poniedziałek, 22 czerwca 2015

Sixteen / Shouldn't have been there

'Zaz­wyczaj wid­mo śmier­ci spra­wia, że bar­dziej sza­nuje­my życie' 

  - Annie, chcę jeszcze! Tym razem niebieskie… takich jeszcze nie jadłem.
  Uśmiecham się na widok twarzy Toby’ego umazanej truskawkowymi lodami. Wykorzystując sobotnie przedpołudnie, pokazuję mu Nowy Jork. Potrzebuję chwili zapomnienia, gdy mogę skupić się tylko i wyłącznie na bracie… no, i jeszcze, żeby nie ubrudzić białej bluzki czekoladowym deserem, ale zostańmy przy tym, że chodzi o niego. 
  Jestem wdzięczna matce. Chociaż raz nie robiła mi wyrzutów i pozwoliła wziąć go na mały spacer. Doskonale wiem, jak grubą nicią swojego czarnego humoru mogłaby się posłużyć, jednak tym razem się powstrzymała. Czy to znaczy, że nie wyzbyła się absolutnie wszystkich ludzkich odruchów? Prawdopodobnie jest to stan przejściowy, ale zamierzam korzystać z niego, ile się tylko da.
  - Mama będzie zła, już wystarczy – mówię, nasłuchując ciekawych argumentów za powrotem do lodziarni po kolejne smakołyki. Dokładne wytyczne, jakie dostałam przed naszym wyjściem, obowiązują cały czas, więc nie zamierzam denerwować rodzicielki.
  Mimo iż nie ma jej w zasięgu wzroku, Charlotte Crawford ma wszędzie oczy i uszy, dowie się o wszystkim, wolę nie ryzykować.
  - Wracamy, mały, musisz zjeść obiad – mówię, spoglądając na zegarek na lewym nadgarstku. Już i tak jesteśmy spóźnieni, więc bez reprymendy się nie obejdzie. Wbrew pozorom potrafię się zająć sobą i Toby’m. Zabranie sześciolatka na lody wcale nie jest tak trudne, jak się wydaje.
  Chłopiec chwyta moją rękę i razem spacerujemy ulicami Wielkiego Jabłka. Dla niego wszystko jest takie inne, nowe. To jego pierwsza wizyta tutaj, ale mam nadzieję, iż nie ostatnia. Z ciekawością przygląda się budynkom, wodzi wzrokiem za mijającymi nas ludźmi, podziwia setki żółtych taksówek na zakorkowanych ulicach. 
  W pewnym sensie ogromnie mu zazdroszczę. Nie musi przejmować się niczym, po prostu chodzi do szkoły, a jego największym problemem są upomnienia nauczycieli. Kiedy byłam w liceum, marzyłam o dorosłości, pragnęłam jej z całego serca. Chciałam być niezależna, wyjechać i udowodnić każdemu, że ja też potrafię coś osiągnąć w życiu. Fakt, jestem teraz tu, gdzie jestem, ale czas mija zdecydowanie za szybko. Moim jedynym życzeniem byłoby cofnąć się te kilka lat wstecz, gdy dopiero zaczynałam edukację. Czy to nie byłoby idealne rozwiązanie? Byłabym dzieckiem, dla którego wielkim osiągnięciem stawała się celująca ocena za naszkicowanie czegoś na kartce białego papieru. Te czasy, niestety, nigdy nie wrócą, a z tamtymi ludźmi całkowicie zerwałam kontakt. Częściowo z własnej woli, lecz była to też ogromna presja matki. Decyzja o moim wyjeździe na Wschodnie Wybrzeże zapadła właściwie z dnia na dzień i to nie ja ją podjęłam. Nawet nie mogłam niczego zakwestionować. Słowo się rzekło i koniec, kropka. Miałam jedynie godzinę na pożegnanie z bliskimi. Godzinę. Zaledwie sześćdziesiąt minut. Cóż za niespotykana łaska miłosierdzia…

~*~

  - Mogę przyjechać do ciebie na wakacje? 
  Tym pytaniem wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy. Od razu odpowiadam twierdząco, lecz wiem, iż to nie będzie takie proste. Nie sądzę, by mama zostawiła go samego pod moją opieką. Jestem przecież tak nieodpowiedzialna, mogłabym podpalić mieszkanie i jak gdyby nigdy nic wyjść, zostawiając go w środku. Nigdy nie zostawiła mnie z nim samym dłużej niż na kilka godzin. Co prawda, tata kilka razy chciał w tej sprawie zabrać głos, lecz nie zdało się to na wiele. Moja rodzicielka ustala proste reguły, których każdy ma się trzymać. Czy mu się to podoba, czy wręcz przeciwnie. Przez te lata nauczyłam sobie z tym jakoś radzić, jednak po długim czasie z dala od domu powoli zapominam, jak to jest żyć życiem, które ktoś inny ci zaplanował.
  - Anastasio! – krzyk Brody’ego nieco ostudza mój entuzjazm. Po co na mnie czeka? I to na dodatek przed drzwiami? No tak, chce mieć pewność, że na pewno się z nim zobaczę.
  Jasna cholera. Toby!
  - Kim jest ten pan? – dziwi się malec, wskazując na szatyna palcem. Próbuję ukryć swoje zdezorientowanie, lecz to tylko dobra mina do złej gry. Lepszego momentu wybrać sobie nie mógł.
  - To mój znajomy – tłumaczę szybko, widząc zdziwioną minę mężczyzny. – Mój brat – dodaję. Nie chcę, by zaczął coś sugerować, chyba nie jestem jeszcze na to gotowa. I nigdy nie będę. – Musimy już iść, do zobaczenia.
  - Ale my musimy porozmawiać – staje przede mną, umożliwiając dalsze przejście. Nie mogę pokazać mu, że coś jest nie tak, wtedy zatriumfuje. A ja znowu przegram. – To naprawdę bardzo ważne.
  - Nic nie jest na tyle ważne, by nie mogło poczekać. Porozmawiamy, słowo, ale kiedy indziej.
  Chcę szybko znaleźć się w swoim mieszkaniu i wysłuchiwać o tym, jak to nie znam się na zegarku, ponieważ spóźniliśmy się kilka minut.
  - Masz piękną siostrę, mały – mówi jeszcze, gdy znikamy za drzwiami. Oddycham z ulgą, chociaż jeden problem z głowy.
  Znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odpuści. Jeżeli chce czegoś ode mnie, prędzej czy później stanę z nim twarzą w twarz. Jednak nie w najbliższej przyszłości, to absolutnie pewne.
  Od razu po przekroczeniu progu dochodzą do nas słowa matki.
  - Spóźniliście się! Anastasio, chyba nie muszę ci przypominać… - uśmiecham się sztucznie, kierując kroki do kuchni. Teraz we własnym domu czuję się jak intruz, ktoś niepożądany. Daję słowo, tylko ta kobieta może wywołać w człowieku takie odczucia.

