wtorek, 14 kwietnia 2015

Informacja


'Jeżeli uda się pokochać choć jedną osobę, to życie ma sens. Nawet jeśli nie można być z tym człowiekiem'

  Witam Was serdecznie <3 Jak widzicie to nie rozdział (nie będzie nawet zapowiedzi, za co przepraszam), ale chciałam uprzedzić wcześniej, by nie było zbędnych nieporozumień. Jak pewnie nie jeden mój czytelnik jestem w trzeciej gimnazjum, więc wiążą się z tym egzaminy, do których przystępuję za tydzień. Nie muszę mówić, ile zależy od ich wyników (co jest absolutnie bez sensu, ale kto mnie posłucha). Mam nadzieję, że zrozumiecie, iż kolejny rozdział pojawi się za mniej więcej dwa tygodnie - w piątek od razu jadę na trzydniowe rekolekcje, potem targi szkół, dni otwarte i ogólnie emocje muszą opaść do końca. Nie miejcie za złe, wynagrodzę Wam to z nawiązką - a przynajmniej się postaram.
  Ponadto wszystkie blogi skomentuję również dopiero w tym czasie - przepraszam za moją nieobecność u Was, ale końcem kwietnia wszystko wróci do normy:)
  Życzę więc powodzenia wszystkim trzeciogimnazjalistom! (Julka, dasz radę na historii i fizyce!)
  Do kolejnego rozdziału więc. Trzymajcie za mnie kciuki♥

L x

wtorek, 7 kwietnia 2015

Thirteen / Forget about your mistakes

'Lepiej jest nie mieć nic, niż mieć coś na niby'


