wtorek, 12 maja 2015

Fourteen / Better than everybody

'Kaleczą się i dręczą słowami, jakby mieli przed sobą jeszcze jedno życie'

Być może Christian potrafi zachowywać się, jakby nic się nie stało, ale ja zupełnie nie. Za każdym razem, gdy na niego patrzę, zapominam języka w buzi, a wypowiedzenie najprostszego poprawnego zdania jest nie lada wyzwaniem. Muszę się ogromnie starać, by niczego nie zauważył, w przeciwnym wypadku nie byłoby za ciekawie. Ciągle czuję, jak coś ciągnie mnie ku niemu. Jakbym była obwiązana niewidzialną liną, którą on miarowo skraca. Prezentuje typ faceta sprawiającego, iż kobieta pragnie rozerwać mu koszulę i obserwować, jak z guzikami pryskają wszelkie zahamowania. Patrzę na ten skandalicznie drogi, szyty na miarę garnitur i zastanawiam się, co skrywa pod nim zamiast myśleć o tym, o czym powinnam w danej chwili. O pracy. Irytujący jest fakt, że zachowuję się tak głupio, podczas gdy on pozostaje całkowicie opanowany.
  Siedzimy naprzeciwko siebie w jego przestronnym i nowocześnie urządzonym biurze, dyskutując nad sprawą Werber’a – zarządcy hotelu Dylan’a i Christiana na Karaibach. Czasami przeraża mnie liczba ich kontaktów i wpływów niemal na wszystkich kontynentach, lepiej w żaden sposób im nie podpaść. Wspomniany Logan Werber podejrzany jest o sprzeniewierzenie funduszy i niezliczoną ilość braków w dokumentach.
  - Co masz zamiar z tym zrobić?
  - Na razie będziemy go obserwować, może to po prostu nieścisłości księgowego, ale jeśli sytuacja się powtórzy, wybierzemy się tam osobiście i to sprawdzimy.
  Imponuje mi jego stanowczość w podejmowaniu decyzji. Bez względu na wszystko zachowuje zimną krew i otwarty umysł, nie działa pochopnie. Nie podoba mi się jednak koncepcja prawdopodobnego wyjazdu. Jeszcze dochodzę do siebie po ostatnim, więc nie będzie to właściwe posunięcie, jeśli chce, bym mu się tam na coś przydała. Biorę głębszy oddech, nerwowo kreśląc długopisem po kartce papieru i obserwuję jego szyderczy uśmieszek. Wie doskonale, co zaprząta w tej chwili me myśli.
  Jasna cholera, o to mu właśnie chodzi.
  Nie ma mowy Brewer, na pewno nie teraz.
  Mojej uwadze nie uchodzi jego przenikliwe spojrzenie, rzuca mi rękawicę. Zamierzam ją podnieść, kolejny raz nie dam mu tej satysfakcji.
  - Masz rację, to chyba najlepsze wyjście – odpowiadam, zakładając nogę na nogę. Christian unosi brwi, jednocześnie podziwia moją postawę. Jest nie mniej zaskoczony ode mnie, mimo iż żadne z nas nie wypowiada na głos dręczących nas myśli. Sama się sobie dziwię, ale niemal w ogóle nie odczuwam skrępowania. Otwarcie ze sobą flirtujemy, co winno być niepokojące. Jednak nie jest ani trochę. To bardzo źle, prawda?
  