~*~

  To nienormalne, żebym odczuwała strach przed zwyczajnym przemieszczaniem się po własnych czterech ścianach. Od dobrych dwóch godzin nieustannie siedzę w sypialni i przeglądam niezbadane zakątki Internetu, pochłaniając śmieciowe jedzenie, któremu za żadne skarby nie potrafię się teraz oprzeć. Stres wspomaga apetyt, a w obecnym stanie nie obraziłabym się za powiększoną porcję frytek i litr coli. Aktualnie zadowalam się dużą paczką paprykowych chipsów i kwaśnymi żelkami. Idealny jadłospis jak dla miłośniczki zdrowej żywności.
  Gdy dzwoni telefon, klnę pod nosem, ponieważ muszę ruszyć się ze swojego wygodnego miejsca. Seksowny głos Adama Levine rozbrzmiewa po całym pokoju, wprawiając mnie w nieco lepszy nastrój, który i tak za chwilę znika, gdy zdaję sobie sprawę, że muszę porozmawiać z jakimś człowiekiem. Teraz wyjątkowo irytuje mnie cała ludzkość. Żelki mi wystarczą.
  Dostrzegając na wyświetlaczu imię mojego rozmówcy, w pierwszej chwili mam ochotę zignorować połączenie. Jednak cichy głosik w głowie przypomina mi o dobrych manierach.
  Szlag by cię.
  - Halo?
  - Annie, zapomniałaś, że mi coś obiecałaś!
  Nie mam pojęcia, po co Kevin dzwoni akurat teraz. Nie przypada mi do gustu również jego ton. Mogłabym wręcz przysiąc, że właśnie w tej chwili się uśmiecha. Chcę od razu się rozłączyć, lecz byłoby to niestosowne… od kiedy jestem taka kulturalna?
  - Cześć – zaczynam cicho. – No, faktycznie zapomniałam… jeśli w ogóle kiedyś obiecałam.
  - A nasza kolacja? – pyta zafrasowany. – Okay, wczoraj odmówiłaś, ale nie daj się prosić ponownie! Spędzimy miło czas, porozmawiamy, zjemy coś. Co ty na to?
  - Kevin, ja… dzisiaj też nie mogę – tłumaczę, lecz wiem, jak głupio musi to brzmieć. Na nic się to nie zda, on nie zamierza odpuścić, słyszę to w jego głosie. W innych okolicznościach może i bym się zgodziła, lecz teraz wolałabym się nie ruszać z domu na krok.
  - Nie kupuję tego, mała – odpowiada zadziornie. Nie podoba mi się to. – To jak? Adres znam – wolę nawet nie pytać, skąd uzyskał takowe informacje. Szpiegowanie współpracowników nie jest przypadkiem nielegalne? – Przyjadę za godzinę, dobrze?
  - Ale… - moja dalsza wypowiedź nie będzie mieć żadnego większego sensu, więc nawet jej nie kontynuuję. I tak postawi na swoim. Za sześćdziesiąt minut zobaczę go w progu i raczej nie uśmiecha mi się jego spotkanie z moją matką. A wiem, że w przypadku kolejnej odmowy musiałabym spędzić z nim czas tutaj. Nie, to absolutnie nie wchodzi w grę. – Zgoda, będę gotowa. Do zobaczenia.
  Może to faktycznie dobry pomysł? Nie mogę ukrywać się przed światem i unikać towarzystwa innych ludzi tylko dlatego, iż boję się, co może pomyśleć mama. Mimo iż są to rzeczy zazwyczaj nie zbyt pozytywne, ale to już inną drogą…
  Ani jej, ani Toby’emu nie mówię nic o planowanym wyjściu. Żadnemu ta wiedza nie jest szczególnie potrzebna do szczęścia. Nie chcę, by rodzicielka znowu wytknęła mi wszystkie wady. Znam je bardzo dobrze, więc nie potrzebuję zbędnego przypomnienia. Do cholery, jestem już dorosła, znajduję się w SWOIM mieszkaniu, co oznacza, że mogę z niego wychodzić, gdzie chcę i na ile chcę bez zawiadamiania o tym całego świata.
  Poprawiam błyszczyk na ustach i wygładzam bordową dopasowaną sukienkę sięgającą przed kolana. Może jest jednak odrobinę za krótka? Nie chcę pokazać zbyt wiele, zwłaszcza jemu. To ma być niezobowiązujące nikogo spotkanie, nie żadna randka. Tak jak mówił – zjemy coś i spędzimy miło czas, nic więcej. Mam tylko nadzieję, że on również zdaje sobie z tego sprawę. W przeciwnym wypadku oboje będziemy mieli poważny problem.

