wtorek, 13 stycznia 2015

Nine / Who is laughing now?

Trudno zrozumieć, że porażka czasem może dać więcej niż wygrana...

 Powinnam być zła, że Alison wyraża się w ten sposób o mojej matce. Na dodatek ją naśladuję i robi tą specjalną minę, która zawsze zwiastowała dla mnie kłopoty. To właśnie sposób cioci na radzenie sobie z frustracją - obracanie wszystkiego w żart. Ja tak nie potrafię, nie daję rady z własnymi niepowodzeniami. Zamykam się w sobie albo wyciskam siódme poty na bieżni w siłowni, by przez muzykę płynącą wtedy z słuchawek zapomieć na moment o dręczących problemach. Chciałabym móc choć przez chwilę nie przejmować się cudzą opinią, lecz jestem na nią bardzo podatna. Próbuję to zmienić cały czas, naprawdę. Jednak nigdy do tej pory mi się nie udaje, tak prawdopodobnie pozostanie. No cóż, muszę do tego przywyknąć. Zwłaszcza jeśli chodzi o krytykę. O tak, Anastasia Crawford zdecydowanie nie potrafi słuchać mało pozytywnych komentarzy na swój temat. Mam wiele wad, choć ta zdecydowanie jest najgorsza.

  - Nie wierzę! - obrusza się kobieta, odstawiając głośno kubek na stół. Pod wpływem uderzenia napój wylewa się na szkło, przez co ma ona jeszcze więcej powodów do zmartwień.
  - A jednak - mruczę i jednocześnie próbuję się nie uśmiechnąć. To jedna z niewielu osób, które potrafią mnie rozśmieszyć w dosłownie każdej sytuacji. Żałuję, że to nie Ali jest moją matką, oszczędziłoby mi to tego wszystkiego, co musiałam przechodzić. Może nie poznałabym Brody'ego? Och, moje życie byłoby wtedy milion razy lepsze. Niestety, to tylko sen, który nigdy nie znajdzie odzwierciedlenia w rzeczywistości.
  - Dlaczego tu przyjeżdża? Jakby ktokolwiek ją tu chciał! - wypluwa. Po części podzielam jej niezadowolenie, ale dzięki jej wizycie nareszcie zobaczę się z Toby'm. Dla tego dam radę przetrwać najgorsze piekło, jakie zgotuje mi moja matka.
  Charlotte Crawford to kobieta, w której nikt nie chce mieć wroga. Dzięki swojemu mężowi lista kontaktów, jakimi może się posłużyć, jest naprawdę duża. Potrafi nieźle zaleźć za skórę i dąży do celu po trupach, nawet jeśli chodzi o kogoś bliskiego. Kilka lat temu przekonałam się o tym bardzo dotkliwie. Ostatnio widziałyśmy się pół roku temu, na święta Bożego Narodzenia. W Chicago jestem tylko na te dwa szczególnie dłużące się dni. Ale to i tak za często. Robię to ze względu na tatę i brata. Wiem, że to ona mnie urodziła, ale z każdym spotkaniem tracę do niej coraz więcej szacunku. Co to za matka, która traktuje jedyną córkę jak najgorsze popychadło?
  Ach, tak. Właśnie moja.
  - Wiadomo kiedy? - do naszej rozmowy wtrąca się Henry, zajmując miejsce i podkrada z talerza popisowe babeczki żony.

