poniedziałek, 23 lutego 2015

Zapowiedź

'Sukces nigdy nie jest ostateczny.'

  Witam Was z małym opóźnieniem i - niestety - tylko krótką zapowiedzią. Podczas ferii chciałam odpocząć i spędzić czas ze znajomymi, a nie siedzieć przed monitorem, chyba to rozumiecie:) Mam małą (dosłownie) rekompensatę, a rozdział ukarze się w sobotę lub piątek.
  Te kilka miesięcy przed egzaminem to istna tragedia, każdy trzeciogimnazjalista chyba doskonale mnie rozumie. Nie ma to jak wstawać o szóstej i wracać do domu przed czwartą... więc wytrwale czekam na czerwiec♥ Nie przedłużając więcej, zapraszam na zapowiedź rozdziału jedenastego, na chwilę dzisiejszą jeszcze pozbawionego tytułu.

  - Nie, wszystko jest w porządku. Nie musisz zawracać sobie tym głowy – zapewniam od razu, wyczekując reakcji. Mam nadzieję, że dłużej nie będzie drążył tego tematu. To zupełnie niepotrzebne, nie chcę popsuć sobie humoru z samego rana.
  - Owszem, muszę – odpowiada wymijająco i posyła mi zniewalający uśmiech. Ten człowiek jest niemożliwy.
  - Nie zapytałam o jedną rzecz. Podobno to Dylan miał tu być. Dlaczego więc ty? - spoglądam na niego spod długich rzęs. Mój plan skutkuje, znowu się rozluźnia. Nie możemy rozmawiać o Brody’m, obojgu wyjdzie nam to na dobre. Ja nie będę plątać się z zeznaniach, a on niczego ode mnie nie wyciągnie.
  - Dylan ma coś do zrobienia na miejscu, a ja muszę pomęczyć się z tym wszystkim sam. Jedyną dobrą rzeczą jest to, że mam tu ciebie.
  Na moją twarz wstępuje obfity rumieniec. Nie powinien tak mówić. Ale przecież nie ma w tym nic złego, prawda? Powinnam odebrać to jako komplement.
  Uspokój się, głupia!, rugam siebie samą. Banalne zdanie wybija mnie z rytmu, tylko on potrafi do tego doprowadzić. Przebywam w towarzystwie Christiana zdecydowanie za dużo.
  No cóż, nie powinno, bardzo mi się to podoba.


L x

środa, 4 lutego 2015

Ten / Like a champion


"Ludzie mają wrodzony talent do wybierania właśnie tego, co dla nich najgorsze."

  Gdy przekraczam próg swojego mieszkania, dalej nie mogę się otrząsnąć. Gregg po rzeczowej rozmowie odstawił mnie pod odpowiedni adres. A potem odszedł, zniknął. Rozmawialiśmy całą drogę, choć głównie to on zabierał głos. Wyjaśniliśmy sobie dużo, ale to nie zmieniło mojego podejścia do niego. Fakt, doceniam to, co zamierza zrobić, lecz nic poza tym.
  Ten człowiek stracił w moich oczach. Jednak już koniec, za co jestem mu wdzięczna. Rozumie, żałuje, przestanie. Pozostaje jedno pytanie. Mówił prawdę, czy może znowu kłamał? Nie mam pojęcia. Może chociaż jeden raz zachowa się tak, jak powinien. Jest to winien Arianie.
  Przepraszam.
  Powiedział to to niewłaściwej osoby. Mnie nie zrobił nic, jej za to dużo. Na pewno jeszcze kiedyś o nim usłyszę, tacy ludzie rzadko się zmieniają… żeby nie powiedzieć w ogóle. Parks jednak się o tym nie dowie, przynajmniej nie ode mnie. Ten rozdział w swoim życiu powinna dawno zamknąć.

~*~

  Posyłam do swojego odbicia w lustrze coś, co ani trochę nie przypomina uśmiechu. Denerwuję się, mimo iż nie mam czym. No tak, jestem wiecznym kłębkiem nerwów. Dlaczego? Chcę mieć stuprocentową pewność, że pan Scott nie raczy znowu pojawić się pod moim miejscem pracy. A może to coś całkowicie innego. Poprawiam jeszcze fryzurę i wygładzam niewielkie fałdki, jakie powstają na mojej spódnicy i jestem gotowa do wyjścia. Upewniam się tylko, czy aby na pewno mam wszystko, czego potrzebuję, zgarniając w pośpiechu klucze ze stołu w kuchni. Muszę się śpieszyć, jeśli chcę jeszcze wstąpić do ulubionej kawiarni.

