piątek, 27 marca 2015

Twelve / Nothing I can do

'Im bardziej się człowiek starzeje, tym większym smakiem musi wykazać się, żeby docenić życie'

  Promienie popołudniowego słońca pieszczą moje ciało, podczas gdy ja sama z słuchawkami w uszach zatracam się w głosie Annie Lennox. Mam zamknięte oczy, całkowicie ignoruję otaczający mnie świat. Okulary przeciwsłoneczne zapewniają swego rodzaju anonimowość. Zero zmartwień, problemów chociaż przez ten krótki moment. Potrzebuję tego. Ludzie mijają mnie, raz spoglądając, raz nie. Powinnam czuć się zawstydzona, że mają możliwość widoku mojego ciała jedynie w czarnym bikini. Tak jednak nie jest. Całkowicie ignoruję otaczający wszechświat. Chociaż na moment pragnę wyłączyć się i nie myśleć o opinii innych – ich poglądach i zachowaniu. Jedynie dźwięki utworu I put a spell on you zaprzątają me myśli.
  Żałuję jedynie, iż nie mogłam porozmawiać dłużej z Mirandą. Wczoraj rozstałyśmy się dopiero wieczorem, Jason odwiózł nas do hotelu. Na szczęście nie stawiał oporów, gdy po poprosiłam go o małą zmianę planów Christian’a. Okazał się przyjaznym człowiekiem i interesującym partnerem do rozmowy. Zna Miami, więc nieco pomógł nam się odnaleźć.
  Biedna kobieta od samego rana musi wypełniać wyssane z palca polecenia Brody’ego. Choć tak naprawdę nie ma nic poważnego do zrobienia, dostała polecenie znalezienia garnituru w odpowiednim odcieniu czarnego. Może się nie znam, ale od zawsze myślałam, że jest tylko jeden odcień tego koloru. Całe życie w zakłamaniu.

  Powinnam pilnować czasu. Nie wiem dokładnie, ile czasu spędzam nad hotelowym basenem (jak widać obowiązki sekretarki wypełniam nad wyraz rzetelnie), przyszłam tu chwilę po obiedzie. Za jakiś czas mam udać się z szefem na spotkanie z niejakim McGarett’em, więc muszę być gotowa. A jednocześnie nie dopuścić, by zobaczył mnie w takim stanie. Niemal nagą.
  Nie mam się o co martwić. Na pewno mam jeszcze dużo czasu. A on przecież tu nie przyjdzie. Prawda? Oby nie.
  Jeszcze minuta.
  Takie leniuchowanie jest stanowczo zbyt przyjemne. Niestety, pora wrócić do rzeczywistości. Wyjmuję słuchawki z uszu, lecz trwa chwilę zanim decyduję się na powrót do pokoju. Moja nostalgia nie trwa długo, gdyż czyjś dobrze znany mi głos rozbrzmiewa zdecydowanie za blisko mnie.
  - Anastasio.
  Momentalnie otwieram oczy i zdejmuję okulary. Christian Brewer stoi nade mną i taksuje moje ciało wygłodniałym wzrokiem. Zaciskam usta w wąską linię, natychmiastowo zakrywając się ręcznikiem. Jak mogłam pozwolić, by zastał mnie w takim stanie? Spalę się ze wstydu. Nie mam odwagi na niego spojrzeć, ponieważ wiem, że w dalszym ciągu mi się przegląda.
  - Emm… przepraszam – dukam nieśmiało. Jednym ruchem zgarniam wszystkie swoje rzeczy i dopiero wtedy decyduję się na podniesienie wzroku. Jego szelmowski uśmieszek ani na moment nie schodzi mu z twarzy. Jak zwykle wygląda nieskazitelnie, lecz tu o nie o niego teraz chodzi. – Daj mi pięć minut, ubiorę się.
  - Uwierz, nie masz za co przepraszać – stwierdza, gdy już kierujemy się w stronę hotelu. Nerwowo przygryzam dolną wargę, poprawiając nakrycie. Nigdy nie powinnam była dopuścić do tej sytuacji. Mówi się trudno, a ja jestem po prostu przewrażliwiona. Niektóre kobiety przecież codziennie eksponują swoje wdzięki na okładkach kolorowych czasopism. Nie czują wstydu, wręcz przeciwnie. Między nami istnieje, niestety, ogromna przepaść. Najlepiej będzie, jeśli żadne z nas w ogóle o tym nie wspomni. To przecież nic takiego, nic nieznaczący incydent. Dlaczego się tym tak przejmuję? Dlaczego akurat nim, a nie którymś z tamtych przypadkowych mężczyzn?
  Może dlatego, że nie dbam o ich zdanie. A Christian to przecież Christian.
  Martwi mnie jednak jeszcze jedna rzecz. Odczuwam satysfakcję, ogromną satysfakcję.

  Pobijam swój własny rekord w przygotowaniu się. Dodatkową motywacją jest to, że szatyn czeka w recepcji, więc muszę naprawdę zrobić to szybko. Bikini zamieniam na błękitną sukienkę przed kolano z czarnym paskiem w talii oraz tego samego koloru buty na koturnie. Do torebki wkładam wszystkie potrzebne rzeczy i poprawiam makijaż, na szczęście nie wyglądam tak źle jak myślałam. Po raz kolejny dzisiaj rozczesuje włosy i przekładam je na prawą stronę. Uśmiecham się zwycięsko do swojego odbicia w lustrze, chwytając po drodze kartę hotelową, dzięki której zamykam drzwi.
  - Nie jesteś głodna? – pyta mężczyzna, gdy do niego dołączam. Od razu zaprzeczam, ostatnio nie mam zbyt wielkiego apetytu.
  Na zewnątrz czeka już na nas Jason.
  To nasz ostatni dzień w Miami, chciałabym go dobrze zakończyć.