~*~

  W myślach po raz setny opracowuję z najmniejszymi detalami dokonanie mordu na Stelli Evans. O tak, byłaby to tak zwana zbrodnia doskonała. Problem w tym, że ona stanowczo nie jest warta dożywotniej odsiadki w więzieniu. Chyba, że by mnie nie złapali… moja psychika jest już wystarczająco poszarpana, by taki ktoś jak ona dodatkowo pogorszał całą sytuację. Zamiast wcielać mój idealny plan w życie, wysłuchuję jej nieprawdopodobnych teorii spiskowych dotyczących naszego szefa. Clarie również już więdną uszy. Dlaczego my dwie mamy takiego pecha?
  Uśmiecham się sztucznie, udając, iż uwaga dotycząca mojego sposobu bycia ani odrobinę nie robi na mnie wrażenia. Jej przesłanie często bywa bezpośrednie, lecz nie zawsze jest ono szczere. Widać, że dowartościowuje się poprzez kąśliwe uwagi na temat innych. Często dotyczą mnie lub Rebecci – to my dwie najbardziej działamy jej na nerwy. Nie rozumiem tego, przecież niczego jej nie robię. Siedzę cicho, a większość kąśliwych odpowiedzi pozostawiam dla siebie, choć to czasem jest niebywale trudne. Gdybym tylko mogła, przestałabym utrzymywać z nią jakikolwiek kontakt. Szkoda tylko, że jestem na nią skazana tak długo, jak będę tu pracować. Bez względu na obecność Stelli mam nadzieję, iż będzie to trwało jak najdłużej.
  - Jak mogłaś tego nie wykorzystać? – piszczy skonsternowana, krzyżując ręce na piersi.
  - No racja, idę się zabić – mruczę lekceważąco, jestem ręki powstrzymując Clarie szykującą się do prawdopodobnie długiego wywodu. Niech ta przerwa na lunch skończy się jak najszybciej. Zerkam na zegarek, jeszcze piętnaście minut.
  Dam radę, dam radę.
  Chciałyśmy iść razem na kawę, lecz Stella postanowiła do nas dołączyć. Jakże cieszę się, że zaszczyciła kogoś jak my swoją obecnością. Powinnam czuć się wyróżniona?
  - Miałabyś fory… podwyżkę, no i w ogóle. Ale dzięki, że zostawiłaś to mnie – mruga porozumiewawczo, dopijając swoje latte. Razem z Daniels spoglądamy na siebie rozbawione, żadna jednak zaistniałej sytuacji nie komentuje.
  - Nie przeceniaj się – rzuca rudowłosa, całkowicie ignorując lodowate spojrzenie naszej towarzyszki.
  Chciałam w spokoju spędzić czas w kawiarni, a nie dowiadywać się o sobie niestworzonych rzeczy, których rzekomo dopuściłam się w Miami… albo nie dopuściłam, ponieważ zdaniem Evans nie nadaję się do tego, by wielki Christian Brewer zaszczycił mnie chociaż jednym spojrzeniem. Nie jego liga.
  W tym jednak mimowolnie muszę przyznać jej rację.
  - Kochana, ale spójrzmy prawdzie w oczy – tym razem znowu zwraca się w moim kierunku. – Nawet jakbyś spróbowała, nie miałabyś szans. On nigdy nie zwróci na ciebie uwagi, przykro mi.
  Tak, tak. Wspominałaś. Możemy już iść?
  - Za to ty jak najbardziej.
  - No, a niby kto? – spogląda na nas z politowaniem. – W sumie mogłabym się zakręcić koło Dylana, ale podobno kogoś ma. Rozbijanie związków to nie w moim stylu, poza tym… Christian na więcej znajomości.
  Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale w ostateczności rezygnuję z tego pomysłu. Lepiej się chyba w ogóle nie odzywać. Zamiast tego uśmiecham się sztucznie i kiwam głową. Wszystko, byleby tylko skończyła mówić.
  - Ale to bez sensu – stwierdza Clarie. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Stella przybiera naburmuszony wyraz twarzy. Wygląda jak małe dziecko, któremu ktoś ukradł ulubionego lizaka.
  - Zdziwisz się – odpowiada krótko, pijąc ostatni łyk kawy. – Już, dziewczynki, pora się zbierać. Nie będę kazać mu na siebie czekać!
  Płacimy rachunek i wychodzimy z kawiarni, by udać się z powrotem do naszego miejsca pracy. Nie wspominamy już więcej o tym, co robiłam w Miami. Tylko Ariana wie o moim pocałunku z Christianem, chociaż może to i tak o jedną osobę za dużo. Gdybym powiedziała Daniels, prawdopodobnie prędzej czy później dowiedziałaby się Stella, nawet przez głupie przekomarzanie się. Zaprzyjaźniłyśmy się, ale nie chcę jej na razie wszystkiego mówić. Kiedyś może tak, lecz na pewno nie teraz.