  Witam się z ochroniarzem, wymachując przed nim swoim identyfikatorem, który od razu chowam do kieszeni torebki. To nieco denerwujące, że trzeba robić to za każdym razem, kiedy ten facet jest na swojej zmianie. Z innymi nie ma tego problemu, zdążyli mnie zapamiętać, ten chyba nie. Ale to nie dziwne, codziennie przed te wielkie szklane drzwi przechodzą setki osób, więc ma prawo mieć wątpliwości.
  W windzie początkowo jestem sama, lecz już na trzecim piętrze widzę przystojnego bruneta uśmiechającego się w moją stronę. Parę razy go mijałam, ale nie przypominam sobie jego imienia. Pracuję tu już tyle, a dalej nie znam połowy pracowników.
  Uśmiechamy się do mnie i wykonuje nieznaczny krok w moją stronę. Udaję, że tego nie zauważam i dalej pozostaję niewzruszona.
- Tak naprawdę nie miałem nigdy okazji, by przyjrzeć ci się dokładniej - odzywa się nagle, przez co lekko podskakuję. Taksuję go wzrokiem i powoli uprzytomniam sobie, że ma na imię Kevin. Bodajże Kevin Smith... lub coś podobnego.
  - No cóż - zaczynam, nie mając szczególnej ochoty ciągnąć tej rozmowy dalej. Mimo iż mężczyzna robi na mnie wrażenie, nieco nie podoba mi się jego spojrzenie. Patrzy, jakby wzrokiem zdejmował moje ubrania. Nienawidzę ludzi, którzy myślą, że dostaną wszystko na słodkie oczka.
  - Jesteś Ana, prawda? - przytakuję. - Jak to możliwe, że nigdy nie poznaliśmy się lepiej?
  - Tak się złożyło - mruczę, wbijając wzrok w drzwi windy. Mam nadzieję, że nie kieruje się na ostatnie piętro, bo chcę jak najszybciej stracić go z pola widzenia.
  Na szczęście już po minucie mamy towarzystwo. Kobieta z czarnymi jak noc włosami uśmiecha się w stronę Kevina, mnie zaszczycając krótkim spojrzeniem. Jest śliczna. Ba, piękna, w czerwieni jej do twarzy. Zajmują się pogawędką o wczorajszym wieczorze, który dla obojga był interesujący, dzięki czemu ja mogę wykonać krok do tyłu i udawać, że nie istnieję. To o wiele prostsze i czasami żałuję, że nie mogę tego robić częściej.
  Nie byłoby problemów, zmartwień i kłopotów. Nie byłoby tych dziesiątej błędnie podjętych decyzji. Nie byłoby mnie. Czyż to nie przyjemna perspektywa?