  Całkowicie ignorując zaskoczone spojrzenie i pogardliwe uwagi matki, wychodzę z mieszkania od razu po otrzymaniu wiadomości od Kevina. Jestem mu ogromnie wdzięczna, że nie wszedł na górę. Może nie wie, które piętro? Jak widać wszystkiego nie da się wykraść, jakież to przykre. Nie chce mi jednak powiedzieć, gdzie się udajemy. Niespodzianka. Najbardziej na świecie nienawidzę niespodzianek.
  - A może jednak? – pytam z nadzieją.
  - A może jednak nie? – odpowiada, uśmiechając się szeroko. – Annie, spokojnie. Wrócisz do domu w jednym kawałku. Tak jak mówiłem, zjemy coś i spędzimy miło czas. 
  Widzę, iż dalsze prośby nie zaprowadzą mnie za daleko, więc ich zaprzestaję. Jeśli będzie czegoś próbował, mogę zawsze zacząć krzyczeć wniebogłosy lub wyskoczyć z samochodu (Crawford, gratuluję toku myślenia). Natychmiastowa reakcja ludzi gwarantowana, a ja pozbędę się problemu. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że setki razy wolałabym dalej siedzieć zabarykadowana w swojej sypialni, aniżeli tutaj. Nie, to nie tak, że go nie lubię, po prostu… jest w nim coś takiego, co sprawia, że lepiej trzymać się od niego z daleka. Nawet Christian o tym wspominał, ostrzegał mnie. Do teraz tego nie rozumiem, lecz chyba miał ku temu powód. Zna go zdecydowanie dłużej, więc wierzę mu na słowo. Dzisiejszy wieczór to zweryfikuje. Może nie będzie tak źle?
  Kevin prowadzi mnie do La Masseria Dei Vini. Nigdy tutaj nie byłam. W Wielkim Jabłku co parę kroków można spotkać restaurację, czy kawiarnię. Prawdopodobnie żaden nowojorczyk nie odwiedził ich wszystkich. Rok temu razem z Arianą chciałyśmy ten cel zrealizować, lecz bardzo szybko się poddałyśmy. Mi osobiście wystarczy Starsbuck niedaleko mojego domu, więcej do szczęścia nie potrzebuję.
  - Lubisz kuchnię włoską?
  Ma szczęście, że ją uwielbiam. Gdyby przyprowadził mnie w miejsce, gdzie serwują sushi, nasze spotkanie właśnie by się zakończyło. Szkoda, że tego nie zrobił… miałabym idealny pretekst do ucieczki.
  - Oczywiście – przytakuję z entuzjazmem.
  Myśl pozytywnie, nakazuję sobie w duchu. Nie może być aż tak źle. Za kilka godzin całkowicie zmienię opinię o Kevinie i sama będę na siebie zła, że nie chciałam dać mu szansy. Kto wie? Być może okaże się inny niż przewidywałam?
  - Naprawdę cieszę się, że jednak się zgodziłaś – zaczyna, gdy zajmujemy miejsca przy zarezerwowanym stoliku. Mężczyzna ubrany w idealnie białą koszulę i czarną jak smoła kamizelkę podaje nam karty z daniami i oddala się na moment, by dać nam czas do namysłu.
  - Niby dlaczego?
  - Po prostu chcę cię lepiej poznać – zawiadamia. – Annie, masz coś takiego w sobie… coś, co nie pozwala oderwać od ciebie wzroku.
  Całe moje ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz. Powinnam to odebrać jako komplement, lecz w jego ustach te słowa wcale nie brzmią przyjaźnie. Albo ze mną jest coś nie tak i każde miłe słowa ze strony jakiegoś mężczyzny traktuję niczym otwarte wyznanie seryjnego mordercy, że jestem jego kolejnym celem, albo... nie, to ze mną jest coś nie tak. Mam powoli dość tej paranoi.
  - Nie ma we mnie niczego niezwykłego, zapewniam – poprawiam niesforny kosmyk włosów i zakładam nogę na nogę. Czy mi się wydaje, czy jest o parę stopni cieplej niż tę minutę temu?
  - Ależ jest – oponuje natychmiastowo. – Od początku naszej znajomości chciałem się z tobą dłużej porozmawiać, a teraz wreszcie mam okazję.
  Jego ton, jego spojrzenie… nie jestem pewna, czy mi się to podoba.
  - To tylko spotkanie, nie żadna randka. Wiesz o tym, prawda? – wolę sprowadzić go na Ziemię już teraz, by potem obyło się bez zbędnych niedomówień.
  - Naturalnie. Zależy mi, by na początku lepiej się poznać.
  Kamień z serca.
  Biorę głęboki oddech, uśmiechając się przyjaźnie. W jednej chwili moje obawy znikają, ponieważ obydwoje wiemy, na czym stoimy. Skoro to jedynie niezobowiązująca kolacja, nie widzę problemu, bym mogła chociaż na chwilę przestać myśleć o swoich problemach i tym, co czeka mnie w domu, gdy wrócę.
  - Więc czego się napijesz? 

~*~

  Do prawdy nie mam bladego pojęcia, czego tak bardzo się obawiałam. Kevin może nie jest idealny, lecz takowy mężczyzna nie istnieje. W kilku sprawach nasze poglądy diametralnie się od siebie różnią, w znacznej mniejszości – zgadzają, ale i tak cieszę się, że tutaj jestem. Od dwóch godzin rozmawiamy, popijając czerwone wino. Okazuje się być interesującym człowiekiem, może tylko za bardzo skupionym na sobie. Chce też wszystko wiedzieć. Wypytuje o rzeczy, których wolałabym nie ujawniać. Czy mieszkam sama, czy myślę o związku. Jeśli tak, na jakich zasadach. Nie chcę na to odpowiadać, to w końcu nie randka, nie powinien sobie niczego obiecywać. Cały czas subtelnie udaje mi się zmienić temat i przejść na neutralny grunt. Na szczęście nie dostrzega tego i po chwili zapomina, co chciał ode mnie wyciągnąć.
  - Powinnam już iść – mówię, spoglądając na zegarek zdobiący mój lewy nadgarstek. Kilka minut po dwudziestej drugiej. 
  Chyba tego nie przemyślałam…
  - Oczywiście.
  Kevin reguluje rachunek, po czym wychodzimy z restauracji. Tak naprawdę ani razu dobrze nie przyjrzałam się jej wnętrzu. Początkowo byłam skupiona na swoich obawach, potem całkowicie na nim.
  - Liczę na szybką powtórkę, Annie – uśmiecha się, spoglądając na mnie kokieteryjnie. Biorę głęboki oddech i odpowiadam wymijająco. Było miło, fakt. Bardzo miło. Ale nie jestem pewna, czy chcę jakąkolwiek powtórkę.
  