  Czas pokaże, czy w ogóle.
  - Muszę jeszcze poprawić makijaż, przepraszam na moment – brunetka przeciąga samogłoski i posyła nam pruderyjny uśmieszek, znikając z pola widzenia. 
  Biorę kilka głębszych wdechów i układam w głowie plan na najbliższe kilka dni. Jeśli mają one wyglądać tak jak dzisiejszy ranek, na dłuższą metę nie dam rady. Za każdym razem, gdy zobaczę Christiana, przypomnę sobie ostatnie słowa Stelli, które z całą pewnością szybko sprowadzą mnie na ziemię.
  - Ana, pozwól na chwilę.
  Kilka sekund po rozstaniu z Clarie słyszę melodyjny głos Brewera. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale Evans stoi koło niego. Przecież niespełna minutę wcześniej się z nią widziałam. Na drugim końcu piętra! Nie powiem, ogromnie podziwiam jej determinację w dążeniu do celu – a w tym wypadku do jednego z naszych szefów. Nie wiem tylko, czy kiedyś nie spotka jej zawód. Doświadczyłam na własnej skórze, jak bardzo może być to bolesne.
  - Tak? 
  - Pomożesz w czymś Stelli? Sama chyba sobie nie radzi.
  - Ależ radzę! – zapewnia sumiennie, obserwując jego profil spod długich rzęs. Niemal cieknie jej ślinka na bajecznie bogatego Pana Prezesa. Wszystkie kobiety z otoczenia mężczyzny, a właściwie ich większość, mają jedną wspólną cechę. Obsesyjnie pragną znaleźć się w jego sypialni.
  - Emm.. to znaczy... wolę sama się wszystkim zająć, żeby na pewno było dobrze wykonane. Znasz mnie.
  Tłumię śmiech podczas przyglądania się nieudolnym próbom zwrócenia na siebie uwagi. Na razie jednak nie przynoszą one zamierzonego rezultatu… wręcz przeciwnie.
  - To nawet lepiej. W takim razie bardzo mi się przydasz – szatyn uśmiecha się w moim kierunku. – Idziemy?
  - Tak, oczywiście – odwzajemniam gest, chowając telefon do kieszeni czerwonej marynarki. Stella niechętnie wraca do swoich obowiązków, podczas my kierujemy się do wind. Dalej nie wiem, o co chodzi, ale gdy Brewer kładzie rękę na moich plecach, nabieram pewnych wątpliwości. Oczywiście, są one zupełnie bezpodstawne.
  Idiotka.
  Przez całe moje ciało przebiega przyjemny dreszcz spowodowany jego dotykiem. Nie powinnam tak reagować, nie na niego. Dopiero, gdy metalowe drzwi się zamykają, puszcza mnie, a ja ośmielam się zapytać, gdzie tak naprawdę się udajemy. 
  - Elena Henderson ma do mnie sprawę. Dylan jest zajęty, a ja nie mam zamiaru sam się z nią użerać. Przykro mi, ale będziesz musiała to jakoś znieść.
  - Na tym polega moja praca, prawda?
  - Celna uwaga, panno Crawford – stwierdza.
  - Czekaj, czekaj… - zastanawiam się przez moment, to nazwisko coś mi mówi. Nagle, dostaję swego rodzaju olśnienia. – To ta, która cię nie lubi! – mówię triumfalnie.
  - Anastasio, ona mnie nie nie lubi – oponuje natychmiastowo. – Ona mnie z całego serca nienawidzi.
  Parskam śmiechem, obdarzając go rozbawionym spojrzeniem. Pamiętam, że kiedyś spytałam o powód ich wzajemnej niechęci do siebie, lecz stwierdził, iż nie chciałabym tego wiedzieć. Chyba muszę przyznać mu rację, nawet mnie ta kobieta odrobinę przeraża, a widziałam ją zaledwie dwa razy przez kilkanaście sekund.
  Cóż za zmiana, panie Brewer, kobieta o takim nastawieniu do pana jest niezwykłą rzadkością. Spotykam się z tym dopiero pierwszy raz. Dlaczego myślę, że również ostatni?
  - No proszę – mruczę cicho, nie wypowiadając swoich przemyśleń na głos. Mogłoby się to źle dla mnie skończyć.
  Christian delikatnie trąca mnie w ramię. Wie, o co mi chodzi, ale nie robi z tego powodu żadnych wyrzutów. Jestem mu ogromnie wdzięczna, bo dłużej nie roztrząsa tego niewygodnego dla mnie tematu. Szkoda tylko, że dalej zachowuję się w jego obecności inaczej, aniżeli powinnam. Pracodawca-pracownica. To takie trudne? Zero ukradkowych spojrzeń, zero wypadów na kawę, zero pocałunków – więc zero wyrzutów sumienia.
  Ale chyba już za późno.