~*~

  Uśmiecham się do Sophie, która żywo konwersuje przez telefon. Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale ktoś po drugiej stronie prawdopodobnie jest bardzo wzburzony, a kobieta musi się natrudzić, by go uspokoić.
  Gdy dochodzę do swojego biurka, od razu dopada mnie Clarie. Podskakuję zaskoczona, przecież przed momentem jej tu nie było. Cały czas przygląda mi się podejrzliwie przygląda, to zaczyna być niepokojące.
  - Wszystko okay? – pytam w końcu, gdy ta nie odzywa się ani jednym słowem.
  - Jasne, jasne. W najlepszym – odpowiada natychmiastowo. – A co tam u ciebie? Nie miałaś czasami wczoraj jakiejś randki albo czegoś w tym rodzaju?
  - O co ci chodzi? – parskam śmiechem, widząc jej wyczekującą minę.
  - Widziałam cię w towarzystwie jakiegoś przystojniaka! – piszczy przejęta, taksując mnie swym przenikliwym spojrzeniem. Domyślam się, że chodzi o sytuację spod budynku. Greg. Musiała nas widzieć. Naprawdę według niej jest przystojny? No, może odrobinkę. O gustach się nie dyskutuje. Nie mówiłam nic Arianie, gdy go poznałam, więc teraz też siedzę cicho. Tym razem z trudem.
  - A tak… nie ma o czym rozmawiać, naprawdę – spuszczam wzrok w dół. Rozmowa o nim jest ostatnią rzeczą, na jaką mam teraz ochotę. Przerywam, zanim rudowłosa ma zamiar znowu otworzyć usta: - To znajomy Ariany. Miał do mnie sprawę i to wszystko. Żadnych podtekstów – zapewniam.
  - Oj, Annie, Annie… a mooże... - zaczyna sugestywnie poruszać brwiami. - Masz chrapkę na pana prezesa, hm?
  Otwieram usta z zamiarem skomentowania jej pozbawionego sensu pomysłu. Ja i on. Proszę, to niedorzeczne. Nie wydobywam z siebie jednak ani jednego dźwięku. Kręcę tylko z politowaniem głową. Pomysły Clarie potrafią czasami naprawdę zaskoczyć.
  - Chyba sobie żartujesz! – besztam ją, trącając w ramię. Co też jej przyszło do głowy?
  - Nie odpowiesz mi?
  - Daj spokój - ucinam, gdy w polu naszego widzenia pojawia się temat rozmowy. Zapiera mi dech w piersiach, wygląda niesamowicie, jak zresztą zawsze kiedy go widzę.
  Prosi mnie do siebie, na co rudowłosa dyskretnie popycha mnie w jego stronę. Czy ją naprawdę tak bawi wymyślanie teorii spiskowych? Mogłaby obrać sobie inny cel, ponieważ mi rola głównej ich bohaterki w ogóle nie odpowiada.