  Od razu po przebudzeniu targają mną niewyobrażalne wyrzuty sumienia. Co ja sobie myślałam? Jak mogłam pozwolić, by ta sytuacja mogła mieć miejsce? Na dodatek jeszcze chwila, a pozwoliłabym mu wejść do środka i zrobić ze sobą, co żywnie zapragnie. Zachowałam się karygodnie, przecież zawsze myślę racjonalnie. Przy Christianie to jednak nie jest możliwe. Wystarczy jedno spojrzenie, jedno słowo, bym stała się całkowicie podatna na sugestie. Nie wiem, jak po tym będę potrafić spojrzeć mu w oczy. Udawać, że nic się nie stało? To będzie chyba najlepsze rozwiązanie.
  Godzina siódma pięćdziesiąt osiem. Wskazówki zegara mkną niemiłosiernie, zwiastując moją rychłą zgubę. Wbijam swój beznamiętny wzrok w biały sufit i rozkoszuję się ostatnimi chwilami słodkiej wolności. Gdy budzik w telefonie, zwiastując ósmą, zaczyna wydawać głośny dźwięk, zakrywam głowę poduszką i głośno jęczę ze zrezygnowania. Chciałabym nie ruszać się dzisiaj z tego łóżka, to mój mały azyl, gdzie nic nie ma prawa mi się stać, a Christian Brewer nie zakłuci po raz kolejny mojej egzystencji.
  Bardzo powoli wstaję na równe nogi, przeciągając każdą poranną czynność w nieskończoność. Wiem, że na dłuższą metę to nie ma głębszego sensu. Nasz samolot odlatuje o godzinie dziesiątej, więc tak czy tak nie uda mi się niczego odwlec w czasie. Prędzej czy później go zobaczę i będę musiała udawać, że wczorajszy incydent to tylko bezmyślny skutek lekkiego upojenia alkoholowego. Wypite drinki dodały mi pewności siebie, normalnie nigdy nie pozwoliłabym sobie na taką zuchwałość. Ani sobie, ani jemu. Raczej uciekłabym do pokoju z prędkością światła. Nie pozwalam zbliżyć się żadnemu mężczyźnie, Christian nie stanowi wyjątku. W innych okolicznościach przecież nie chciałby mnie dotknąć. A może byłoby inaczej? To typ człowieka, który jest w stanie przebierać w kobietach, a każda dałaby się pokroić za chwilę spędzoną z nim sam na sam. Wystarczyłoby zaledwie pięć minut, by doprowadzić którąś z nich do całkowitego obłędu. Zazdroszczę tym, które miały okazję przekonać się o tym na własnej skórze.
  Przestań, idiotko!, każę sobie, wracając do rzeczywistości.
  Przecież nic wielkiego się nie stało, to zwykły pocałunek. Każdemu mogła zdarzyć się chwila słabości, akurat trafiło na mnie. Muszę przestać myśleć o tym jak o tragedii. Jednorazowy incydent – to zdecydowanie lepiej brzmi. Co się stało w Miami, zostanie w Miami [tak, Cleo, to dla Ciebie – przyp. aut.].
  Z tą myślą wygrzebuję z walizki jasne obcisłe rurki, luźną turkusową bluzkę oraz ulubione czarne szpilki. Uwielbiam mieć je na nogach. Mam do nich sentyment – to pierwsza rzecz zakupiona przeze mnie w Nowym Jorku (jaka kobieta nie lubi butów?). Robię też lekki makijaż, zadowalam się jedynie podkładem, mascarą, delikatnymi kreskami eyelinerem i błyszczykiem. Oblizuję usta, zbierając jego nadmiar, jednocześnie szukam szczotki do włosów i dokładnie je rozczesuję.
  Odczytuję wiadomość od Ariany – ma mi wiele do powiedzenia po moim powrocie do miasta. Jedyne, czego pragnę w tej chwili, to dotarcie do Upper East Side i skrycie się pod kocem z książką w ręku. Moje plany muszą poczekać co najmniej pół dnia.
  Ktoś puka do drzwi. Klnę w duchu, to na pewno Christian. Biorę kilka głębszych wdechów, zanim otwieram i staję z mężczyzną twarzą w twarz. Jak zwykle prezentuje się nieskazitelnie. Ciemne jeansy i czarny T-shirt sprawiają, że wygląda bardzo swobodnie i nonszalancko. Silę się na przyjazny uśmiech, podczas gdy on prześwietla mnie na wylot. Wczoraj nie obeszłoby mnie to tak jak dzisiaj, gdy na moich ramionach pojawia się gęsia skórka.
  - Dzień dobry – mówię, od razu orientując się o obecności obcego mężczyzny zaledwie metr dalej. Ma na sobie hotelowy uniform, a jego kruczoczarne włosy są idealnie wystrzyżone. – A to…
  - Weźmie twoją walizkę – oznajmia szatyn. – My mamy coś do omówienia, prawda?
  Zastygam w całkowitym bezruchu. Więc dalej chce drążyć ten temat. I po co? Chyba tylko dlatego, żeby uświadomić mi, jak wielką było to pomyłką. Moje wargi są na tyle suche, że muszę je oblizać przed udzieleniem odpowiedzi. Scott, jak widnieje na plakietce, przejmuje walizkę i oddala się w kierunku windy, my razem z nim. Czuję wyrzuty sumienia – sama jeszcze potrafię obchodzić się z bagażem, nie jestem typową blondynką, za jaką niektórzy ludzie mnie uważają.
  Na początku nie mam odwagi, by zabrać głos, jestem jednocześnie zawstydzona i zdekoncentrowana. Tak samo w drodze na lotnisko pozostaję małomówna. Dopiero gdy zajmujemy miejsca w jego prywatny samolocie, mężczyzna ma wyraźnie dość mojej postawy. Nie dziwię mu się – ja jeszcze bardziej.
  - Zamierzasz dzisiaj coś powiedzieć?
  - Chris.. – wzdycham, widząc, że nie ma zamiaru odpuszczać. Może to i lepiej? Nie warto odkładać czegoś, co nieuniknione. – Ustalmy po prostu, że nic takiego się nie wydarzyło. To nam oszczędzi wielu niezręcznych sytuacji.
  Szatyn zbiera myśli, jakby układał w głowie specjalną przemowę. Te sekundy ciągną się w nieskończoność, mam dość czekania na odpowiedź.
  - Przepraszam, Ana – chyba nie do końca tego oczekiwałam. – Naprawdę nie wiem, co mnie napadło. To był jakiś głupi impuls. Nie powinienem był. Nie jesteś zła?
  Jak mogłabym być zła, Christianie? Może tylko na siebie, ponieważ ciągle zaprzątam sobie głowę tym incydentem. Żadne z nas nie nazywa tego po imieniu. Pocałowaliśmy się. Należy to jednak do rzeczy wczorajszych, nic nieznaczących. Niech tak pozostanie, wyjdzie nam to na dobre.
  - Zapomnijmy o tym, dobrze? Nie byliśmy wczoraj sobą – zauważam.
  - Jak pani sobie życzy, panno Crawford – sili się na żartobliwy ton. Oddycham z ulgą, gdy niezręczny temat zostaje wyczerpany. Żadne z nas nie zamierza dłużej tego ciągnąć.