  Niejaki Paul McGarett każe zdecydowanie długo na siebie czekać, wszyscy są już zniecierpliwieni. Najbardziej chyba Brody, choć sam przecież nie należy do punktualnych. Co za ironia. Przez całe zebranie czuję na sobie jego wzrok. Mimo iż odzywa się niemal cały czas – zwykle jest to w ogóle nieprzydatne – ma bardzo podzielną uwagę. Nie mogę uwierzyć, jak taki ktoś może być prawą ręką szefa. Nie jest przygotowany, myli fakty, obliczenia, a nawet zdaje się nie być odrobinę zainteresowany całą sprawą. Mną – wręcz przeciwnie. Mam powoli tego dość. Staram się skupić i zapisywać najważniejsze informacje, ale nie należy to w tym przypadku to rzeczy najłatwiejszych. Całe szczęście zajmuję miejsce koło Christian’a, to dodaje mi otuchy. Mogłabym w nieskończoność słuchać jego niskiego głosu.
  Kilka razy nasze spojrzenia się krzyżują. Za każdym razem przed oczami mam sytuację sprzed paru godzin. Dalej czuję się lekko skrępowana. Ten sposób, w jaki na mnie patrzył. Jakby był oczarowany, uczucie wprost nie do opisania. Z jednej strony chciałam najszybciej ubrać na siebie coś więcej niż tylko skąpe bikini, lecz z drugiej…
  No cóż, marzyłam, by mężczyźni zwracali na mnie uwagę, chociaż nie tylko ze względu na wygląd. Nie jestem wyłącznie pustą lalą, która nic nie potrafi zrobić. Znam swoją wartość… jeżeli jeszcze jakąś mam.
  - Ana? – głos Brewera wyrywa mnie z zamyśleń. Momentalnie powracam do świata żywych. Możemy na chwilę wyjść. Całe szczęście, potrzebuję dawki świeżego powietrza.

  Gdy szatyna zaczepia ta sama kobieta co wczoraj, przeprasza mnie i odchodzi z nią na bok. Uśmiecham się na widok Mirandy, która szybko zmierza w moją stronę. Chyba stara się jakoś uciec Brody’emu. Trudno się dziwić.
  - Jest mały problem.
  Chwyta moją dłoń i idziemy w kierunku windy. Od razu zaczyna skarżyć się na swojego szefa. Nie powiem, brzmi to dość zabawnie. Współczuję jej z całego serca. Gdybym codziennie po osiem godzin, czasami dłużej, musiała znosić jego obecność, nie wytrzymałabym psychicznie. Ten człowiek z łatwością potrafi zniszczyć czyjeś życie i diametralnie zmienić jego bieg.
  - Poradzisz sobie, jestem pewna – uśmiecham się pokrzepiająco, biorąc mały łyk cappuccino z czekoladą.
  - Wiesz, mam znajomego w Missisipi. Powiedział, że może mi coś załatwić. Płacą podobnie, a atmosfera o niebo lepsza, tak samo szef. To nie Nowy Jork, ale wszystko jest lepsze od Brody’ego.
  Wszyscy od ciebie uciekają, kochanie.
  - Oby się udało! – mówię z entuzjazmem. Naprawdę trzymam za nią kciuki.
  - Też mam taką nadzieję, Ana.
  Klepię ją po ramieniu i wyrzucam papierowy kubek po pustym napoju do pobliskiego kosza.

  Kolejne godziny są bardzo męczące, sam Christian wygląda na nieco znudzonego. Każda praca ma jednak swoje blaski i cienie. Same fuzje, przejęcia i inne rzeczy, które działają na mnie wyjątkowo usypiająco. Podczas prezentacji na chwilę przymykam oczy, przynosi mi to ulgę. Niestety, czuję lekkie szarpnięcie w przedramię. Od razu orientuję się, kto to może być.
  - Nie ma tak dobrze – szepcze cicho, przez co ledwo powstrzymuję chichot. Mierzymy się rozbawionymi spojrzeniami, choć z góry wiadomo, że nie mam szans w tym pojedynku.
  - Skup się na nim, nie na mnie – besztam go, wskazując palcem na niskiego mężczyznę żywo opowiadającego o swoim pomyśle. Wstyd się przyznać, lecz kompletnie nie mam pojęcia, jakim.
  - Wolę na tobie, ale dzięki za propozycję.
  Delikatnie przygryzam dolną wargę, a moje policzki stają się rumiane. Jednym słowem potrafi wywołać u mnie taką reakcję, to nieprawdopodobne.
  - A właśnie. Co powiesz na drinka wieczorem? Trzeba jakoś godnie zakończyć nasz pobyt tutaj – proponuje. Zastygam w bezruchu, nie mając pojęcia, co powinnam odpowiedzieć. Kiwam potwierdzająco głową, ponieważ żadne słowa nie mogą mi przejść przez gardło.
  Za kilka godzin idę na drinka z Christian’em Brewer’em. Jestem ogromnie podekscytowana.