  Od dobrych dziesięciu minut siedzę naprzeciwko Brewera, omawiając szczegóły jutrzejszego lotu. Choć na chwilę będę mogła uciec od tego zamieszania, które skumulowało się wokół mnie w tak krótkim tempie. Tak, tego mi trzeba. Zajmę się pracą i obowiązkami, chociaż na chwilę zapominając, że za kilka dni z powrotem będę musiała wrócić do Nowego Jorku.
  - Żeby zdążyć, lecimy o ósmej. Nie spóźnij się – przestrzega żartobliwie.
  Po niespełna kilku sekundach dochodzi do nas dźwięk otwieranych drzwi. Oboje zaciekawieni odwracamy się w ich kierunku, widząc uśmiechniętą od ucha do ucha Stellę trzymającą w dłoni plik papierów. Zapewne są dla pana prezesa.
  - Jesteśmy zajęci. Przyjdź później, albo zostaw je na biurku Any – mówi od razu, nie dając jej najmniejszej szansy na wypowiedzenie chociażby jednego słowa.
  - A propos, mam pewną sprawę. Dobrze, że też tu jesteś – zwraca się do mnie. Zastanawiam się, o co może chodzić. Brewer również patrzy na nią zaciekawiony.
  - Więc?
  - Zastanawiałam się, czy nie mogłabym to ja lecieć z tobą do Miami – wypala. Robię duże oczy i momentalnie spoglądam na mężczyznę. – Mogę ci się przydać o wiele bardziej.
  - Skoro tak, nie robię problemów - wtrącam natychmiastowo. Spodziewam się, że ten pomysł od razu znajdzie poparcie. Czuję lekki zawód, to prawda, ale tak jest zawsze, więc nie powinnam robić sobie nadziei, iż będzie inaczej.
  Jestem ta gorsza... a może jednak nie?
  - Ale ja robię - ostry głos Christian'a lekko mnie przeraża. Fakt, że uśmiecha się w tej swój charakterystyczny, szyderczy sposób, jeszcze bardziej potęguje to wrażenie. - Masz chyba inne zajęcia niż wyjazd do Miami, prawda? Jeśli nie, razem z Dylanem możemy ci coś znaleźć.
  - A Ana nie ma? - pyta z przekąsem. Spogląda na mnie, krzyżując ręce na piersi. Wygląda jak mała dziewczynka, której rodzice zabraniają jeść słodyczy przed kolacją. Skonsternowana i zirytowana, ma ochotę tupnąć nogą.
  Powinno mnie to martwić, a tym czasem tylko bawi. Powstrzymuję się, by nie parsknąć śmiechem.
  - Ana jest moją sekretarką, więc nie rozumiem, w czym tkwi problem. Mamy jeszcze sporo rzeczy do omówienia, więc wracaj do pracy - mówi dość dobitnie, dając Stelli wyraźnie do zrozumienia, że nie chce jej widzieć.
  - Oczywiście – duka, szybko opuszczając biuro. Uśmiecham się pod nosem i zerkam na mężczyznę. Ma dokładnie taką samą minę.
  - Na czym skończyliśmy? – pytam. Niestety, nie otrzymuję odpowiedzi, gdyż dzwoni jego telefon znajdujący się na blacie biurka. Mogłabym przysiąc, że Christian, spoglądając na wyświetlacz, nie ma ochoty rozmawiać.
  - Rebecca, jestem trochę zajęty… - i wszystko jasne. Tylko dlaczego tak reaguje? – Oddzwonię za chwilę… nie mogę, może jutro?
  Przykro mi, jutro też nie możesz.
  - Miami – szepczę bezgłośnie, kiwając przecząco głową. On natychmiast poprawia się i proponuje inny termin. Po jego minie wnoszę, że kobieta nie jest zbytnio zadowolona. Ja jednak wręcz przeciwnie. To bardzo dziwne i złe, iż odczuwam satysfakcję?
  - Nie przesadzaj… co to ma do rzeczy? – mówiąc to, patrzy na mnie. Unoszę pytająco brwi, doskonale wiem, o co chodzi. Ma pretensje o to, że ja również pojawię się w Miami. – Tak, tak… jak sobie chcesz… do zobaczenia.
  - Problem? – zagaduję od razu, gdy przerywa połączenia. Posyła mi delikatny uśmiech, opadając na fotel. Jest naburmuszony, wygląda tak… słodko, niewinnie.
  - Można by to tak nazwać.
  Od razu wiadomo, że kobieta podminowana jest moją obecnością. Ale nie ma nawet najmniejszego powodu. W porównaniu do niej jestem nikim. Zwykłym, nic nie znaczącym człowiekiem, który może zniknąć w cieniu nigdy niegasnącej gwiazdy.
  - Wiesz co? Zabierz ją na kolację - podpowiadam, uśmiechając się sztucznie. - Kobiety lubią, gdy faceci pokazują, jak bardzo im na nich zależy. I przy okazji jej wszystko wytłumaczysz.
  Pod tym względem Rebecca ma piorunującą przewagę nie tylko nade mną, ale też nad wieloma innymi. Ma Christiana, zdecydowanie najbardziej charyzmatycznego, pociągającego i seksownego mężczyznę pod słońcem. Przechodzą mnie przyjemne dreszcze na samą myśl o tym, co chowa pod idealnie skrojonym garniturem. Na moją twarz wstępuje lekki rumieniec, gdy uświadamiam sobie, iż nie wolno mi robić czegoś takiego. To mój szef, nie kochanek.
  - Wytłumaczę? Nie zdradzam jej z każdą kobietą, z jaką spędzam więcej niż pięć sekund! Ale ona chyba tego nie wie.
  - W tej kwestii akurat ją rozumiem – stwierdzam, z rozbawieniem obserwując jego zrezygnowaną minę. Jednak do końca nie mogę sobie przyswoić tego, że niemal każda nasza rozmowa sam na sam tak wygląda. Gdy mówimy o pracy i obowiązkach, ni z tego, ni z owego zostaje poruszany jakiś osobisty temat.
  - Wszystkie jesteście takie same – wzdycha z przekąsem. Ani trochę nie przypomina poważnego prezesa korporacji, dla którego liczą się tylko dolary na kontach bankowych. To idealny partner do rozmowy nawet o bezsensownych rzeczach.
  - Pilnujemy tego co nasze, Christianie – odpowiadam tym samym tonem. – Nie zrozumiesz kobiecej natury, nic na to nie poradzę.
  - A jakiś facet kiedyś zrozumiał? – oboje śmiejemy się, przez moment patrząc sobie w oczy. Odwracam jednak wzrok bardzo szybko, przygryzając dolną wargę. Nie powinien tak na mnie działać. Za każdym razem sytuacja się powtarza, onieśmiela mnie poprzez zwykłe spojrzenie.