  Cały lot mija w dość cichej atmosferze, zamieniamy zaledwie parę zdań. Mężczyzna zajęty jest pracą – nieustannie pisze coś w swoim laptopie. Ja z kolei czytam ‘Dumę i uprzedzenie’ autorstwa Jane Austen. Może jest to setny raz, ale na pewno nie ostatni. Stewardessa podaje mi szklankę wody, posyłając mojemu szefowi wymowne spojrzenie. Spotyka ją zawód, gdyż ani na moment nie zwraca na nią uwagi.
  Odwracam swój wzrok, kiedy orientuje się, że na niego patrzę. Mogę przysiąc, iż teraz się uśmiecha. Zachowujemy się, jakbyśmy mieli po szesnaście lat. Ukradkowe spojrzenia w nadziei, by obiekt zainteresowania nas nie zauważył. Jestem nim mocno zauroczona, przyznaję bez bicia. Ale co ja poradzę? Spędzamy w swoim towarzystwie sporo czasu, oczarowuje mnie na każdym kroku. Potrafi być naprawdę nieprzewidywalny i groźny, gdy ktoś wytrąci go z równowagi. Na mnie jednak do tej pory nie podniósł głosu. Zawsze jest łagodny i opanowany, przynajmniej na zewnątrz. Wśród podwładnych budzi postrach, szanują go i za wszelką cenę nie chcą znaleźć się na jego czarnej liście. Tak samo jest zresztą z Dylan’em, choć muszę przyznać, że Clarie zna go o wiele lepiej. Oboje myślą dość podobnie, a ich zdanie kosztuje miliony dolarów. To wyjątkowi ludzie mający pod sobą wiele mniejszych firm i przedsiębiorstw. Większość mogłaby zrobić bardzo dużo, by zamienić się z jednym z nich zaledwie kilka słów. Nie wszyscy dostępują tego zaszczytu, a ja niemal codziennie spędzam z Christian’em długie godziny. Można to nazwać szczęściem? O tak, lecz nie na tyle dużym, bym była warta jego większej uwagi.
  Skończ z tym.
  Użalanie się nad sobą prawdopodobnie ani trochę mi nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej ściąga na dno. Szkoda tylko, że na stałe nie mogę przyjąć tego do wiadomości. Praktyka czyni mistrza, więc może i ze mną tak będzie?

