczerwonymi tipsami w blat biurka. – Posłuchaj. To, że tutaj będziesz, nie sprawi, że oni stamtąd wyjdą. Nawet nie wiedzą, że tu stoisz!
  Niestety, w jednym muszę przyznać jej rację. Christian i Rebecca rozmawiają od dobrych trzydziestu minut. W tym czasie zgodnie z jego poleceniem za każdym razem mówiłam, iż jest zajęty i skontaktuje się z daną osobą później. Dylan obecnie jest na spotkaniu z wicedyrektorem rady nadzorczej Smith&Willson, więc jak na razie na niego też nie mogę liczyć. Powinien niedługo wrócić, ale szczerze mówiąc, chcę jedynie tego, by Calvano już tutaj nie było.
  Z przerażeniem uświadamiam sobie, że w pewnym stopniu zachowuję się jak Stella. Nerwowo przeczesuję palcami włosy, co jakiś czas zerkając w ten sam kierunek co moja towarzyszka. Zachowuję się jak paranoiczka, jeszcze tego mi brakowało.
  - Ej! – szepcze i potrząsa moim ramieniem, gdy potężne drzwi zaczynają się otwierać. Mam zaszczyt zobaczyć rozpromienioną blondynkę, która tym razem całkowicie mnie ignoruje. Na jej twarzy widać triumfalny uśmiech, wręcz emanuje od niej uczucie euforii. Od razu chcę tam wejść i o wszystko wypytać Christiana, lecz wiem, że jest to całkowicie niestosowne. Jestem jedynie jego podwładną, nikim więcej.
  - No, możesz już iść. Stella, ja tu mam pracę – informuję, wskazując palcem kierunek, w jakim ma się udać. Nie odpowiada, jest czymś wyraźnie zdenerwowana.
  Nie rozumiem jej. Chciała, żeby Rebecca wyszła? Tak, i wyszła. Teraz ona może pójść w jej ślady! Nie widzę absolutnie żadnego powodu, dlaczego dalej stoi w miejscu i wygląda tak, jakby w głowie układała plan zgładzenia tysięcy niewinnych ludzi.
  - Nie widziałaś jej? 
  Dla pewności oglądam się za siebie, lecz nie ma jej już w zasięgu mojego wzroku.
  - Widziałam, ale co z tego?
  - Wygląda tak, jakby ją przeleciał na tamtym biurku – warczy cicho i zaciska dłonie w pięści. Lekko otwieram usta ze zdziwienia, lecz przez chwilę zastanawiam się nad jakąś sensowną odpowiedzią. Jednak aktualnie żadna nie przychodzi mi do głowy.
  - Wcale nie – zaprzeczam od razu, na co ta tylko prycha i krzyżuje ręce na piersi w geście dezaprobaty.
  A może włosy Rebecki rzeczywiście były bardziej zmierzwione? Może sukienka była bardziej pomięta?
  Momentalnie odsuwam od siebie te myśli. W końcu są parą. Mogą robić wszystko, co chcą i gdzie chcą, to nie sprawa Stelli. Moja tym bardziej… więc dlaczego coraz częściej łapię się na tym, że o nim myślę? Nie kontroluję tego, za każdym razem gdy rozmawiam z Christianem, czuję coś dziwnego, nie umiem tego wytłumaczyć. Chcę jak najdłużej przebywać w jego towarzystwie, ale jednocześnie się tego boję. Staram się uważać, by niczego nie zepsuć i nie zrobić czegoś, przez co mógłby zmienić o mnie zdanie. Wyjątkiem był jedynie wieczór w Miami, wtedy oboje na chwilę zapomnieliśmy o wszystkim i mogliśmy być sobą. Ale do tego nie mogę wracać, przyrzekłam to sobie. 
  - Nie mam na to nerwów – stwierdza szatynka i w końcu wraca do swoich obowiązków. 
  Amen. 
  Teraz przez nią uporczywie zastanawiam się, pod jakim pretekstem mogłabym tam wejść. Ciekawość jednak nade mną góruje i znajduję się przy drzwiach, zanim tak naprawdę uświadamiam sobie, jak głupią rzecz chcę zrobić.
  - Emm… jesteś zajęty? – pytam nieśmiało, zamykając za sobą. Uśmiecha się na mój widok, gestem ręki wskazuje miejsce naprzeciwko niego. Ma poluzowany krawat i odpięte dwa górne guziki od koszuli. Biorę głęboki oddech i staram się sprawiać wrażenie, że nie widzę, jak seksownie wygląda w tym momencie. – Coś się stało?
  Chyba jednak niepotrzebnie tu wchodziłam. Zaraz zbeszta mnie i powie, że nie mam prawa mieszać się do jego prywatnych spraw. Cóż, będzie miał całkowitą rację.
  - Tylko to, co zwykle – wzdycha, posyłając w moją stronę rozbawione spojrzenie. Nabieram większej pewności, iż przypuszczenia Stelli okazały się nieprawdziwe. – Annie, dlaczego każda z was ma wiecznie o coś pretensje?
  - Postaw się w jej sytuacji – mówię nieśmiało. – Co byś zrobił, gdyby każdy facet na ulicy się za tobą oglądał?
  Unosi zaskoczony brwi. Nie uwierzę, że nie ma pojęcia, jak działa na kobiety. Pewnie nie jedna mu uległa. Absolutnie się nie dziwię, odmowa takiemu mężczyźnie jest nie lada wyzwaniem. Kiedyś ledwo tego dokonałam, ale nie wiem, czy dałabym radę uczynić to kolejny raz.
  - Faceci się za mną oglądają? – parskam śmiechem i kręcę z niedowierzaniem głową. W najmniej odpowiedniej sytuacji udaje mu się mnie rozbawić. 