~*~

  Barman ubrany w białą koszulę i czarną kamizelkę przez chwilę przygląda się naszej dwójce. Nie trwa to jednak długo, gdyż zajęty jest przygotowaniem martini, jakie zamówiliśmy. Dopiero po siedemnastej mogliśmy wrócić do hotelu. Kolejną godzinę zajęło mi doprowadzenie się do porządku. Chciałam wyglądać jak najlepiej. Nie dla niego. Dla samej siebie.
 Nie okłamuj się.
  Podwijam czarną spódniczkę niżej, by nie pokazała za dużo. Zwarzywszy na to, że Christian ani na chwilę nie spuszcza ze mnie wzroku. Jest to nieco krępujące, ale podoba mi się, że zwraca na mnie uwagę.
  Calvano to naprawdę wielka szczęściara, choć ośmielę się sądzić, że na niego nie zasługuje. Dba tylko, by jej paznokcie pozostały w idealnym stanie. Brewer ciężką pracą osiągnął wiele, każdy chciałby być na jego miejscu. Ponadto jest inteligentny, czarujący, potrafi znaleźć z każdym wspólny język. Nie można się przy nim nudzić.
  Naszą żywą rozmowę przerywa dźwięk telefonu mężczyzny. Z wyraźną niechęcią wyjmuje go z kieszeni spodni i spogląda na wyświetlacz. Zaciekawiona posyłam mu pytające spojrzenie, gdy natychmiastowo rozłącza połączenie, na dodatek całkowicie wyłącza urządzenie.
  - Rebecca – wyjaśnia, a ja biorę głęboki oddech. Nie do końca rozumiem jego zachowanie. Mógłby chociaż porozmawiać z nią przez dwie sekundy i wyjaśnić, że nie ma teraz czasu. Wybiera jednak najprostsze rozwiązanie.
  - W takim razie nie będzie zadowolona – kwituję.
  Na moją twarz mimowolnie wkrada się triumfalny uśmieszek. Nie powinnam, lecz czuję się wyjątkowo. Ignoruje ją. Dla mnie. Mimo iż to nic nie znaczy, daje mi mocny zastrzyk pewności siebie. Szkoda, że tak nie będzie zawsze.
  - Anastasio, grunt, żebyś dzisiaj to ty była zadowolona.
  Każdy mięsień na ciele napina się w niebezpieczny sposób. Otwieram usta w celu powiedzenia czegoś, lecz szybko rezygnuję z zamierzonego celu. Przygryzam dolną wargę i spoglądam na szatyna kątem oka, który chytrze się uśmiecha.
  Zamawiamy kolejną porcję alkoholu, kontynuując konwersację jak gdyby nigdy nic. Przynajmniej ja staram się zachowywać takie wrażenie. Między nami panuje przyjemna atmosfera, czujemy się dobrze w swoim towarzystwie. Ściągam na moment swoją maskę, mogąc być prawdziwą sobą i nie udawać nikogo, a to nie zdarza się zbyt często. Widzę też prawdziwego Christian’a – rozluźnionego i zrelaksowanego. Z nieukrytą ciekawością słucham jego słów, podczas gdy barman stawia przed nami coraz to nowe drinki. Powoli tracę rachubę czasu jak i też wypitych napojów. Szczerze mówiąc, nigdy nie pomyślałabym nawet, że będę spędzać z nim czas w taki sposób. Pijąc i śmiejąc się z głupich rzeczy. Jestem szczęściarą. Christian Brewer bardzo łatwo potrafi sprawić, by kobieta czuła się wyjątkowa, chociażby dzięki zwykłej niezobowiązującej rozmowie. Mogę zapomnieć o wszystkim i zrelaksować się w jego towarzystwie.
  Mogłabym tam siedzieć niemalże w nieskończoność, lecz obydwoje wiemy, iż jutro czeka nas powrót do domu. Z jednej strony nie mam ochoty wracać – Miami to raj na Ziemi. Jednak to Wielkie Jabłko stało się moim domem i nie zamienię go na nic innego. Nie potrafiłabym już wrócić do Chicago, nie po tym wszystkim.
  Jestem stuprocentowo pewna, że Ariana od razu zrelacjonuje mi swoje spotkanie z nowym kandydatem na narzeczonego. Tylko, błagam, bez szczegółów, to mnie w ogóle nie interesuje. Muszę też przygotować się na kąśliwe uwagi Stelli, prawdopodobnie jeszcze chowa do mnie urazę. Sama się sobie dziwię, ale nie dbam o to, a tym bardziej o nią. Dzisiejszy dzień był naprawdę wspaniały, a zwłaszcza jego zakończenie.
  Dopiero po dwudziestej drugiej postanawiamy opuścić restaurację. Staram się panować nad sobą, mimo iż nie należy to do rzeczy najłatwiejszych.
  O jedno martini za dużo, koleżanko.
  Wsiadamy do windy, jednak nie jesteśmy w niej sami. W duchu dziękuję za to z całego serca. Każda komórka mego ciała lgnie do mężczyzny, między nami emanuje niemal namacalne napięcie. Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę, choć absolutnie nie powinniśmy.
  Wiem, że Christian jest mężczyzną, który bez względu na wszystko dostaje to, czego chce, lecz ja nie mogę na to pozwolić. Nie tym razem. Pan prezes i sekretarka, to takie banalne. Sparzyłam się już wystarczająco dużo razy, by wiedzieć, iż to nie ma prawa skończyć się dobrze. Poza tym… jakby to miało wyglądać? Nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy, musiałabym odejść z pracy.
  A na to nie mogę sobie pozwolić.