  Otwiera przede mną drzwi i podaje rękę, bym mogła wysiąść z samochodu. Widzę po nim, iż oczekuje zaproszenia na górę. Nie mówi tego głośno, lecz jego ciało aż krzyczy. Jedną ręką obejmuje mnie w talii, zmniejszając odległość między nami do absolutnego minimum. Co on robi? Ja tego nie chcę… a może jednak chcę? Oblizuję usta, które w jednej chwili stają się suche. Nie powinnam tego robić w żadnym wypadku, lecz nie mogę się powstrzymać. Zastanawiam się, jak to jest czuć jego wargi na swoich, jego dłonie na moim ciele… Och, co on ze mną robi?
  Nie, nie, nie…
  - Jesteś piękną kobietą, Ana – mruczy, po raz kolejny dzisiaj prawi mi komplementy. Ujmuje moją prawą dłoń. – Pozwolisz mi wejść?
  Nerwowo rozglądam się dookoła. Wiem, że nie mogę pozwolić mu się zmanipulować, ale jakaś niewidzialna siła mnie do niego ciągnie. Albo to, albo wypity niedawno alkohol. Tak, zdecydowanie to drugie.
  Mówiłam mu, że nie szukam drugiej połówki. Nie nadaję się do poważnych związków, zawsze coś zepsuję, sprowadzam kłopoty z odległości kilku mil. Seks bez zobowiązań również nie leży w mojej naturze. Nie mogę, po prostu nie mogę… nie kolejny raz. Przykro mi, nic z tego.
  - Lepiej będzie, jak już pójdziesz… proszę – dukam łamiącym głosem. On tylko wzmacnia swój uścisk, napierając na mnie swoim ciałem. Mogę poczuć szybkie bicie jego serca i niesamowity zapach męskich perfum. Chryste, niech on sobie idzie. Nie chcę, żeby mnie dotykał.
  Widzi, że nie zamierzam odpuszczać. Całe szczęście.
  - Następnym razem – mruczy, spoglądając mi w oczy. Tkwimy w tej pozycji kilka sekund, minut, a może nawet godzin. Nie wiem, czas staje w miejscu. Gdy nasze wargi się stykają, chcę jak najszybciej stamtąd uciec. Jednak tego nie robię, wręcz przeciwnie. Lewą dłoń opieram na ramieniu mężczyzny, oddając słodką pieszczotę. Eksploruje moje podniebienie, kosztuje od środka, zjeżdżając dłońmi nie tam, gdzie trzeba. Nie powstrzymuję go, nie potrafię. Wiem, że takowa sytuacja winna nigdy nie mieć miejsca, lecz człowiek popełnia błędy, by później stać się mądrzejszym i bogatszym o bagaż doświadczeń. W moim wypadku jest on już zbyt ciężki, bym potrafiła sobie sama z nim poradzić. Niestety, nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc… albo po prostu nie chcę mieć.
  - Muszę iść – szepczę, gdy na moment się od siebie odrywamy. Uśmiecha się, nie odrywając wzroku od moich warg. Cała drżę. Częściowo jest to spowodowane nieodpowiednim ubraniem o tak późnej porze, lecz głównie to zasługa mego towarzysza. – Do poniedziałku.
  - Jesteś wyjątkowa – wyznaje. Słyszałam to kilka razy, dzięki czemu wiem doskonale, iż to nieprawda. Po prostu jako pierwsza kobieta od dłuższego czasu nie pozwalam mu się dotknąć i zostać na noc. Tak, jedynie pod tym względem mam prawo nazywać się wyjątkową.
  Jestem wyjątkowym tchórzem.
  Zamykam za sobą drzwi i dopiero wtedy wypuszczam głośno powietrze z ust. Co ja najlepszego zrobiłam? Brakuje mi tylko tego, by narobił sobie nadziei. W całym mieszkaniu panuje ciemność, lecz nie chce mi się wierzyć, że nikt na mnie nie czeka. Toby na pewno już śpi, ale mama nie przepuściłaby takiej okazji. Zbyt dobrze ją znam.
  No i wykrakałaś.
  Podczas gdy w horrorach w takich momentach nagle całą scenerię opanowuje ciemność, lampa w salonie rozbłyskuje rażącym mnie w oczy światłem. Świetnie. Jeszcze dosłownie kilka sekund i siedziałabym z powrotem zamknięta w swojej sypialni. Przy ścianie stoi mama z założonymi rękami na piersi i surowym wyrazem twarzy. Na razie żadna z nas nic nie mówi, nie musimy. Toczymy za to walkę na spojrzenia. Nienawidzę tego, lecz tym razem nie zamierzam przegrać.
  - Anastasio, nie przestajesz mnie zaskakiwać – tym razem ona pierwsza odwraca wzrok. – Myślałam, że chociaż na czas naszej wizyty się opanujesz. Ale jednak… no cóż, gratuluję.
  - Jestem dorosła i to moja sprawa kiedy, na ile i z kim wychodzę – warczę, przyjmując bojową postawę. Muszę zapamiętać, by przed każdą rozmową z matką wypić kilka lampek wina. Od razu w człowieka wstępuje pewność siebie i zapał do walki. – Nie masz prawa się w to mieszać.
  - Moja córka zachowuje się jak dziwka, a ja mam siedzieć bezczynnie?
  Zaciskam zęby, byleby tylko nie powiedzieć niczego niestosownego. To, że ona cały czas mi ubliża, wcale nie oznacza mus odpłacania się pięknym za nadobne. Mimo iż czasami jestem już bardzo blisko.
  - Widzisz mnie raz na rok. To chyba trochę za mało, by w jakikolwiek sposób wyciągać wnioski, prawda? – oponuję, lecz teraz nawet alkohol przestaje działać. Od samego początku jestem na straconej pozycji.
  - To wystarczająco na przekonanie się, że jesteś największą pomyłką w moim życiu, słoneczko – zachowuje kamienny wyraz twarzy, ja już nie daję rady. To za trudne. Dlaczego to właśnie moja mama musi za każdym razem mieszać mnie z błotem i wypominać nawet najdrobniejsze przewinienia? Chcę po prostu z nią porozmawiać, przytulić się i usłyszeć, że bardzo mnie kocha. Ale ona mnie nienawidzi. Swoją obecnością zniszczyłam jej życie i wiem o tym, odkąd nauczyłam się chodzić.
  - Zaniemówiłaś? Tak trudno przyjąć prawdę? No tak, płacz sobie, niczego więcej nie potrafisz, jedynie użalać się nad sobą.
  Moja maska opada, odsłaniając wszelkie słabości. Nie potrafię tak dłużej, nie chcę tak dłużej. Opuszkiem palca ocieram słoną ciecz, niszczącą starannie wykonany makijaż. Mój podbródek zaczyna drżeć, tak samo zresztą jak całe ciało. Nogi stają się jak z waty, jeszcze chwila, a po prostu stracę równowagę.
  Nie mogę dłużej przebywać w tym pomieszczeniu. Czuję odrazę nawet do własnego mieszkania tylko dlatego, że ona w nim jest. To niesamowite, jak wielki wpływ wywiera na mnie ta kobieta. Nie umiem nic z tym zrobić, jestem zwyczajnie za słaba, a moja psychika nie wytrzyma jeszcze więcej.
  - Jeżeli nie masz mi nic więcej do powiedzenia, wychodzę – rzucam, po raz kolejny podchodząc do drzwi. Nie spędzę nocy w tym domu, nie ma takiej opcji. – Możesz sobie myśleć, co chcesz, nie obchodzi mnie to.
  Trzaskam drzwiami, przypuszczalnie budząc kilku najbliższych sąsiadów. Momentalnie znajduję się na ulicy. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Nienawidzę jeździć samochodem po ciemku, więc nawet nie myślę o wyciągnięciu kluczyków.
  Jedynym w miarę sensownym rozwiązaniem będzie udanie się do Ariany. Mam tylko nadzieję, iż w niczym jej nie przeszkodzę. Decyduję się na spacer, mieszkamy jedynie kilka minut drogi od siebie. Chyba pierwszy raz całkowicie nie zwracam uwagi na ludzi na ulicach i rozpędzone samochody. Niezależnie od godziny Nowy Jork tętni życiem, kolorowe światła billboardów w pełni mogą zastępować uliczne latarnie. Jest weekend, więc tym bardziej nie brakuje osób wracających bądź dopiero zmierzających na imprezę. Chciałabym być jedną z nich. Dać się ponieść muzyce i podbijać parkiet z przypadkowo poznanym mężczyzną, by potem wypić kolorowe drinki przygotowane przez przystojnego barmana. Zamiast tego za wszelką cenę staram się ukryć łzy, by nikt nie wziął mnie za jeszcze większą wariatkę. Trzęsę się z zimna, żałując, iż przed wyjściem nie wzięłam na siebie żadnej kurtki lub chociaż swetra. O tak, byłoby o Niebo lepiej. I cieplej.