~*~

  Christian jest na tyle wspaniałomyślny, by dać mi wolne na resztę dnia. Dobrze się stało, dzisiaj nie jestem w stanie przebywać dłużej z nim w jednym pomieszczeniu. Jutro – jak najbardziej, ale nie dzisiaj. Potrzebuję jakoś to wszystko odreagować. Ganię się w duchu za zbyt przesadną reakcję. Nic takiego się nie dzieje, to zwykły pocałunek. No, nie taki znowu zwykły, ale jednak.
  Wchodzę do mieszkania, stawiam walizkę na środku salonu i od razu padam na kanapę. Nie mam najmniejszej ochoty ruszyć się stąd chociażby na milimetr, lecz dzwoniący telefon psuje mi szyki. No tak, Ariana Parks ma dzisiaj wolne, na pewno jej się nudzi… tylko czemu ja za to płacę?
  - Już w domu, prawda? – pyta od razu. Powstrzymuję się od jakiejś wrednej odpowiedzi i tylko potwierdzam. – Świetnie. Chyba nie potrzebujesz więcej niż godziny, żeby się ogarnąć? Oby nie, bo za godzinę jestem u ciebie. Idziemy na zakupy, Crawford, masz mi wiele do powiedzenia. Na razie!
  Nim zdążam coś z siebie wykrzesać, połączenie zostaje rozłączone. Klnę głośno i z oporem wstaję ze swojego wygodnego miejsca. Mimo wszystko za jedno jestem jej wdzięczna – nie będę bezczynnie siedzieć w domu i psuć wzrok przed telewizorem, jednakże jest to dość znikome pocieszenie. Przysięgam, następnym razem wyłączę telefon i udam, że nie ma mnie w domu.
  Wykorzystuję ostatnie chwile przed wtargnięciem przyjaciółki na rozpakowanie walizki, wzięcie zimnego prysznica i doprowadzenie się do porządku. Z ręcznikiem owiniętym wokół nagiego ciała stoję przed szafą i zastanawiam się nad ubiorem. W końcu wybieram te same spodnie, białą koszulę bez rękawów i szarą marynarkę z białymi mankietami. Robię nowy makijaż, jednocześnie czesząc włosy, co nie należy wbrew pozorom do rzeczy najłatwiejszych. Gdy przychodzi Ariana, pierwsze kroki kieruje do kuchni po szklankę wody. Czuje się u mnie jak w swoim domu, ja u niej zresztą też. Mimo że czasem naprawdę działa mi na nerwy, cieszę się z jej obecności, bo w wielkiej mierze dzięki niej jakoś jeszcze się trzymam. Dobrze mieć przyjaciółkę, która za każdym razem potrafi postawić cię na nogi.
  - Jak randka? – pytam dopiero, gdy wychodzimy na ulicę. Cudem łapiemy taksówkę i podajemy kierowcy odpowiedni adres. Dlaczego nawet teraz na ulicach musi roić się od samochodów? Uroki Nowego Jorku, nic na to nie poradzę.
  - Poznałam jego matkę!
  - Tak szybko? No, no, śpieszy mu się – stwierdzam, przez co obdarza mnie morderczym spojrzeniem. – A nie? Lepiej poznać teściową teraz, aniżeli tydzień przed ślubem, tylko ci mówię…
  - Crawford, przeginasz – warczy. – Chodzi o to, że.. po prostu pytała o wszystko. Dosłownie. Ale nie zależało jej specjalnie na odpowiedzi. Kochanie, lubisz gotować? – stara się naśladować głos pani Mitchell. – Nie mija sekunda, a już było: Bo mój synek lubi takie domowe obiadki. Nie chciałam być chamska i uciec po dziesięciu minutach, ale cały czas myślałam, jak bym mogła kulturalnie się wyrwać.
  Tłumię śmiech, gdyż zdaję sobie sprawę, że mogę ją tym jeszcze bardziej wyprowadzić z równowagi. Kątem oka zerkam na mężczyznę za kierownicą, który to bez najmniejszego oporu szeroko się uśmiecha. Ariana też to zauważa, nic jednak nie mówi. Bezgłośnie dochodzimy do wniosku, by odłożyć rozmowę na potem. Zamiast tego dyskutujemy nad wyborem pierwszego sklepu, nie przysparzając już naszemu towarzyszowi powodów do zadowolenia.
  Jego praca wbrew pozorom jest ogromnie interesująca. Przez żółtą taksówkę codziennie przewijają się setki ludzi. Każdy z nich ma swoją historię, którą nieświadomie potrafi się podzielić. Część z nich po pijanemu snuje opowieści na temat nieudanego żucia, inni żywo rozmawiają przez telefon, a wiązanka przekleństw pod adresem danej osoby zdaje się nie mieć końca. Ci, dla jakich jest to pierwsza wizyta w centrum życia gospodarczego Stanów Zjednoczonych, są zagubieni, wszystko wydaje się dla nic takie nowe, nieosiągalne. Ze mną kiedyś było tak samo, na każdy mijany budynek patrzyłam z podziwem, ale też i obawą. Nie miałam pojęcia, jak uda mi się odnaleźć w tym chaosie. Gdy mama wróciła do Chicago, reszta potoczyła się szybko. Dostałam się na studia, zdobyłam przyjaciół i zrozumiałam jedną, niezwykle ważną rzecz. Jeśli chcę, mogę wiele dokonać, a to, czy mi się uda zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