  Stoimy przed drzwiami mojego pokoju. Trzymam w ręku hotelową kartę, lecz jak na razie nie śpieszy mi się do użycia jej.
  - W takim razie… - zaczynam cicho. – Do jutra.
  - Tak, do jutra – powtarza, uśmiechając się chytrze. Wygląda, jakby się wahał, jakby chciał coś zrobić, ale powstrzymuje się od tego z całych sił. – Cholera, przepraszam.
  Z początku w ogóle go nie rozumiem, ale gdy jego gorące wargi opadają na moje, wszystko staje się już jasne. Jestem zaskoczona i w pierwszej chwili próbuję się od niego oderwać, lecz w ostateczności nic takiego się nie dzieje. Natychmiast odwzajemniam pocałunek, chwytam za kołnierz koszuli i przyciągam mężczyznę do siebie. Pozbywam się wszystkich zahamowań, pozwalając, by błądził dłońmi po moim ciele.
  Przyciska mnie do zimnej faktury drzwi. Ewidentnie chce czegoś więcej. Nie ukrywam, też tego pragnę, lecz taka sytuacja nie może mieć miejsca. Nigdy.
  - Christian – mruczę, wykorzystując resztki silnej woli, by znowu się na niego nie rzucić. – Powinieneś iść do siebie.
  - Powinienem? – unosi brwi i posyła mi kokieteryjny uśmiech. Sama się sobie dziwię, ale tak, powinien i to jak najszybciej. Ja zresztą też.
  W pośpiechu otwieram drzwi, a szatyn patrzy na mnie osłupiały. Nie często jakaś kobieta jest w stanie mu odmówić, więc chyba nie jest do tego przyzwyczajony. Pod tym względem jestem wyjątkowa.
  W ostatniej chwili odwracam się i lekko muskam jego usta, czym nas oboje wprawiam w niemałe zdziwienie. Nie rozumiem, skąd bierze się u mnie ta nadzwyczajna pewność siebie.
  - Do jutra – mówię po raz kolejny i zamykam mu drzwi przed nosem. Opieram się o ścianę, dotykając swoich ust. Właśnie zrobiłam prawdopodobnie jedną z najbardziej nieprzemyślanych, ale też przyjemnych rzeczy w życiu.
  Pocałowałam Christian’a Brewer’a.
Od autorki: Rozdział sprawdzę po powrocie do domu, bo za chwilę mam wizytę kontrolną u lekarza. Chyba tygodniowe leżenie w łóżku z wysoką gorączką usprawiedliwia moją zwłokę z publikacją? Uwierzcie, to odbiera całkowicie chęci do życia. Nie będę przewidywać, kiedy dodam kolejny, ponieważ teraz jest to ostatnia rzecz, jaką mam ochotę się zajmować. Liczba sprawdzianów, jaką moja klasa pisała w tym tygodniu, autentycznie mnie przeraziła. Szykują się pracowite święta (okay, pewnie i tak wyśpię się za wszystkie czasy). Ale nieważne. Jak się podoba rozdział? :D Wreszcie mały postęp. Ostrzegam jednak - nie oczekujcie zbyt wiele, jeszcze nie na to czas. Do następnego♥
PS. odpowiadajcie w ankiecie po prawej stronie, to ważne 

L x

sobota, 14 marca 2015

Eleven / Get ready for new adventures

'Nie można zmienić przeszłości, ale można kierować przyszłością'