  Z lekką obawą pukam do drzwi. Jeśli ktoś u niej będzie, nie wiem, co zrobię. To jedyna osoba, która zna moją sytuację rodzinną. Do nikogo innego nie wpadnę zapłakana w środku nocy bez wyjawiania konkretnego powodu. Zamknęliby mnie w zakładzie dla obłąkanych… chociaż może to właśnie tam jest moje miejsce.
  - Annie? – pyta zaskoczona kobieta w różowej piżamie. Mam ogromne szczęście, że ją zastałam.
  - Mogę u ciebie przenocować?
  Podciągam nosem, oplatając klatkę piersiową ramionami w geście obronnym. Przyjaciółka nic nie mówi. Nie musi, doskonale wszystko rozumie. Właśnie dlatego tak bardzo ją kocham.
  - Zrobię kawę – proponuje, wpuszczając mnie do środka. Resztkami sił zmuszam się do uśmiechu, wychodzi jedynie niekształtny grymas. Nawet nie ma pojęcia, jak bardzo jej zazdroszczę. Ariana kocha życie, stara się czerpać z niego całymi garściami.
  Ja swojego nienawidzę.
Od autorki: Pierwszy raz od dłuższego czasu (albo jedyny, jak kto woli) dodaję rozdział przed ustalonym terminem, możecie być ze mnie dumni! Mam nadzieję, że Wam się podoba. Wyszedł dłuższy niż zazwyczaj, mały prezent na zakończenie roku szkolnego. Chociaż jego treść może nie jest zbyt wielką rekompensatą:) Co sądzicie? Ja jestem zadowolona. Nie będę się rozpisywać, więc chciałam tylko powiedzieć, że życzę Wam wszystkich udanych wakacji. Z jednej strony nie mogę się doczekać piątku, ale z drugiej - będę płakać, więc nie szczególnie chcę jutro ubierać szpilki i pędzić do kościoła. Wszystkim trzecioklasistom, którzy rozstają się ze swoją klasą i są z nią zżyci tak jak ja ze swoją, współczuję z całego serca. Wiem, przez co przechodzicie. A dla drugoklasistów mam radę. Nie róbcie jak ja - nauka do egzaminów popołudniem przed rozpoczęciem części humanistycznej. Pieprzę jak stara nauczycielka, ale taka prawda. Sama jestem na siebie zła, że w kwietniu robiłam wszystko z mega wielką łaską. Egzaminy poszły mi dobrze, fakt, ale to zwykłe szczęście. Okay, i się jednak rozpisałam xd
PS. Dodałam dwie nowe zakładki: Liebster Award (chyba nie muszę wyjaśniać) i spis ulubionych blogów, które przeglądam regularnie (znajdują się tam też buttony katalogów, szablonarni etc, z których korzystam/korzystałam). Również jutro - albo jeszcze dzisiaj, zobaczę - po lewej stronie bloga pojawi się mała niespodzianka. Ania 1231484, coś dla Ciebie  ;')
Dziękuję, że tu jesteście<3
L x

czwartek, 18 czerwca 2015

Zapowiedź

'Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem'

  Tak, wiem, że nie ma szóstej rano, ale chyba każdy trzecioklasista wstał wcześniej, żeby sprawdzić wyniki egzaminów. Jak Wam poszło? Ja nie ukrywam, część nieco zawaliłam, ale i tak wynik jest lepszy niż przewidywałam, więc mam powody do radości<3
  Korzystając z faktu, że wypiłam już kawę, a co się za tym wiąże - nie ma szans, bym teraz zasnęła (poczekam sobie do dzisiejszej biologii), więc mam dla Was krótką zapowiedź kolejnego rozdziału. Dokończę do (mam nadzieję) w weekend, a dodam prawdopodobnie w czwartek lub piątek. Oby się spodobało:)
  A właśnie! Czy któraś z Was będzie w tą sobotę w Dębicy na koncercie? Wiem tylko, że będzie tam Kwiatkowski, Hey i kilka innych zespołów. Jeżeli tak, dajcie mi znać, poszukamy się xd
  Wszystkie zaległości skomentuję dzisiaj lub jutro, wybaczcie za zwłokę. Tak naprawdę ten tydzień był najgorszy, wczoraj utknęłam z rozprawką dla maturzystów dla mojego kochanego polonisty. Zeszło mi może z trzy godziny, ale to głównie moja wina. Sprawdzanie internetów, wyjście na lody i kompromitacja na placu zabaw raczej nie była dobrym pomysłem, ale co zrobić.. znam jego adres, jak mi nie zaliczy, wpadnę z patelnią albo coś xd
  Nie przedłużając, zapraszam do zapowiedzi. Wiem, że jest krótka, ale nieco zaspojleruje Wam dalszą akcję. Enjoy!

- Annie, zapomniałaś, że mi coś obiecałaś!
  Nie mam pojęcia, po co Kevin dzwoni akurat teraz. Nie zbyt podoba mi się również jego ton. Mogłabym wręcz przysiąc, że właśnie w tej chwili się uśmiecha. W pierwszej chwili chcę od razu się rozłączyć, lecz byłoby to niestosowne… od kiedy jestem taka kulturalna?
  - Cześć – zaczynam cicho. – No faktycznie zapomniałam… jeśli w ogóle kiedyś obiecałam.
  - A nasza kolacja? – pyta zafrasowany. – Okay, odmówiłaś, ale nie daj się prosić! Spędzimy miło czas, porozmawiamy, zjemy coś. Co ty na to?
  - Kevin, ja… dzisiaj też nie mogę – tłumaczę, lecz wiem, jak głupio musi to brzmieć. Na nic się to nie zda, on nie zamierza odpuścić, słyszę to w jego głosie. W innych okolicznościach może i bym się zgodziła, lecz teraz wolałabym się nie ruszać z domu na krok.
  - Nie kupuję tego, mała – odpowiada zadziornie. Nie podoba mi się to. – To jak? Adres znam – wolę nawet nie pytać, skąd uzyskał takowe informacje. Szpiegowanie współpracowników nie jest przypadkiem nielegalne? – Przyjadę za godzinę, dobrze?
  - Ale… - moja dalsza wypowiedź nie będzie mieć żadnego większego sensu, więc nawet jej nie kontynuuję. I tak postawi na swoim. Za sześćdziesiąt minut zobaczę go w progu i raczej nie uśmiecha mi się jego spotkanie z moją matką. A wiem, że w przypadku kolejnej odmowy musiałabym spędzić z nim czas tutaj. Nie, to absolutnie nie wchodzi w grę. – Zgoda, będę gotowa. Do zobaczenia.