~*~

  Po pracy miałam spotkać się z Arianą i Clarie na siłowni, lecz w ostateczności zostaję z rudowłosą sama. Parks jest zawalona masą niepotrzebnej papierkowej roboty (od kiedy fotograf takową ma?), w jaką wplątała ją Eleanor. Nie specjalnie za nią przepadam, mimo iż rozmawiałyśmy niewiele ponad kilka sekund. Od razu wzbudziła we mnie niekoniecznie pozytywne odczucia. Tym razem jak zwykle musiała przysporzyć mojej przyjaciółce dodatkowych obowiązków, żeby tylko ona mogła wyjść do domu kilka godzin przed końcem pracy. Założę się, że jutro wysłucham godzinnego kazania na jej temat. No cóż, zasłużyła sobie.
  - I powiedziała, że nawet mam tam nie wchodzić! Wyobrażasz to sobie?
  Jutro Ari, dzisiaj Clarie.
  Daniels z kolei skarży się na wszechobecną Stellę Evans. Przyszłam tu, by się odstresować i odpocząć od wszystkiego, co działa na mnie drażniąco (ona znajduje się na pierwszym miejscu tego zestawienia), a nie cały czas o tym wysłuchiwać. Swoją drogą, podziwiam rudowłosą. Potrafi jednocześnie szybko przebierać nogami na bieżni, głośno wyrażać swoje niezadowolenie i żywo przy tym gestykulować. Jestem tylko ciekawa, kiedy z tej bieżni spadnie…
  - Tak, tak – uśmiecham się lekko, przewracając oczami. Skupiam się jedynie na biegu, wsłuchując się z płynącą z słuchawek pobudzającą muzykę. Tego mi właśnie trzeba, całkowitego wyłączenia się i ignorowania otaczającego świata. Chociaż na krótką chwilę.

  Mija półtorej godziny, gdy decydujemy się wreszcie udać do szatni. Uwielbiam ćwiczenia i wysiłek fizyczny, lecz gdy pot ścieka ze mnie strumieniami, zaczynam mieć co to tego małe wątpliwości. Czym jednak jest chwila niekorzystnego wyglądu dla upragnionej sylwetki? Co prawda do takiej mi jeszcze daleko, ale dzisiaj jestem z siebie zadowolona.
  Od razu po wejściu do mieszkania kieruję się pod prysznic. Marzę tylko o tym, by wreszcie położyć się do łóżka i odpłynąć w objęcia Morfeusza. Niestety, ktoś z „góry” prawdopodobnie mnie nienawidzi i robi wszystko, bym nawet teraz się nie nudziła. Słyszę głośne pukanie, a właściwie walenie do drzwi. Zaprzestaję rozczesywania mokrych włosów i w podskokach pędzę otworzyć. Spodziewam się Ariany, która od razu zasypie mnie serią przekleństw pod adresem Eleanor.
  To jednak nie ona… to ktoś, kogo nie powinno tutaj być. A przynajmniej jeszcze nie dzisiaj.
  - Mamo?
Od autorki: Z góry przepraszam za rozdział, bo skończyłam go dosłownie przed minutą i nie zdążyłam jeszcze sprawdzić, ale czekaliście za długo, by męczyć Was jeszcze dodatkowy dzień. Jutro i tak nie będę miała czasu z powodu zawodów (trzymajcie kciuki, żebyśmy przegrali, mówię serio), więc też byście się nie doczekali. Nie zanudzając Was do końca, wspomnę jeszcze, że wszelkie zaległości na Waszych blogach - łącznie z komentarzami - nadrobię w weekend. Rozdział dla live-in-danger. Kochana, dziękuję z całego serduszka.