  - Za tydzień. To nie dla ciebie! - beszta go, lecz mężczyzna uśmiecha się głupkowato i przełyka ostatni kęs.
  - Ale i tak przepyszne, kochanie - zapewnia gorąco. Właśnie to można nazwać związkiem idealnym. Mimo że takowe nie istnieją, oni są tego naprawdę blisko. Czasem zachowują się jak nastolatkowie, a fakt, że dwójka ich dzieci przekroczyła dwudziesty rok życia, wcale w niczym nie wadzi. - Przynajmniej mam jedną dobrą wiadomość. Jack dzwonił, ma dla nas niespodziankę. Powiedział, że przyjedzie, kiedy tylko załatwi wszystkie sprawy w Seattle.
  Niedługo zobaczę też Jack'a? Ten dzień z sekundy na sekundę staje się lepszy. Nie rozmawiałam z nim przeszło od wieków, tak za nim tęsknię. Traktuję go jak brata i wiem, że mogę mu o wszystkim powiedzieć. Mieszkamy jednak na dwóch końcach kraju i oboje jesteśmy bardzo zajęci, więc częsty kontakt jest niemożliwy. Mój kochany kuzyn jest redaktorem w Seattle Times, ogromnie lubi swoją pracę. Odwiedziłam go tam tylko raz, chyba trzy lata temu. Nie odnalazłabym się w tej branży, jestem pewna.
  - Do matki to się już nie dzwoni? - ciocia udaje wzburzenie, lecz wprost emanuje z niej radość z otrzymanej wiadomości. Dawno nie widziała się z synem. Jack przyjeżdża do domu może raz na parę miesięcy. Emily kończy studia na uniwersytecie w Bostonie, więc częściej bywa w domu.
  Uśmiecham się sama do siebie. Oddałabym wszystko, by ostatnie lata mojego życia wyglądały inaczej. Muszę jednak nauczyć się, jak stawiać czoło problemom. Starcie z rodzicielką będzie przełomowym krokiem. Obym tylko przetrwała.

~*~

Wychodząc od Gilbertów, mam nieco lepszy humor niż kilka godzin temu. Przyszłam pieszo, z czego ogromnie się cieszę. Potrzebuję dawki świeżego powietrza, więc decyduję się na spacer ulicami tętniącego życiem Manhattanu. Jak zawsze atakuje on zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron. Odór spalin miesza się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków. Krzyki handlująch walczą o lepsze miejsca z instrumentami ulicznych grajków. Fascynujący i jednocześnie straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające architektoniczne cuda - to właśnie Nowy Jork.
  Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypomina niczego, co wcześniej widziałam. Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbują z rozdzierającym uszy dźwiękiem syreny próbuje sforsować żółte taksówki. Prawdziwi nowojorczycy pokonują ten chaos całkowicie swobodnie, oswojeni z tym jak z parą ulubionych butów. Też się do nich zaliczam. Kiedyś to wszystko robiło na mnie niewyobrażalne wrażenie, teraz to codzienność i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To dziwne, że nawet denerwujący kierowca taksówki potrafi mieć swój urok. Witam w moim mieście, tutaj wszystko jest możliwe.

  Potrzebuję czegoś mocniejszego, by spokojnie zasnąć tej nocy. Jedno martini z całą pewnością wystarczy. Całe szczęście, że Clarie, Vanessa i Sophie już czekają. Nie jestem pewna co do Ariany. Obiecała, że przyjdzie, ale sądzę, iż postanowiła zostać w domu i odpocząć. Jeśli tak, nie będę miała jej tego za złe. Kto jak kto, ale ona naprawdę tego potrzebuje.
  Nogi same kierują mnie do odpowiedniego lokalu, który czeka wprost z otwartymi drzwiami. Nie jest on byt daleko, więc mogę pozwolić sobie na spacer. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu, co niedawno, więc dzisiaj wracam do domu przed dwudziestą. Jest dziewiętnasta, wprost idealnie. Jutro nie dam Christian'owi powodu do zawodu, nie tym razem.
  Posyłam kelnerowi uroczy uśmiech, prosząc o drinka. Mężczyzna nie jest specjalnie wysoki, zapewne mojego wzrostu. Ma kruczoczarne włosy sięgające do ramion okalające jego dość zmizerniałą twarz. Zarówno spodnie jak i T-shirt są czarne, a oba przedramiona zdobią tatuaże. Wygląda to dość nieciekawie, choć o gustach się nie dyskutuje. Przecież sama mam dwa, mimo iż z początku nikt ich nie zauważa. Jeden ukrywam pod ubraniem, za to drugi to mały symbol nieskończoności na lewym nadgarstku. Kiedyś rozważałam też ozdobienie prawego, lecz moja wzmożona niechęć do igieł zadecydowała. Zbyt dużo najadłam się nerwów przy pozostałych. Ba, pobieranie krwi to dalej jest wielki problem.
  - Anabelle, tak? - słyszę czyjś chrapliwy głos tuż przy moim uchu. Gwałtownie odwracam się w stronę nieznajomego... choć to raczej nieodpowiednie określenie. Przecież go już kiedyś widziałam.
  Nathan. Nie, może Nate? Chyba tak... albo Nick? Tak! Na pewno Nick, jednak pamiętam.
  - Anastasia - poprawiam pośpiesznie, dziękując za otrzymany napój. - Co tu robisz?
  Mogę wręcz przysiąc, że moje towarzyszki bacznie się nam przyglądają. Niech go sobie biorą, ja już mam tego faceta serdecznie dość.
  - To samo, widzę, co ty - pokazuje na swoją pustą szklankę i bez pytania dosiada się obok mnie. Zauważam dziewczyny przy jednym stoliku... nawet Arianę, całe szczęście. Clarie poznała kilka dni temu, gdy po pracy byłyśmy umówione na obiad. Cały czas rozmawiają i śmieją się, lecz gdy Sophie mnie zauważa, momentalnie przestają. Uśmiechają się jak idiotki i wszystkie pokazują kciuk w górę
  Mężczyzna daje znak kelnerowi, by dostarczył mu jeszcze raz to samo. Prześlizguje swój wzrok po moim lewym profilu, czuję się tym onieśmielona. Jest dość przystojny, ale zdecydowanie nie mój typ. Przez chwilę siedzimy w ciszy, co jak najbardziej mi odpowiada, lecz szybko zostaje ona przez niego przerwana.
  - Nie sądziłem, że jeszcze cię spotkam - stwierdza. - A tu proszę... taka niespodzianka. Przepraszam za swoje zachowanie w klubie, poniosło mnie. Miałaś pełne prawo być na mnie zła.