  Znajduję się tysiące metrów nad ziemią. Rzadko latam samolotami, właściwie w ogóle, więc jest to dla mnie nowe ciekawe doświadczenie. Na dodatek w miłym towarzystwie. Jednak jest to też odrobinę krępujące. Nie licząc dwóch pilotów i stewardessy obrzucającej mnie obojętnymi spojrzeniami, na pokładzie prywatnego samolotu znajdujemy się tylko ja i Christian.
  Podziwianie widoków potrafi znudzić już po niecałej minucie, więc jestem zajęta jedynie rozmową z szatynem. Omawiamy głównie sprawy związane z Miami, ignorując niemal ciągłą obecność Panny Długonogiej, która co parę minut pyta, czy Brewer czegoś nie potrzebuje. Mnie naturalnie obrzuca obojętnym spojrzeniem, bezceremonialnie ocierając się o jego ramię.
  Otwieram usta, by to jakoś skomentować, lecz posyłam mu tylko pokrzepiający uśmiech. Każda kobieta, z jaką ma styczność, robi do niego maślane oczka. Sama powoli mam tego dość - przecież mi też w jakimś sensie się dostaje. Te spojrzenia pełne irytacji i domniemanej wyższości towarzyszą niemal zawsze. Jestem już przyzwyczajona, w pewnym sensie nawet je rozumiem. Christian Brewer potrafi zawładnąć umysłem przypadkowo spotkanej kobiety. Łączy nas jedna rzecz. Ani ja, ani one nigdy nie przekonają się, jak to jest być przez niego uwielbianą.
  Chcę zapytać o Rebeccę, choć to nie jest dobry pomysł. Rezygnuję więc szybko ze swojego zamiaru, mój towarzysz prawdopodobnie też nie roztrząśnie tego tematu. Zostaje nam niecałe pół godziny do lądowania, gdy z jego ust wydobywa się nieco niewygodne pytanie.
  - A właśnie... mogę wiedzieć, dlaczego Carlson wczoraj wyszedł od nas taki podminowany?
  Unoszę zaskoczona brwi. Przecież Brewera tam nie było, więc nie rozumiem, jakim cudem o tym wie. Ach, tak. Dylan. I wszystko już jasne.
  - No wiesz - zmuszam się do sztucznego uśmiechu. - Nie będziesz zły?
  - Zależy - odpowiada wyraźnie zaintrygowany. Biorę głęboki oddech i spuszczam wzrok na swoje splecione palce.
  - Tak jakby... wbiłam mu długopis w rękę - mówię cicho, oczekując jego reakcji. Słyszę serdeczny śmiech, sama również chichoczę. Fakt, gdyby ktoś patrzył wtedy na nas z boku, miałby powody do rozbawienia.
  - Nienawidzisz Brody'ego tak bardzo, że musiałaś go potraktować tak okrutnie? - nawet nie zdaje sobie sprawy, ile tkwi w tym prawdy. Wzruszam niewinnie ramionami, przygryzając delikatnie dolną wargę.
  - Gdyby nie pchał rączek tam, gdzie nie wolno, nic by mu się nie stało - dodaję jeszcze, lecz po chwili tego żałuję. Wyraz twarzy Christiana zmienia się diametralnie. Po uśmiechu znika wszelki ślad, a usta zaciskają się w cienką kreskę. Od razu mogę dostrzec, iż jest zły. Na mnie... ale nie ma powodu, nie zrobiłam nic złego. Więc może na niego?
  Chcę zapytać, skąd ta nagła zmiana nastroju, lecz prawdopodobnie znam odpowiedź. Stewardessa przynosi mi szklankę wody, o którą prosiłam, co na moment rozładowuje zaistniałe napięcie. Nerwowo obserwuję szatyna, nasze spojrzenia się krzyżują. Nie mam pojęcia, co tam dostrzegam. Troskę, zaniepokojenie, frustrację.
  - Zrobił ci coś? - czeka kilka sekund, by Pani Długonoga go nie usłyszała. Kręcę przecząco głową, wyraźnie go tym uspokajając. Prześladuje mnie jedna, zupełnie niedorzeczna myśl. Gdyby szatyn dowiedziałby się jeszcze czegoś więcej, Carlson miałby problemy. – Słowo, a pożałuje.
  Nie mam pojęcia, co powinnam odpowiedzieć. I czy powinnam w ogóle. Zaskakuje mnie ta nagła zmiana, ten chłód w jego głosie. Niewiarygodne, jak w jednej chwili potrafi się diametralnie zmienić. Bywa przerażający, gdy ktoś go denerwuje. Wolę go takiego nie oglądać.
  - Nie, wszystko jest w porządku. Nie musisz zawracać sobie tym głowy – zapewniam od razu, wyczekując reakcji. Mam nadzieję, że dłużej nie będzie drążył tego tematu. To zupełnie niepotrzebne, nie chcę popsuć sobie humoru z samego rana.
  - Owszem, muszę – odpowiada wymijająco i posyła mi zniewalający uśmiech. Ten człowiek jest niemożliwy.
  - Nie zapytałam o jedną rzecz. Podobno to Dylan miał tu być. Dlaczego więc ty? - spoglądam na niego spod długich rzęs. Mój plan skutkuje, znowu się rozluźnia. Nie możemy rozmawiać o Brody’m, obojgu wyjdzie nam to na dobre. Ja nie będę plątać się z zeznaniach, a on niczego ode mnie nie wyciągnie.
  - Dylan ma coś do zrobienia na miejscu, a ja muszę pomęczyć się z tym wszystkim sam. Jedyną dobrą rzeczą jest to, że mam tu ciebie.
  Na moją twarz wstępuje obfity rumieniec. Nie powinien tak mówić. Ale przecież nie ma w tym nic złego, prawda? Powinnam odebrać to jako komplement.
  Uspokój się, głupia!, rugam siebie samą. Banalne zdanie wybija mnie z rytmu, tylko on potrafi do tego doprowadzić. Przebywam w towarzystwie Christiana zdecydowanie za dużo.
  No cóż, nie powinno, bardzo mi się to podoba.

~*~

  Podczas gdy boy hotelowy przejmuje nasze bagaże, przed krótką chwilę stoję jak słup soli, wpatrując się w piękny budynek. Delano South Beach na tle nieskazitelnego krajobrazu Miami prezentuje się niesamowicie. Staram się ukryć swoje podekscytowanie pierwszą wizytą na Florydzie, ale nie jestem pewna, czy dobrze mi to wychodzi. Kątem oka spoglądam na Christiana rozmawiającego z kierowcą. Mężczyzna kiwa posłusznie głową i wsiada do czarnego samochodu, by za chwilę zniknąć z pola widzenia.
  - Idziemy? – głos szatyna wybudza mnie z chwilowego transu. Portier otwiera przed nami drzwi i od razu kierujemy się w stronę recepcji. Na nim nie robi to żadnego wrażenia. To z całą pewnością codzienność, podczas gdy ja nie mogę wyjść z podziwu. Czuję się jak najprawdziwsza księżniczka w zamku, lecz to tylko złudzenie.
  Nie mam w sobie nic z księżniczki.
  Wnętrze urządzone jest bardzo nowocześnie, dominuje biel i odcień beżu. Moją uwagę przykuwa rozgorączkowana kobieta rozmawiająca z kimś przez telefon. Ciągle gestykuluje, wtrącając do swego niezwykle długiego monologu parę zdań po jakimś nieznanym mi języku. Śmieję  się pod nosem, gdy niemal wpada na innego gościa, tym razem średniego wzrostu mężczyznę w garniturze.
  - Panie Brewer, witamy – czarnowłosa recepcjonistka wita nas serdecznym uśmiechem, wręczając dwie karty do pokoi.
  W towarzystwie boy’a z walizkami kierujemy się do windy. Panuje między nami absolutna cisza. Nie rozumiem, co się dzieje. Za każdym razem, kiedy jesteśmy w takiej sytuacji, emanuje jakieś niewidzialne napięcie, które wprost pcha mnie bliżej niego. Nerwowo przygryzam wargę, posyłając Christianowi ukradkowe spojrzenie. On, niestety, wpada na ten sam pomysł. Przez parę sekund patrzymy na siebie z ukosa, lecz ja w końcu rezygnuję. Nie mogę dłużej tego znieść.
  Założę się, że teraz triumfalnie się uśmiecha. Wolę już tego nie sprawdzać.