L x

czwartek, 4 czerwca 2015

Fifteen / Family issues

'Musisz postanowić, że bez względu na wszystko, osiągniesz wymarzony cel'

  Czekamy z rozpoczęciem poważnej rozmowy do momentu, gdy Toby pójdzie spać. Zmienił się przez ostatnie pół roku. Ma krótsze włosy i jest o parę milimetrów wyższy. Tak bardzo się za nim stęskniłam, a teraz wreszcie mogę go zobaczyć. Uczucie wspaniałe, wręcz nie do opisania. Wiąże się jednak z tym obecność mojej mamy, co cieszy mnie odrobinę mniej – żeby nie powiedzieć w ogóle. Ze względu na brata będę musiała udawać i stwarzać pozory, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo co ja mu powiem? Jak wytłumaczę fakt, że Charlotte Crawford pała nienawiścią do swej córki?
  Toby ma niespełna sześć lat, przecież nie zrozumie… chociaż nawet gdyby był starszy, nie zdobyłabym się na odwagę powiedzenia prawdy. Pewnie nie zdobędę się nigdy. Niestety, nie potrafię tego zrobić, zbyt bardzo się boję. Czego? Że nie zaakceptuje tego, że mnie znienawidzi. Powodów jest wiele, a ja nie mam siły roztrząsać ich wszystkich. Jestem na to za słaba psychicznie.
  Zastanawia mnie tylko jego obecność tutaj. Mamy koniec maja, rok szkolny trwa, a Toby chodzi do przedszkola. Dlaczego zrobił sobie przerwę? Nie zdziwiłabym się, gdyby było to tylko i wyłącznie ze względu na mnie.
  No tak. Test. Zwykły sprawdzian. 
  Znowu czuję się tak, jakbym właśnie siedziała w ławce i zakreślała na kartce papieru prawidłowe odpowiedzi. Od wyników zależy bardzo wiele. W tym wypadku – absolutnie wszystko. Jeśli mi się nie uda, próby przywrócenia tej sytuacji do normy zakończą się fiaskiem. Nie mogę na to pozwolić, zbyt wiele czasu już się na to godzę.
  - Anastasio – surowy głos wyrywa mnie z zamyślenia. Mimo iż jesteśmy tego samego wzrostu, czuję się przy niej wyjątkowo mała. Góruje nade mną i czerpie z tego powodu satysfakcję. – Chyba najwyższa pora, żebyśmy porozmawiały.
  Przytakuję bez słowa, opierając się o blat kuchenny. Z trudem przełykam ślinę, biorąc kilka głębszych wdechów. Nie mogę pozwolić sobie na chwilę słabości… muszę pokazać, iż parę lat temu popełniła błąd. Największy błąd w swoim życiu.
  Chociaż teraz utwierdzam się tylko w przekonaniu, w którym trwam od samego początku. Że jestem jednym wielkim błędem. To się nie zmieni, zawsze będę o tym pamiętać.
  - Masz rację – dukam, nerwowo przygryzając wargę.
  Żadna z nas nie zdobywa się na niepotrzebne uprzejmości. Inne matki, gdy nie widzą swoich córek pół roku, od razu niemalże duszą je w swoich objęciach i przez dobre pół godziny wypominają, jak to się bardzo zmieniły. Mimo iż nie zmieniły się w ogóle. Tak jest, gdy Jack odwiedza rodziców. Alison potrafi zauważyć dłuższy o milimetr kosmyk włosów.
  Z nami jest jednak inaczej. My nigdy nie okazujemy sobie uczuć. Można by rzec, że jesteśmy dla siebie niczym obce osoby. Kiedyś prawdopodobnie było inaczej. Nie jestem pewna, musiałabym być bardzo malutka.
  - Jesteśmy wcześniej, niż zakładałam, ale mam ku temu pewne powody.
  - Cieszę się. Na jak długo zostajecie? – próbuję odegrać troskliwą córeczkę, która ogromnie cieszy się z odwiedzin rodzicielki, lecz nie jestem tak dobrą aktorką, jak myślałam.
  - Nie musisz udawać, Anastasio, to zbyteczne. Już chcesz się pozbyć Toby’ego? Myślałam, że… a zresztą, jednak się pomyliłam.
  Zaciskam obie dłonie na blacie, moje knykcie bieleją. Nie powinnam odpowiadać żadnym zgryźliwym komentarzem, ale w tej chwili z trudem trzymam język za zębami. Jedno z największych wyrzeczeń w moim życiu – bycie opanowaną podczas rozmowy z Charlotte Crawford udaje się nielicznym, ja wliczam się w to wąskie grono. Cóż, lata praktyki.
  - Nie pomyliłaś się. Po prostu pytam… pracuję i często nie ma mnie w domu – odpowiadam szybko.
  Wdech i wydech, wdech i wydech.
  - A zastanawiałam się, czy dalej jesteś na utrzymaniu Gilbertów – uśmiecha się w ten swój cyniczny sposób, którego nienawidzę z całego serca. – Nie mówiłam tego jeszcze, ale bardzo ładne mieszkanie. Nieźle się tu urządziłaś, córeczko. Czapki z głów.
  - Potrafię sobie radzić lepiej, niż myślisz. Nie muszę być od kogoś zależna.
  - Och, wiemy dobrze, jak potrafisz sobie radzić. Między innymi dzięki temu zawdzięczamy obecną sytuację.
  Śmieje się. Nie, nie ma prawa tego wyciągać. Nie kolejnym razem. Robi to zawsze, gdy brakuje mi argumentów. Miesza mnie z błotem, a ja nie mogę nic zrobić. Wiem, że ma rację. Zniszczyłam wszystko i to na własne życzenie. Bóg wyznacza mi nadzwyczajnie bolesną pokutę. Nie pozostaje nic innego, jak tylko zapłacić za grzechy. Zasłużyłam sobie.
  - Nie masz prawa, żeby…
  - Kochanie, nie przeceniaj się – przerywa od razu. – Muszę sprowadzić cię na Ziemię, bo za bardzo bujasz w obłokach. Zawiniłaś, a teraz ponosisz konsekwencje. Przykro mi, ale tak musi być. Jeszcze nie zauważyłaś?
  Wcale nie jest ci przykro.
  Przeczesuję palcami lekko wilgotne włosy. Bacznie obserwuję jej ruchy. Pewna postawa, skrzyżowane ręce na piersi. Czarne oczy taksują mnie ironicznym spojrzeniem, wręcz czuję, jak wytyka mnie palcem i cały czas przypomina o popełnionych błędach.
  Nie musi, myślę o nich codziennie, ale miło, iż tak bardzo troszczy się, bym przypadkiem nie przestała się obwiniać. Tak, to wspaniałomyślne i dokładnie w stylu matki.
  - Dokończmy jutro. Jestem zmęczona, pójdę się położyć – informuję i wychodzę, nawet na nią nie patrząc. Nie obchodzi mnie, co teraz pomyśli. Chcę jedynie zgasić światło i wreszcie przestać udawać kogoś, kim nie jestem. 
  Kobietę silną i pewną siebie – gotową na każdą niespodziankę, jaką przyniesie jej los. W rzeczywistości wcale taka nie jestem, nie potrafię być.
  Nie wiem, być może świat byłby lepszy beze mnie. Może kiedyś się o tym przekonam, ale na razie nie teraz. To kolejna rzecz, za którą nienawidzę samej siebie.
  Tchórzostwo. Nie potrafię nawet wykonać paru cięć żyletką. Boję się tego bólu, boję się, że to wcale nie przyniesie ukojenia. 
  Jak taki ktoś jak ja daje sobie radę? Coraz częściej się nad tym uporczywie zastanawiam.