  Płacimy kierowcy, który zostawia nas przed wyjściem do jednej z nowojorskich galerii handlowych. Nie mam dokładnej koncepcji dotyczącej dzisiejszych zakupów. Możliwe, iż będzie to tylko zwykły spacer między wieszakami. Parks ma zdecydowanie inne plany. Spotyka się niedługo z Carlosem – i prawdopodobnie jego mamą – więc chce założyć coś nowego, może odrobinę prowokującego. Robi to na złość pani Mitchell, gdyż ta ma… jakby to ująć… staroświeckie poglądy, ale to wiem tylko z opowiadań przyjaciółki.
  - Zrobiła mi wykład. Zero seksu przed ślubem i te sprawy. Żebyś tylko widziała, jaki on się czerwony zrobił! Pewnie mamusia myśli, że mały Carlito to dalej prawiczek.
  Parskam śmiechem i nieomal upuszczam na podłogę wieszak z oglądaną sukienką. Ariana jest typem osoby, która zawsze mówi co myśli, rzadko trzyma język za zębami, ale między innymi dla tego ją kocham.
  - Wyprowadziłaś ją z błędu? – unoszę brwi zaciekawiona. Jeśli tak, kobieta prawdopodobnie zrobiła jej istną jesień średniowiecza.
  - Coś ty! To znaczy… miałam w planach, ale zaczęła się zastanawiać, jak mogę wykonywać tak niebezpieczny zawód.
  - Ale powiedziałaś, że jesteś fotografem, prawda?
  - Oczywiście. Ale jak jakiś facet pozuje bez koszulki, to może chcieć mnie uwieść. A, nie daj Bóg, w bieliźnie. Toż to istny skandal! – podnosi głos, w skutek czego większość klientek patrzy na nią uważnie. Całkowicie ich ignoruje i spokojnie przegląda ubrania. Jedna sukienka szczególnie zwraca jej uwagę. Bladoróżowa sięgająca – na oko – przed kolano i bez ramiączek. Jednak szybko miejsce zajmuje druga, zwykła mała czarna.
  - Po prostu chciałaby, żebyś oglądała tylko jej synka. Po ślubie ma się rozumieć! – uśmiecham się chytrze, wyczekując jej reakcji.
  - Jakby ten jej synek się jeszcze miał czym chwalić – wzdycha z rezygnacją, na co obie wybuchamy śmiechem, ściągając po raz kolejny uwagę ekspedientki. Gdyby tylko Carlos wiedział, co o nim mówimy, nie byłby ani trochę zadowolony.
  Biedna Ariana, ona to dopiero nie ma szczęścia w tego typu relacjach. Przyciąga samych nieodpowiednich kandydatów – najpierw ten niepełnosprawny umysłowo Gregg, teraz zakochany w własnej mamie Carlos. Pod tym względem jednak i tak moja sytuacja jest prawdopodobnie o wiele gorsza. Wystarczająco dużo razy już się sparzyłam, by dalej wierzyć w spotkanie tego jedynego. Związki stanowczo nie są dla mnie. Za każdym razem scenariusz się powtarza, wolę zostać sama i oszczędzić sobie cierpień, zamiast po raz kolejny przekonać się, że do niczego się nie nadaję.
  - Teraz twoja kolej – z zamyślenia wyrywa mnie głos przyjaciółki, momentalnie powracam do rzeczywistości. – Nie wmówisz mi chyba, że ty i Pan Wszechmogący całe dnie spędzaliście w pracy.
  Hmm.. Pan Wszechmogący. Jak to bardzo do niego pasuje. Idealnie wręcz oddaje jego charakter i usposobienie. Od razu mimowolnie uśmiecham się na wspomnienie naszego…
  TO JEDNORAZOWY INCYDENT, głosik w mojej głowie natychmiastowo daje o sobie znać. Niechętnie przyznaję mu rację, przecież razem z Christianem coś ustaliliśmy. Będę się tego trzymać. Problem w tym, że łatwiej jest coś powiedzieć, aniżeli wykonać.
  - A co mieliśmy, twoim zdaniem, robić? – pytam, starając się za wszelką cenę zachować pozory. Wiem jednak, iż przed Arianą Parks nic się nie ukryje. To chodzący wykrywacz kłamstw.
  - No okay, nie mieliście wspólnego pokoju, ale od tego jest, na przykład…
  - Nie kończ – przerywam. Niekoniecznie chcę słuchać o wytworach jej zbyt bujnej wyobraźni.
  - Miałam taki fajny pomyysł – mruczy niezadowolona. – Ale widzę po tobie, że za wiele się nie pomyliłam, prawda?
  Przygryzam dolną wargę, niemal czując metaliczny posmak krwi w ustach. Nie uniknę pełnego sprawozdania, nie ma na to najmniejszych szans.
  - Pocałował mnie – przyznaję w końcu. – I nic więcej, nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego.
  Szyderczy uśmieszek wstępuje na jej twarz, a źrenice rozszerzają się do granic możliwości.
  - Kochana, gratuluję! W sumie dobrze, że do niczego między wami nie doszło. Niech sobie chłopak poczeka.
  - Nie doszło i nie dojdzie nigdy – zapewniam sumiennie. – Proszę cię! Ja i on? Nie chcę być jego łóżkową zabaweczką na dwa tygodnie, to nie dla mnie. Poza tym i tak by na mnie nie spojrzał.
  - Zbyt krytycznie na siebie patrzysz, Ana – stwierdza po chwili namysły. Może mówić, co chce, ale ja i tak wiem swoje. – Jesteś super laską, a ten twój Christian byłby idiotą, gdyby tego nie widział.
  Uśmiecha się pokrzepiająco i bierze mnie pod ramię, ciągnąc w kierunku kolejnego sklepu. Czerwone szpilki stanowią kluczową część wystawy, więc kobieta od razu je zauważa.
  - Będą idealne. Żeby tylko mieli twój rozmiar, musisz je mieć!
  Od razu wchodzimy do pomieszczenia, nie mam zbyt wiele do gadania. Choć muszę przyznać, są naprawdę piękne. Nic nie poradzę na to, że jestem uzależniona od wszelkiego rodzaju obuwia, taka kobieca natura.