  Jeśli ma zamiar czegoś próbować, przysięgam, że znowu skończy mokry. Wystarczy tylko jeden zły ruch, więc niech ma się na baczności.
  - No okay, było, minęło - mruczę, biorąc kolejnego łyka.
  - Po prostu... wyglądałaś tak seksownie... teraz też wyglądasz. Rozumiem, że nie chcesz, ale może zmienisz zdanie. Skoro się tu spotkaliśmy, to przeznaczenie, nie uważasz? Może powinniśmy coś z tym zrobić...
  Litości. Czy on naprawdę myśli, że uda mu się zaciągnąć mnie do łóżka po minucie rozmowy? Ten facet jest wyjątkowo odrażający. Nigdy nie zrobiłabym czegoś tak uwłaczającego. Spędzenie noc z kimś, kogo nie znam, absolutnie nie wchodzi w grę. Oczywiście jak zawsze to ja muszę mieć pecha. Zawsze to ja muszę trafiać na mężczyzn, których interesuje tylko i wyłącznie moje ciało. Mam tego serdecznie dość.
  Spoglądam na niego z ukosa, przez co od razu jego bicepsy napinają się, a na twarz wstępuje niewinny uśmieszek. Zaczepia kelnera i zamawia mi kolejnego drinka, zobaczywszy puste naczynie w mojej dłoni.
  - Zapomnijmy o tym, często gadam głupoty, gdy widzę takie piękne kobiety - zapewnia.
  - Miło z twoje strony, ale umówiłam się z przyjaciółkami. Być może do zobaczenia - ucinam pośpiesznie i udaję się do ich stolika. Jak na zawołanie wszystkie cztery zaczynają trajkotać o Nick'u, lecz od razu studzę ich zapał. Z tego nic nie będzie, nigdy.
  - Nigdy nie mów nigdy - stwierdza Vanessa, kończąc swój drink. - Wydawał się... całkiem seksowny. Jeśli nie chcesz, ja z chęcią mogę.
  - Droga wolna - śmieję się.
  Reszta wieczoru mija nam w przyjemnej atmosferze. Cały czas się z czegoś śmiejemy, dlatego raz zostajemy nawet upomniane przez parę siedzącą metr dalej. Nie przejmujemy się tym zbytnio i zamawiamy kolejne drinki. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Nick mnie obserwuje. Nie wyszedł i ciągle siedzi w tym samym miejscu. Gdy ja na niego spoglądam, automatycznie odwraca wzrok. To zaczyna być nieco niepokojące.
  Najważniejsze jest jednak to, że Ariana zdaje się zapominać o tym wszystkim, co miało miejsce kilka dni temu. Wiem, że na pewno długo Greg zostanie w jej pamięci, ale każda sytuacja może ulec zmianie na lepsze. Oby i teraz tak się stało.