L x

niedziela, 10 maja 2015

Zapowiedź

'Prawdziwie kocha się tylko sercem'

  Wita Was spóźnialska Aleksandra Magdalena Anastazja (trzy imiona, na bogato). Słuchajcie, jest mi naprawdę strasznie głupio, że czekacie ponad miesiąc, ale muszę Was poprosić, byście poczekali do jutra. Mimo że jestem po egzaminach, czeka mnie teraz masa sprawdzianów, poprawiania osób i startowania w konkursach (co akurat jest tylko moją winą, ale czego się nie robi dla szóstki z biologii). Mam za to zapowiedź kolejnego rozdziału. To mało, zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie musi wystarczyć. Nie komentuję Waszych blogów, ale przez jakiś czas logowałam się na bloggera tylko sporadycznie (kolejny powód do przeprosin). Tak więc nie przedłużając, zapraszam na fragment rozdziału. Enjoy! :*

  Być może Christian potrafi zachowywać się, jakby nic się nie stało, ale ja zupełnie nie. Za każdym razem, gdy na niego patrzę, zapominam języka w buzi, a wypowiedzenie najprostszego poprawnego zdania jest nie lada wyzwaniem. Muszę się ogromnie starać, by niczego nie zauważył, w przeciwnym wypadku nie byłoby za ciekawie. Ciągle czuję, jak coś ciągnie mnie ku niemu. Jakbym była obwiązana niewidzialną liną, którą on miarowo skraca. Prezentuje typ faceta sprawiającego, iż kobieta pragnie rozerwać mu koszulę i obserwować, jak z guzikami pryskają wszelkie zahamowania. Patrzę na ten skandalicznie drogi, szyty na miarę garnitur i zastanawiam się, co skrywa pod nim zamiast myśleć o tym, o czym powinnam w danej chwili. O pracy. Irytujący jest fakt, że zachowuję się tak głupio, podczas gdy on pozostaje całkowicie opanowany.
  Siedzimy naprzeciwko siebie w jego przestronnym i nowocześnie urządzonym biurze, dyskutując nad sprawą Werber’a – zarządcy hotelu Dylan’a i Christiana na Karaibach. Czasami przeraża mnie liczba ich kontaktów i wpływów niemal na wszystkich kontynentach, lepiej w żaden sposób im nie podpaść. Wspomniany Logan Werber podejrzany jest o sprzeniewierzenie funduszy i niezliczoną ilość braków w dokumentach.
  - Co masz zamiar z tym zrobić?
  - Na razie będziemy go obserwować, może to po prostu nieścisłości księgowego, ale jeśli sytuacja się powtórzy, wybierzemy się tam osobiście i to sprawdzimy.
  Imponuje mi jego stanowczość w podejmowaniu decyzji. Bez względu na wszystko zachowuje zimną krew i otwarty umysł, nie działa pochopnie. Nie podoba mi się jednak koncepcja prawdopodobnego wyjazdu. Jeszcze dochodzę do siebie po ostatnim, więc nie będzie to właściwe posunięcie, jeśli chce, bym mu się tam na coś przydała. Biorę głębszy oddech, nerwowo kreśląc długopisem po kartce papieru i obserwuję jego szyderczy uśmieszek. Wie doskonale, co zaprząta w tej chwili me myśli.
  Jasna cholera, o to mu właśnie chodzi.
L x