~*~

 Staram się zachowywać jak najciszej, by nie obudzić mamy i brata. Specjalnie nie zakładam butów, by dźwięk stukania obcasów nie rozniósł się echem po całym mieszkaniu. Za to pewnie też dostałabym reprymendę. Odstawiam kubek pełen kawy na blat, nie kwapiąc się nawet zjedzeniem śniadania. Po wczorajszym wieczorze mój żołądek to jeden wielki supeł, nie dam rady nic w siebie wmusić. Nie mam pojęcia, jak będę funkcjonować, ale liczę na to, iż godziny w pracy pozwolą mi choć na chwilę zapomnieć o czekającym mnie czasie w towarzystwie rodzicielki.
  Ciągłe trajkotanie Stelli i teorie spiskowe na temat Christiana wydają się teraz szczególnie miłym spędzeniem dnia. Wszystko, byleby nie konfrontacja z matką.
  - Wychodzisz już?
  Cholera.
  Jednak nie zachowywałam się dostatecznie cicho. Nie powinnam się dziwić, ta kobieta budzi się na dźwięk gotującej wody z drugiego końca domu. Ma niespotykanie lekki sen, zdążyłam już o tym zapomnieć. Długi czas musiałam uważać, by w nocy po powrocie od przyjaciółki nie wyrwać jej z objęć Morfeusza. Niestety, nigdy mi się nie udało tego dokonać.
  - Tak. Przepraszam, śpieszę się – mówię i przy okazji zakładam szpilki w bordowym kolorze pasujące do ciemnej sukienki, jaką mam na sobie.
  - Mamy do omówienia jeszcze kilka rzeczy, więc bądź łaskawa dzisiaj tu nikogo nie przyprowadzać.
  Nie pamiętam, kiedy gościłam tu jakiegoś mężczyznę. Nie przyprowadzam obcych ludzi do swojego mieszkania. To mój azyl, terytorium, gdzie tylko ja mam władzę i nikomu nie pozwalam tego niszczyć.
  - Do zobaczenia – ucinam, zamykając za sobą drzwi. Obym jakoś przetrwała ten dzień.

~*~

  Staram zachowywać się tak, jak gdyby nigdy nic. Chyba jakoś mi wychodzi. Nikt o nic nie pyta, nikt nie dostrzega niczego niecodziennego, nawet Clarie, a to znak, że perfekcyjnie udaje mi się maskować uczucia. Cały czas jednak myślę o tym, co czeka mnie w domu. Boję się tej rozmowy, zwłaszcza jej konsekwencji. Moja matka nie powinna pojawiać się w Nowym Jorku, nie teraz.
  No pięknie…
  Charlotte Crawford chwilowo mieszka w Wielkim Jabłku… w tym samym mieście, w którym na stałe mieszka Brody Carlson. Dlaczego orientuję się dopiero teraz?! Co będzie, kiedy się spotkają? Opowie mu wszystko, a wtedy będę skończona. Tyle poświęciłam, by wreszcie wieść normalne życie, lecz teraz chwila nieuwagi może przekreślić definitywnie moje nadzieje. Nie mogę na to pozwolić, nie chcę… zbyt dużo stracę, żeby tak po prostu się poddać. 