~*~

  Gdy dochodzi dwudziesta druga żadna z nas nie ma ochoty na powrót do domu. Postanawiamy jednak się zbierać, gdyż na każdą rano czeka praca. Płacimy rachunek i wychodzimy, lekko się ociągając. Ja, Ariana i Vanessa idziemy w przeciwnym kierunku co Clarie i Sophie, więc przed klubem się rozdzielamy. Po minucie drogi żałuję, że zdecydowałam się na te buty. Musimy chwilę czekać, by jakiś taksówkarz raczył się zatrzymać.
  Gdy wchodzę do budynku na Upper West Side, od razu kieruję się do windy. Jestem w niej sama, więc od razu zrzucam obuwie i chwytam je do rąk. Cały dzień na wysokich obcasach potrafi kobiecie dać w kość. Wchodząc do salonu, rzucam torebkę na kanapę i pędzę do łazienki. Muszę doprowadzić się do porządku, więc zmywam makijaż, myję zęby i biorę gorący prysznic, który zmywa ze mnie wszystkie problemy tego dnia. Dokładnie wycieram ciało ręcznikiem i nawilżam je truskawkowym balsamem. Pachnie cudownie.
  Owijam się ręcznikiem i szukam jakiejś piżamy. Po kilku sekundach decyduję się na za duży T-shirt z niebieskim nadrukiem. Sprawdzam telefon i okazuje się, że dwie godziny temu dzwoniła do mnie matka.
  No pięknie, myślę. Albo zadzwoni z pretensjami jutro, albo poczeka, by wygarnąć mi osobiście. Przecież powinnam cały czas siedzieć w domu i nie mieć życia towarzyskiego. Tak, to z całą pewnością ułatwiłoby od groma spraw.

~*~

  Dziękuję Bogu, że tym razem jestem w pracy na czas. Christian nie będzie miał do mnie pretensji. Uśmiecham się triumfalnie, wchodząc do budynku i witam się z Marlene. Kroki kieruję do windy, a następnie naciskam odpowiedni guzik. Zanim drzwi klatki się zamykają, dwie osoby prześlizgują się do środka. Średniego wzrostu blondyn w garniturze i... Stella, oczywiście.
  - Cześć, kochana! - świergocze. - Słyszałaś, że Chris leci do Miami?
  On? Z tego, co mi wiadomo, miał to zrobić Dylan. Ale może plany się zmieniły, nigdy nic nie wiadomo.
  - Obiło mi się o uszy - mruczę, byleby tylko nie musieć ciągnąć tej rozmowy. W jednej chwili potrafi być milutka, a sekundę później ma o coś pretensję. No cóż, cała Stella.

  Zostajemy same od razu na ósmym piętrze. Chyba mieści się tam jakaś kancelaria adwokacka... która oczywiście należy do moich szefów. Modlę się o to, by pojawił się tu ktoś inny, a moja towarzyszka pomęczyłaby trochę jego. Tak się jednak nie dzieje, zostajemy same aż do trzydziestego ósmego piętra, gdzie widzę Olivię, najlepszą przyjaciółkę Stelli. Ten dzień zapowiada się naprawdę obiecująco...
  - Annie, złotko, nie będziesz mieć nic przeciwko, bym to ja zamiast ciebie poleciała do Miami? - pyta, lecz od razu widać, że nie mam zbyt wielkiego wyboru. Prawdę mówiąc, to dla mnie ogromne zaskoczenie. Miałabym z Christianem udać się na Florydę? Ja? To chyba ni jest zbyt dobry pomysł.
  - W żadnym razie - posyłam jej sztuczny uśmieszek. Triumfuje, ale nie jestem pewna, czy ma powód. Doskonale wiem, czemu tak jej na tym zależy. Choć nie wydaje mi się, by Brewer był typem, który nie szanuje kobiet... pozory jednak często bywają mylące.