  - Wiesz, o czym mówię.
  - Tak, wiem, ale… szczerze? Nie wiem, czy by mnie to jakkolwiek obeszło.
  Patrzę na niego zdziwiona, marszcząc czoło. Nie mam pojęcia, jak powinnam to odebrać i co chce mi przekazać. No dobrze, nie sądzę, by Calvano interesowało coś więcej niż jego znajomości i pieniądze, ale myślałam, że on coś do niej czuje. 
  - Chyba nie powinnam pytać – zauważam, zakładając nogę na nogę. Pod wpływem jego spojrzenia nerwowo przygryzam wargę i przeczesuję palcami włosy. Z jednej strony podoba mi się, gdy tak na mnie patrzy, ale z drugiej… czuję się zawstydzona, bo wiem, że to absolutnie nic nie znaczy.
  - Teraz moja kolej – nerwowo unoszę wzrok. – Prosiłem cię, żebyś uważała na Kevina.
  Cholera, on wie. Skąd? Nie ma prawa tego wiedzieć. Założę się, że ten kretyn pochwalił się tym połowie współpracowników, więc nie dziwne, że szybko doszło to do Christiana. Ale skoro tak, Stella na pewno suszyłaby mi głowę, to samo Clarie, a obie nie wspomniały wczoraj i dzisiaj ani słowem.
  - Ja… - zaczynam, mimo iż nie mam zielonego pojęcia, co powinnam w tej sytuacji powiedzieć. Przeprosić? To bezsens, nie mam za co. – Jak się o tym dowiedziałeś?
  Przypuszczam, że ma jakieś zastrzeżenia w sprawie prywatnych relacji swoich podwładnych. Chociaż mogłoby to posłużyć za idealną wymówkę do odmowy.
  - Czysty przypadek – stwierdza tylko, ani myśli wyjawić więcej szczegółów. – Proszę cię tylko, byś uważała. Martwię się o ciebie.
  Wyczekuje mojej reakcji, lecz jestem zaskoczona jego słowami. Ostrzega mnie… obydwoje wiemy przed czym. Ale dlaczego? Dlaczego tak się tym przejmuje? Nie ma w tym żadnego interesu, więc nie rozumiem, z jakiego powodu poświęca mojej osobie tyle uwagi.
  - Niepotrzebnie, umiem sama o siebie zadbać – brzmi to nieco ostrzej, niż planowałam na początku, ale mam przecież do tego prawo. To moje życie, a on nie powinien się w nie mieszać. – Taka sytuacja się nie powtórzy, mogę cię zapewnić.
  No i po co mu się tłumaczysz?, krzyczę na siebie w duchu. Bardzo chciałabym poznać odpowiedź.
  - Żeby była jasność, nie mam zamiaru niczego ci zakazywać – dodaje od razu. Toczymy niewypowiedzianą przez nikogo wojnę na spojrzenia, żadne z nas nie ma zamiaru ustąpić. – Po prostu go znam i wiem, do czego może się posunąć.
  Ja też to wiem. Chciał wykorzystać fakt, iż nie byłam do końca sobą. Christian na pewno nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Wie, jak traktować kobiety… i całuje o Niebo lepiej od Kevina.
  Tylko dlaczego muszę myśleć o tym akurat w tym momencie? Powinnam wyjść stąd i to jak najszybciej.
  - Może to ciebie powinno się obawiać?
  Zanim pomyślę nad konsekwencjami tych słów, jest już za późno. Mężczyzna uśmiecha się szyderczo, a ja walczę z pokusą ucieczki. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego nie jest kolejnym zbyt pewnym siebie nowobogackim biznesmenem, na widok którego ogarniałby mnie strach. Wtedy nie dochodziłoby do takich sytuacji, a ja nie miałabym problemu z pohamowaniem emocji w jego obecności.
  - Mnie? Ależ panno Crawford, skąd ten pomysł?
  - No cóż, panie Brewer… nie wiem, czego po panu mogę się spodziewać – oblizuję suche usta w oczekiwaniu na jego reakcję. Po raz kolejny nasza rozmowa wkracza na zbyt niebezpieczne tory. Ale ja nie mam zamiaru nic z tym robić… podoba mi się to.
  - Spokojnie, Anastasio. Być może kiedyś się dowiesz.
Od autorki: Rozdział dodany w terminie - drugi raz z rzędu - bądźcie dumni! Jak się podoba? Wiem, końcówka spieprzona, ale kompletnie nie miałam na nią pomysłu. Mimo to mam nadzieję, że nie jest tak źle. Data kolejnego postu pojawiła się po lewej stronie bloga. Jest on w pełni gotowy, więc również nie spodziewam się zwłoki. Chyba, że akurat nie będzie mnie w domu, ale to raczej mało prawdopodobne. Jak Wam mija początek wakacji? Tylko u mnie była wczoraj ściana deszczu i co chwilę strzelały pioruny? Nie ma to jak wracać do domu pieszo podczas takiej pogody<3 Ogólnie to nie polecam. A teraz kilka spraw.
1. Jeżeli ktoś chciałby czytać to opowiadanie na aplikacji Wattpad, serdecznie zapraszam. *LINK* Komentujcie, gwiazdkujcie, czy co tam jeszcze chcecie!
2. Bohaterowie zostali uaktualnieni, dodałam również tych drugoplanowych, więc zapoznajcie się z nimi. Dziękuję z całego serca za każdy komentarz pod poprzednimi rozdziałami. Miło jest mieć świadomość, że ktoś docenia to, co robisz. Uwielbiam Was po prostu!
L x