~*~

  Nie ma nic lepszego na odstresowanie się po pracy, niż głupia komedia z Leslie’m Nilsen’em w towarzystwie Ariany. Zajadamy się pizzą i z ożywieniem rozmawiamy, co jakiś czas komentując film. Moja dieta czasem naprawdę budzi wiele zastrzeżeń, muszę częściej urządzać sobie poranny jogging.
  - Uwierzysz? Victoria zwaliła wszystko na mnie i teraz JA będę męczyć się z tym zadufanym w sobie idiotą – skarży się, nadmiernie gestykulując.
  Może i koleś jest idiotą, ale ma szczęście. Parks bardzo przykłada się do tego, co robi. Jest fotografem w poczytnym magazynie. To praca stworzona dla niej. Potrafi na jednej fotografii uchwycić całe piękno człowieka, ukazać jego duszę za pomocą zwykłego kardu. Najprawdziwsza artystka, która zamyka trudny rozdział w swoim życiu. Słowem już nie wspomina o Greg’u, ja też milczę. Nie mam zamiaru mówić o naszym wczorajszym spotkaniu. Bo po co? Rozdrapałabym rany, które jeszcze nie zdążyły się do końca zagoić.
  - Tylko pamiętaj. Masz zadzwonić! – instruuje, gdy tok rozmowy schodzi na mój jutrzejszy wyjazd do Miami. Uśmiecham się szeroko, biorąc łyk wody mineralnej i potakuję.
  - Pamiętam, pamiętam – zapewniam.
  - Szczerze to ci zazdroszczę – stwierdza, przez co posyłam w jej stronę pytające spojrzenie. – Sam na sam z panem Christianem. No, no… nie pozwalajcie sobie na zbyt wiele.
  Brunetka natychmiastowo dostaje po głowie poduszką leżącą najbliżej mnie. Ona też! To jakaś zmowa między nią a Clarie? Obie plotą wyssane z palca bzdury, choć po Arianie można się tego spodziewać. Zawsze ma ochotę połączyć mnie z pierwszym lepszym facetem.
  Tylko, że on nie jest pierwszym lepszym. Och… co ja wygaduję?! Chyba jej nastrój udziela się również mi.
  - Co się tak patrzysz? Jesteś świetną laską – stwierdza, wodząc wzrokiem po moim ciele od stóp do głowy. – Musiałby być ślepy, żeby tego nie zauważyć… albo jest gejem, ale to raczej niemożliwe, ma dziewczynę. Tak wielka strata dla ludzkości…
  Udaje szloch, a ja wybucham śmiechem. Ariana Parks zawsze ma gotowe przemówienie. Nieważne, że jest to całkowicie bezsensowne…
  - Głupia – stwierdzam, próbując skupić się na filmie. Nie jest mi to jednak dane, gdyż dialogi bohaterów przerywa dźwięk telefonu
  Numer nie figuruje w mojej liście kontaktów, więc zaciekawiona odbieram połączenie. Od razu rozpoznaję jego głos… głos, za którym tak tęsknię.
  - Witaj, księżniczko.
Od autorki: Stwierdzam, iż to najkrótszy i najmniej udany rozdział w historii tego bloga. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Przepraszam Was bardzo, nie panuję nad tym. Nie jest sprawdzany, gdyż skończyłam go dosłownie przed momentem. Zrobię to jutro rano, kiedy tylko się obudzę (oby było to szybciej niż dzisiejszego ranka. Albo południa.) Mam co prawda wiele zastrzeżeń, ale zawsze może być gorzej, czyż nie? Może lub i nie może. Happens. Kolejny? Chryste, nie wiem. Jeśli się zmobilizuję - a zamierzam to zrobić - dodam go jeszcze na feriach, czyli przed 16 lutym. Zaczęłam oglądać TVD od pierwszego sezonu, więc i z tym może być różnie. Jednak za bardzo zaniedbuję tego bloga, więc jakaś rekompensata się Wam należy.Mam też kilka wiadomości. Niedługo (nie wiem kiedy dokładnie. Dni, miesiące... kiedyś tam.) uruchomię mój nowy blog. Mam ich w planach kilka, więc musicie uzbroić się w cierpliwość. Nie, tego nie kończę. Jeszcze. Choć szczerze mówiąc, jeśli wyrobię się tutaj w 60. rozdziałach, to będzie cud. Czeka Was dużo nowych wątków, więc nie pozbędziecie się mnie tak łatwo. Mogę zdradzić jeszcze, że moi Anastasia i Christian nie ograniczą się do jednego opowiadania:)

L x