  Wszystkie trzy uśmiechamy się na widok szatyna rozmawiającego z Sophie. Po niej również nie widać ani śladu wczorajszego wypadu. Ciekawe jak u Clarie, ona chyba odrobinę przesadziła...
  - Ana, pozwól na chwilę - mówi, lustrując moje ciało wzrokiem od stóp do głowy. Nie uchodzi to uwadze Stelli, która patrzy na mnie z ukosa. Ignoruję ją i udaję się do biura razem z mężczyzną.
  Zajmuję miejsce naprzeciwko niego.
  - O co chodzi?
  - Sprawy się trochę pozmieniały i to ja muszę być w Miami... a właściwie my - poprawia natychmiast. - Nie masz nic przeciwko temu?
  Pyta mnie o zdanie, jakie to... miłe. Czy gdybym odmówiła, miałabym z tego powodu jakieś nieprzyjemności? Chociaż, szczerze mówiąc, nie chcę tego sprawdzać. Stella nie będzie jednak z tego zadowolona.
  Jaka szkoda.
  - Oczywiście, że nie - zapewniam. Tym razem to ja mogę triumfować. - Kiedy dokładnie?
  Obawiam się tylko, że data mojej nieobecności w Nowym Jorku, może pokrywać się z wizytą Toby'ego i matki. A jeśli tak się stanie, muszę zostać w mieście. Nie zaryzykuję kolejnego upokorzenia z jej strony, poprzednie rany jeszcze się nie zagoiły.
  - Pojutrze - informuje, a ja oddycham z ulgą.
  Nie ma nawet pojęcia, jak cieszy mnie ta wiadomość.
  Przez moment wymieniamy uwagi na temat wyjazdu. Informuje mnie o wszystkim, co powinnam wiedzieć. Przynajmniej na te trzy dni będę mogła nie myśleć o wszystkich problemach i troskach, jakie mnie męczą. Ta sytuacja jest wręcz idealna do tego, by skupić się jedynie na pracy, wszystkich obowiązkach, które powierzy mi Christian.
  Szczerze mówiąc, też trochę się tego obawiam. Stella zje mnie żywcem, gdy tylko się o tym dowie. Przecież niczym nie zawiniłam, na tym polega moja praca. Mogę sobie jednak wyobrazić jej minę na wieść, że nie uda się z szatynem do Miami... tym razem jednak bardzo chcę to zobaczyć.
  - Jeszcze jeden problem - dodaje. - Brody na tyle nas polubił, że znowu zaszczyci to miejsce swoją obecnością.
  Wzdycham z konsternacją. Ze wszystkich miast na kuli ziemskiej musiał wybrać akurat Nowy Jork. Los cały czas podstawia mi kłody pod nogi, nienawidzę tego. Czuję na sobie zmartwiony wzrok swojego szefa. To niewiarygodne, by jeden człowiek budził we mnie tyle sprzecznych emocji... zaczynam poważnie się obawiać.
  A może praca tutaj nie była dobrym pomysłem? Może powinnam odejść i poszukać czegoś innego? Ten miesiąc był naprawdę... nie umiem znaleźć trafnego określenia. Podoba mi się tutaj, a atmosfera jest o wiele lepsza, niż myślałam na początku. Spodziewałam się bandy gburów z wielkim ego, dla których będę niewidzialna, jednak myliłam się. Większość osób darzy się tu wzajemnym szacunkiem. Nie wspomnę nawet o Christianie i Dylanie, którzy jednocześnie wzbudzają zarówno postrach jak i respekt.
  - Nie mogę się doczekać - mruczę, siląc się na uśmiech. Oboje wiemy jednak, że to nie jest prawdą. Ale on tego wiedzieć zdecydowanie nie powinien... tego i całej reszty innych rzeczy. Jeśli chce, czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Wie, kiedy jestem zmęczona, choć staram się to ukryć dzięki kilku kawom, kiedy jestem wesoła, a nawet - rozdrażniona. Stwierdza, iż uśmiecham się wtedy w ten "uroczy sposób". Cholera jasna, to mój szef... ma tylu pracowników, tyle obowiązków, że zapamiętanie mojego nazwiska winno stanowić problem. Jestem tylko jego sekretarką, nic nie znaczącą podwładną, która robi wszystko, co każe... nikim szczególnym. A jednak w niewielkim stopniu jestem kimś. Ciekawi mnie tylko, na jak długo.

~*~

  Brewer i Mellark są na zebraniu rady nadzorczej, gdy ochrypły głos Carlson'a odrywa mnie od wykonywanego zajęcia. Nie jestem z tego powodu zadowolona, ponieważ to znaczy, że muszę przez moment być z nim sama. Dlaczego Clarie nie może tego zrobić? Ach tak... ten idiota ubzdurał sobie, że wszystkie sprawy będzie załatwiał z Chris'em. Nie wiem, dlaczego się nienawidzą, a szkoda. Gdy pytam, zawsze odpowiada wymijająco i zręcznie zmienia temat. Nie odpuszczę, niech nawet na to nie liczy.
  - Stęskniłaś się, maleńka? - pyta z przekąsem.
  Oczywiście. Za pieczeniem dłoni po spotkaniu z jego wstrętną twarzą chyba najbardziej.
  Powstrzymuję się jednak od powiedzenia tego na głos. Gdyby ktoś usłyszał, mógłby to źle odebrać. A tylko tego mi brakuje.
  - Zgadnij - burczę tylko, obserwując jego ruchy. Wstaję z miejsca, okrążam biurko i staję z nim twarzą w twarz. Dzięki butom na obcasie jestem tylko o niecały centymetr niższa. Przynajmniej nie patrzy na mnie z góry, zawsze mnie to denerwowało.