 ~*~

  Dopiero po około trzech lub czterech godzinach opuszczamy galerię handlową. Postanawiamy iść jeszcze do kawiarni i chwilę odpocząć przed powrotem do domu. Moim jedynym zakupem są czerwone szpilki, które wcisnęła mi Ariana. Ona  kolei zadowala się czarną sukienką przed kolano z koronkowymi wcięciami na biodrach. Oby Carlosowi się spodobało… albo jego mamie, nieważne zresztą.
  - Kiedy przyjeżdża twoja matka i Toby? – pyta niespodziewanie, gdy kelnerka już odchodzi po przyniesieniu naszego zamówienia, dwóch latte i kawałków ciasta malinowego.
  Momentalnie całe moje ciało napina się w niebezpieczny sposób. Łapię głęboki oddech, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo się denerwuję. Ona jednak doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc przy niej nie muszę udawać.
  - Nie wiem, niedługo… pewnie w tym tygodniu. Nie chcę o tym rozmawiać, dobrze?
  - Jasne, rozumiem. Ale wiesz… gdybyś chciała, przyjdź nawet w środku nocy.
  - Wiem, dziękuję ci bardzo – odpowiadam. Wizyta mamy i brata nie będzie należeć do przyjemnych, ale może obędzie się bez zbędnych spięć. Do szesnastej jestem w pracy, a potem będę zbyt zmęczona, by wysłuchiwać jej wiecznych pretensji i zażaleń. Mam nadzieję, że mi się uda.
  Obym tylko przetrwała.
Od autorki: Witam Was! Mam nadzieję, że miło spędziliście święta i jesteście gotowy na powrót do rzeczywistości. Co sądzicie o rozdziale? Nie sprawdzałam go, ale zrobię to wieczorem, więc góry przepraszam za wszystkie błędy. Dodałam go szybciej niż planowałam, ale wiem, że teraz nie będę mieć za wiele czasu. Za dwa tygodnie egzaminy, także już sama sobie współczuję. Nie mam pojęcia, kiedy dodam kolejny, także, proszę Was, miejcie do mnie nieco cierpliwości;) A odnośnie ankiety - większością głosów zadecydowaliście, by na blogu grała muzyka. Za chwilę ją wstawię, ale spokojnie - nie zaatakuje Was od razu po wejściu. Jeśli chcecie, włączcie ją sami. 
CZYTASZ - SKOMENTUJ I WYRAŹ SWOJĄ OPINIĘ
L x