~*~

  Zamykam drzwi od pokoju i nieśmiało rozglądam się po pomieszczeniu. Lub nie… to nie pokój, to najprawdziwszy apartament. Błękitne ściany idealnie kontrastują ze śnieżnobiałym meblami i pościelą. Wielkie łóżko znajduje się naprzeciwko plazmowego telewizora i komody. Siadam na białym fotelu, uprzednio zdejmując z niego małą poduszkę, i wyjmuję z kieszeni telefon. Miałam zadzwonić do Ariany. Wolę to zrobić teraz, bo inaczej nie da mi spokoju. Spoglądam na szafę stojącą niedaleko drzwi do łazienki. Postanawiam jeszcze się rozpakować. Odsuwam walizkę i po kolei wyjmuję z niej wszystkie rzeczy.
  Zdurniałaś?!, woła głosik w mojej głowie na widok bikini spoczywającego na dnie. Uśmiecham się pod nosem. Być może mi się przyda?
  Nie. Stop. Ja tu nie jestem na wakacjach, jestem w pracy.
  Rozbrzmiewa dzwonek mojego telefonu. Ta kobieta ma niesamowite wyczucie czasu.
  - Jesteś sama?! – wypala od razu. Marszczę brwi. Nie widzę powodu, dla którego nie miałabym być. Gdy przytakuję, od razu wypala: - Bo chyba śpicie w jednym pokoju, nie? Taki apartament małżeński.
  - ARIANA – ganię ją od razu, lecz mimowolnie wybucham śmiechem. – Nie pozwalaj sobie.
  - Więc nie? – udaje zaskoczoną. – Okay, żartuję przecież.
  Czasami jej nienawidzę. Ale jest dla mnie jak rodzona siostra, a u rodzeństwa to chyba normalne. Wychodzę na balkon, słuchając najnowszych informacji z Nowego Jorku. Niewiarygodne, ile może wydarzyć się przez zaledwie kilka godzin. Przede mną rozpościera się zapierający dech w piersiach widok Florydy. Gdyby wszystko było tak proste… po prostu uciec od problemów i zaszyć się gdzieś już na zawsze.
  - Halo, Ana? Słuchasz mnie?
  - Tak, tak… albo… no… o co chodziło? – odpowiadam nieco rozkojarzona. Opieram się plecami o ścianę, obserwując panoramę Miami. Niewiarygodne, że jedno miejsce może posiadać w sobie aż tyle uroku, to raj na Ziemi. Jestem tu pierwszy raz, choć mam nadzieję, że nie ostatni.
  - Mam randkę! Z NORMALNYM FACETEM, ROZUMIESZ? – oddalam telefon na kilka centymetrów od ucha, w przeciwnym razie mój bębenek nie wytrzymałby tego pisku. Cieszę się razem z nią, zasługuje na to jak mało kto. – Nazywa się Steven, jest mega przystojny, szarmancki, zabawny, no i w ogóle... chodzący seks po prostu.
  Uśmiecham się szeroko. Tylko, żeby tym razem wszystko skończyło się dobrze. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, lecz Arianę wzywają obowiązki. Znowu ten nieprzyjemny, denerwujący typek, którym musi się zająć.