  - Ana, skup się! Mówię ci już piąty raz. 
  Jeśli już coś złego musi dziać się w moim życiu, dzieje się natychmiastowo, niosąc za sobą opłakane skutki. Przed Panem Wszechwiedzącym nic nie jest w stanie się ukryć, nawet zmiana nastroju. Bywa to uciążliwe, zawsze potrafi mnie rozgryźć. Zaczyna być to lekko przerażające.
  - Tak, przepraszam – dukam nieśmiało, besztając się w duchu za swoje roztargnienie. Problemy osobiste powinnam zostawiać w domu, a nie komplikować nimi spraw firmy. Jak można łatwo zauważyć, jestem wprost idealną sekretarką. Dziwię się, że Christian ma jeszcze siłę i ochotę tracić czas na coś takiego jak ja.
  - Wyglądasz inaczej. Coś się stało? – obrzuca mnie swym zaintrygowanym spojrzeniem, przez co odczuwam nagłą chęć, by zapaść się pod ziemię. Nienawidzę, gdy ludzie się nade mną litują… jakbym ciągle była małą dziewczynką, na którą nieustannie trzeba zwracać uwagę, by nie zrobiła niczego głupiego.
  Wyśmienicie bawicie się tam na górze, prawda?
  - Nie, nic takiego. Wszystko w porządku – zdobywam się na najbardziej entuzjastyczny ton, na jaki mnie stać, uśmiechając się w potwierdzeniu swoich słów.
  Nie jestem jednak pewna, czy go przekonałam. Prawdopodobnie nie. Moje zdolności aktorskie w mgnieniu oka ulegają znacznemu pogorszeniu. 
  - Na pewno? Może mogę jakoś pomóc?
  Nie do końca rozumiem jego postępowania. To mój szef. Powinien ganić mnie za najmniejszą pomyłkę, a nie oferować pomoc, gdy mam gorszy dzień (co ostatnio zdarza się nad wyraz często). Tak, mam ogromne szczęście, lecz  chyba wolałabym mieć przed sobą cholernie wymagającego Pana Prezesa, którego ego nie mieści się w stu metrach kwadratowych. Może wtedy nie odczuwałabym skrępowania, podczas większości rozmów z nim. Ułatwiłoby to wiele spraw.
  - Wątpię – wzdycham, ale pod wpływem jego spojrzenia kontynuuję: - Moja matka jest w Nowym Jorku. Nie utrzymujemy… jakby to … zbyt dobrych kontaktów.
  Jesteśmy jak dwie całkowicie obce osoby, dopowiadam w myślach.
  - Och. Aż tak źle?
  - Gorzej – stwierdzam. – Ale nie warto o tym rozmawiać… proszę.
  Jego uśmiech działa na mnie kojąco. Mogę choć na chwilę przestać myśleć o powrocie do domu. Widok rodzicielki siedzącej naprzeciwko mnie już nie wydaje się być tak stresujący. Cóż, do czasu.
  - W takim razie znajdziesz Erica i weźmiesz poprawioną umowę z Paxton Coral? Musimy im to dzisiaj dostarczyć.
  Dzięki Bogu nie zamierza dłużej drążyć tego tematu i wreszcie mogę się na czymś skupić. Eric. Umowa. Na początek idealnie.
  - Zaraz wracam – uśmiecham się, wychodząc z biura i kieruję się do windy, która zawozi mnie cztery piętra niżej. Eric to prawdopodobnie jedyna osoba w całym budynku, która w przeciągu sekundy potrafi znaleźć się w pięciu miejscach na raz. Nie można zarzucić mu jednak, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, to prawa ręka Christiana i Dylana.

  Trzymając w rękach plik dokumentów, ignoruję nieco dwuznaczną rozmowę kobiety stojącej obok. A przynajmniej staram się to robić. Niespecjalnie interesuje mnie fakt, że założy dzisiaj ulubioną bieliznę jej rozmówcy. Nie można tego załatwiać poza miejscem pracy? A przynajmniej nie w mojej obecności. 
  Po jej wyjściu ciągle nie jestem sama, ja i Kevin zmierzamy na to samo piętro. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje, lecz od samego początku pałam do tego człowieka niechęcią. Może to przez jego nonszalancki sposób bycia i zachowanie, jakby wiedział, że zawsze dostaje to, czego chce.
  - Annie, nareszcie możemy choć przez moment porozmawiać.
  Jak na mój gust wykazuje dość przesadny entuzjazm. Nie widziałam go kilkanaście godzin, nie lat. Różnica zauważalna, czyż nie?
  - W takim razie może wyskoczymy gdzieś dzisiaj? – proponuje. – Co powiesz na kolację?
  Coś w jego pruderyjnym spojrzeniu mówi mi, że bardzo chciałby ominąć część z jedzeniem. Przykro mi, ani teraz, ani nigdy.
  - Dzisiaj nie mogę – odpowiadam. Widzę jednak, iż nie zamierza ustąpić, dopóki nie powiem czegoś, co pragnie usłyszeć: - Może innym razem.
  - Na pewno? 
  - Tak, Kevin, na pewno.
  Dziękuję Bogu, gdy winda wreszcie się otwiera i mogę wreszcie stracić mężczyznę ze swojego pola widzenia. Niestety, nie zamierza mi tego ułatwiać. Gdy chcę odejść, chwyta mnie za rękę i delikatnie acz stanowczo pociąga w swoim kierunku.
  - Może jednak?
  - Przepraszam, śpieszę się.
  Widzę Christiana rozmawiającego ze średniego wzrostu brunetem, który odbiera od niego pouczenia, a sekundę później z powrotem wraca do swoich obowiązków. Nie wiem, czy Brewer widział tę krótką scenkę, ale nie chcę się przekonywać.
  - Umowa – mówię, wręczając mu papiery. – Eric powiedział, że brakuje waszych podpisów i wszystko będzie załatwione.
  - Jasne, dziękuję… Anastasio, lepiej uważaj, proszę.
  Patrzę na niego podejrzliwie, pytająco unosząc brew. Nie mam pojęcia, o co mu może chodzić. Znowu zrobiłam coś złego? Nie będzie to żadna nowość.
  - Chyba nie rozumiem – przyznaję lekko zdekoncentrowana.
  - Mówię o Kevinie. Znam go i dobrze ci radzę, uważaj – powtarza.
  Przygryzam wnętrze policzka, niemal czując metaliczny smak szkarłatnej cieczy. Dlaczego mi to powiedział? Sądzi, iż może mnie z nim coś łączyć? Nie, to całkowicie pozbawione sensu.
  - Bądź spokojny – uśmiecham się delikatnie. – Nie mam zamiaru się z nim spotykać, jeśli o to ci chodzi.
   Widzę, jak się rozluźnia. Czemu mu tak na tym zależy? Może po prostu zna jego reputację. Kiedyś w porze lunchu Clarie zaserwowała mi o nim krótką wiązankę, co ostatecznie przypieczętowało moją ocenę na jego temat.
  - Nie przeszkadzam ci, wracam do pracy.
  Biorę kilka głębokich wdechów, nie dając po sobie poznać, jak bardzo jestem roztrzęsiona w środku. Czy to wszystko musi być takie trudne?
Od autorki: Zdaję sobie sprawę, że powyższy tekst nie jest rekompensatą za tak długi okres zwłoki, bo zawaliłam, mówię to otwarcie. Jakoś nie mogłam zebrać się, żeby go skończyć. And here it goes. Sprawdę jutro z samego rana, bo teraz marzę tylko o swoim łóżku, ale mam nadzieję, że nie zawiodłam Was tak całkowicie. Niedługo będą wakacje, ale nie wiem, czy będę mieć więcej czasu. Nie ma mnie w domu całe dnie i chcę korzystać z ostatnich chwil, jakie przeżyję w towarzystwie tych wspaniałych ludzi. Rozłąka po dziesięciu latach będzie trudna, boję się jej, ale w życiu potrzebne są zmiany. Rozdział wkrótce, przed zakończeniem roku!
L  x