~*~

  Wielka sala konferencyjna, w jakiej znajdowaliśmy się jeszcze przed momentem, dalej wzbudza we mnie lekkie przerażenie. Choć może to nowe otoczenie, a zwłaszcza jeden mężczyzna. Nie zapamiętałam jego imienia, lecz zamiast skupić się na rozmowie z Christianem cały czas zerkam na niego z ukosa. Chcę wiedzieć, czy dalej mi się przygląda. Nie podoba mi się to.
  - Ana, w porządku? – uśmiecham się sztucznie w stronę swojego szefa i przytakuję. Jestem przewrażliwiona, więc postanawiam ignorować to nieprzyjemne wrażenie. Kontynuujemy rozmowę, przez co staję się nieco bardziej rozluźniona.
  Jednak do czasu.
  Widzę go. Niestety, wzrok mnie nie myli, ponieważ Brewer też go zauważa.
  - To są chyba jakieś żarty – warczę cicho, lecz i tak nie uchodzi to jego uwadze. On sam również nie tryska optymizmem. Podczas tych trzech dni miałam odpocząć od widoku twarzy Brody’ego. A dzieli nas niecałe dziesięć metrów.
  Los chyba już nie może bardziej sobie ze mnie zakpić. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.
  - Panno Crawford, tym razem, proszę, żadnych artykułów piśmienniczych – szepcze, by nikt nie usłyszał naszej krótkiej rozmowy. Mimowolnie się uśmiecham i potakuję, posyłając mu rozbawione spojrzenie. Dopóki będę obok szatyna, Carlson nie odważy się zrobić niczego głupiego.
  Boi się go, widać to na kilometr. Dla mnie to dobrze, nawet bardzo dobrze. Obędzie się bez nieprzyjemnych sytuacji. Przynajmniej taką żywię nadzieję.
  Zmierza w naszym kierunku szybkim i pewnym krokiem. Jestem na niego tak zdenerwowana, że mogłabym bez oporów rzucić się na niego z paznokciami. Chociaż szkoda czerwonego lakieru…
  - Masz ochotę na kawę? – pytam ze sztucznym uśmiechem, podejmując obowiązki sekretarki. Nie daję mu czasu na odpowiedź. – Tak? Świetnie, zaraz wracam.
  Ostatnie, czego potrzebuję, to rozmowa z tym facetem. Próbuję się oddalić tak szybko jak to możliwe, lecz Christian ma wobec mnie inne plany. Jedną ręką oplata moją talię i przyciąga do siebie, bym nie uciekła nawet na milimetr. Wciągam głośno powietrze, a dosłownie każdy mięsień na moim ciele napina się i niebezpiecznie zaciska. Mężczyzna posyła mi nieustępliwe spojrzenie mówiące: Nie uciekniesz tak łatwo.
  Przesłanie schodzi jednak na dalszy plan, gdy zdaję sobie sprawę, że przecież on mnie dotyka. Christian Brewer mnie dotyka. Cichutki głosik w mojej głowie przybiera na sile, by zaraz potem piszczeć w niebogłosy. Przełykam nerwowo ślinę, ponieważ po niespełna kilku sekundach dłoń szatyna wraca na swoje miejsce, a nasze ciała w ogóle się nie stykają. Stajemy za to twarzą w twarz z Brody’m, który instruuje jakąś kobietę, co ta powinna teraz robić. Przynieść mu kawę. Czarną z mlekiem, półtorej łyżeczki cukru. Nie więcej i nie mniej.
  Co ja kiedyś widziałam w tym osobniku?
  Niska brunetka w czarnej prostej sukience i niebieskich szpilkach prawdopodobnie jest jego asystentką. W rękach trzyma białą teczkę z papierami, na Brody’ego nawet nie śmie spojrzeć. Kiwa tylko posłusznie głową i oddala się, by dostarczyć jego zamówienie. On cały czas wlepia wzrok w jej tyłek, gdy ta się oddala. Kobieta to nie eksponat muzealny, nie jest jedynie od podziwiania i niewybrednych komentarzy. Carlson chyba tego nie wie.
  - Wybaczcie mi to spóźnienie, coś zatrzymało mnie w Nowym Jorku – zaczyna, ogarniając wzrokiem nas i wszystkich obecnych.
  Te dni zapowiadają się naprawdę interesująco.

~*~

  Nie jestem potrzebna Christian’owi, więc moim celem staje się poznanie asystentki Brody’ego. Stoi z boku, nikomu nie rzuca się w oczy, jest wyraźnie zdenerwowana i stłamszona przez to wszystko. A może też przez niego? Uśmiecham się pokrzepiająco, wyciągając dłoń w jej stronę.
  - Ana Crawford – mówię przyjaźnie.
  - Miranda Prescott – odpowiada, ściskając ją. – Sekretarka pana Brewer’a, zgadza się?
  Pana Brewer’a, powtarzam w myślach. Czasem sama go tak nazywam, lecz gdy robi to ktoś inny, brzmi dość niecodziennie. Niesamowicie go postarza.
  - Tak, właśnie – potwierdzam. Cały czas wodzi wzrokiem, jakby kogoś szukała. Czeka pewnie, gdy skończą rozmawiać, a jej szef znowu będzie mógł zasypać ją bezsensownymi zadaniami i uwagami. Dobrze chociaż, że do napoju nie miał zbyt wielkich pretensji.
  Rozmawiamy przez chwilę, nieco się poznając. Pierwsze lody zostają przełamane, a Miranda wydaje się sympatyczną i miłą osobą. Nie jestem pewna, czy na pewno powinnam, ale pokusa zadania tego pytania jest zbyt silna, bym mogła się jej oprzeć. Kobieta okazuję się być bardzo wylewna na temat przełożonego. W myślach już zacieram ręce. Nie chcę dowiedzieć się czegoś konkretnego, ale kilka szczegółów może okazać się bardzo przydatnych.
  - Większego gbura ta planeta nie widziała! Cały czas mnie nagabuje, mam tego dosyć – warczy skonsternowana. Bardzo dobrze ją rozumiem. Długie godziny spędzone w towarzystwie tego człowieka potrafią dać w kość. Ja ostatnio miewam lekkie problemy z wytrzymaniem dwóch minut.
  - Współczuję, naprawdę… ale dlaczego nie poszukasz sobie czegoś innego? – pytam zaciekawiona. Takie rozwiązanie wyszłoby jej na dobre, jestem tego pewna.
  - Próbowałam – przyznaje – ale za każdym razem spotykałam się z odmową, a ja naprawdę potrzebuję pracy.
  To dla niej nieprzyjemny temat, więc nie zagłębiam się w to dalej. Rozmowa szybko zostaje skierowana na nieco inne tory. Nieco bardziej dla mnie niewygodne.
  - A jaki jest ten cały Christian Brewer? Brody wspominał coś, że najchętniej omijałby go szerokim łukiem.
  Doprawdy nie mam pojęcia, co jest między nimi, ale wzajemne stosunki świadczą o tym, iż musi być to coś poważnego. Kiedyś się tego dowiem. Ciekawe tylko kiedy to się stanie.
  - Zabawne, że on to mówi – stwierdzam zniesmaczona. – Ale to nieprawda. Nie wymarzyłabym sobie lepszego pracodawcy, słowo daję.
  - Widziałam, jak z tobą rozmawiał. Był miły, ani razu nie podniósł głosu… nawet się uśmiechnął. Szczęściara z ciebie, większość tych biznesmanów ma naprawdę wielkie ego. Pieniądze potrafią zawrócić człowiekowi w głowie.
  Nie sposób się z nią nie zgodzić. Potakuję tylko z zamiarem odpowiedzi, lecz temat konwersacji zmierza w naszym kierunku.
  - Ana, pozwól na moment – mówi, jednocześnie witając się z Prescott. Odchodzimy kawałek, a w tym samym czasie Brody ma również jej coś do powiedzenia.
  - O co chodzi?
  - Muszę pozałatwiać parę spraw i na dzisiaj jesteś już wolna. McGarett przyjeżdża dopiero jutro o czternastej, więc to samo tyczy się przedpołudnia. Mogłabyś tylko przygotować dane z ostatniego kwartału? Stella powinna już wszystko ci wysłać na maila.
  - Naturalnie – odpowiadam. – To wszystko?
  - Przepraszam, że cię tak zostawiam. Jason odwiezie cię do hotelu, czeka przez wejściem – chyba nie czuje się dobrze z tym faktem.
  - Nie masz za co przepraszać. Na pewno nie jestem ci potrzebna? – potakuje. – W takim razie do zobaczenia jutro. Jason nie musi mnie nigdzie wozić, naprawdę. Poradzę sobie.
  Po zastanowieniu stwierdzam jednak, że to posunięcie nie jest zbyt mądre. Jestem w Miami pierwszy raz. Prędzej się zgubię już za pierwszym zakrętem, niż sobie poradzę.
  Ale nie. Ten człowiek ma milion ważniejszych rzeczy do zrobienia niż dostarczenie mnie do pokoju hotelowego. Poza tym mogę wziąć taksówkę i udać się na małe zakupy. W końcu do końca dnia mam wolne, czyż nie?
  - Anastasio…
  - Christianie – przerywam. – Wszystkie sklepy są jeszcze otwarte, wyświadczasz mi wielką przysługę – uśmiechamy się do siebie. Dlaczego myślę, że tego typu rozmowa nie powinna mieć miejsca?
  - Kobiety – mruczy pod nosem i zaraz potem dodaje:  – Panno Crawford, jest pani nieustępliwa. Trzeba będzie kiedyś coś z tym zrobić.
  Jego słowa sprawiają, że wbijam wzrok w podłogę, lecz od razu potem parskam śmiechem. Nie jestem pewna, czy mówi poważnie, czy tylko żartuje, ale raczej nie mam ochoty się o tym przekonywać.
  - Powodzenia życzę – odpowiadam żartobliwie. Po jego chytrym uśmieszku wnoszę, że moje słowa bierze sobie do serca.
  Woła go jakaś kobieta, przez co żegna się ze mną i odchodzi w jej kierunku. To samo robi Brody, przypadkowo ocierając się o moje ramię.
  - Anastasio – mówi tytułem pożegnania. Zachowuję kamienny wyraz twarzy, odpowiadając takim samym tonem. Pragnę jak najszybciej stracić go z oczu. Razem z Prescott udaję się do windy i czekam, aż zjedzie ona na parter. Przez chwilę namawiam ją, by dała namówić się chociaż na mały spacer po Miami. W końcu dzisiaj jej obecność nie jest Brody’emu niezbędna.
  Po kilku minutach próśb odnoszę małe zwycięstwo. Chcemy złapać jakąś taksówkę, lecz niespodziewanie podchodzi do nas mężczyzna w czarnym jak smoła garniturze i koszuli. Ten sam, który nas tutaj przywiózł.
  - Panno Crawford, mam zawieść panią do hotelu – oznajmia. Przypominam sobie jego imię. Jason. Jest wysoki, być może wzrostu Christiana.
  Wzdycham ze zrezygnowaniem. Ten człowiek chyba nie uważa, że ma nade mną władzę? To jednak miłe, iż martwi się o mój bezpieczny powrót.

  Bo o to właśnie chodzi, prawda?

Od autorki: Jak zwykle nie potrafię dodać nic w terminie, no oczywiście. Ogromnie Was za to przepraszam, ale od razu biorę się za pisanie dwunastki, żeby dodać ją w następny weekend. Albo nawet w piątek... jako sekretarka w szkole będę mieć duuużo wolnego czasu:) Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. Nie potrafiłam się zebrać, żeby go napisać, więc nie jestem szczególnie zadowolona, ale mogło być gorzej. Przynajmniej taką mam nadzieję. Do następnego rozdziału♥

L x