  - Gdzie twój szef? - specjalnie akcentuje ostatnie słowo. Moje usta formują się w wąską kreskę. Zaciskam zęby i przestępuję z nogi na nogę, krzyżując ręce na piersi. Niech wreszcie stąd pójdzie... a najlepiej wyjedzie z Nowego Jorku i zniknie na zawsze z mojego życia. Niestety, za piękne, by było prawdziwe.
  - Powinien za chwilę być. Jak chcesz, poczekaj - mówię, z niepokojem obserwując, jak odległość między nami coraz bardziej maleje.
  - Dlaczego jesteś taka niemiła? Nie pamiętasz, co było kilka lat temu?
  Z całego serca chciałabym nie pamiętać, ale to niemożliwe. Zniszczył mi życie, choć pewnie nie ma o tym pojęcia. Zadziwiająco łatwo jest mu patrzeć mi w oczy, jakby nic w nich nie dostrzegał... tej nienawiści, którą darzę go aż nazbyt przesadnie.
  - Wezwę ochronę - ostrzegam, nie reaguje. Kładzie dłonie po obu stronach biurka, zamykając mnie w pułapce. - Zacznę krzyczeć, zabieraj te łapy.
  Błagalnie szukam czegoś lub kogoś, kto mógłby mi pomóc. Ratunek przychodzi niemal znienacka, gdy na blacie dostrzegam niebieski długopis. Może nie jest to odpowiednia broń wobec szatyna, ale na razie musi wystarczyć. Chwytam więc przedmiot i z całej siły wbijam go w zewnętrzną część lewej dłoni.
  Zaskoczony, ale też zdenerwowany Brody momentalnie odskakuje jak oparzony. Wlepia we mnie swoje spojrzenie, jakby rozważał, w jakich okolicznościach powinnam zginąć. Założę się, że o tym właśnie myśli.
  - Suka - wypluwa, lecz brzmi to niczym najtrafniejszy komplement. Może wreszcie da mi spokój... choć, szczerze mówiąc, raczej bym na to nie liczyła.
  - Jak miło - mruczę przesłodzonym głosem. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę z jednej, niezwykle ważnej rzeczy. Jeżeli ktoś się dowie, ja i on zapłacimy za to wysoką cenę. Nie zamierzam ryzykować, Carlson prawdopodobnie też nie. Mamy za dużo do stracenia.
  - Wrócę jutro - cedzi przez zaciśnięte zęby i po krótkim czasie znika z mojego pola widzenia. Cały czas trzyma się za obolałą rękę. Sprawiłam fizyczny ból drugiemu człowiekowi, powinnam czuć się winna. Więc dlaczego w duchu skaczę pod sufit ze szczęścia?
  Czas najwyższy, słyszę w głowie. Moja podświadomość mi gratuluje. Muszę przyznać, że sama jestem zadowolona.
  Niemal podskakuję, gdy zauważam Dylana, który bacznie mi się przygląda. Jego mina niczego nie wyraża. No, może poza zdziwieniem. Zastanawia mnie tylko, co tu robi. Powinien być zupełnie gdzieś indziej. Gdy go o to pytam, odpowiada, iż zapomniał jakiś papierów i musiał po nie wrócić.
  - Dlaczego Carlson wyszedł stąd, cały czas klnąc? - pyta zdezorientowany. Pięknie. Co mam powiedzieć? Na pewno nie prawdę.
  - Dostał jakiś telefon i musiał szybko wracać - z dnia na dzień kłamstwo przychodzi mi coraz łatwiej. Tę zdolność mam dopracowaną niemal do perfekcji.
  Nie docieka, choć widzę, że ma wątpliwości. Moja wymówka go nie przekonuje, ale zdecydowanie jest lepsza od prawdziwej wersji. Na pewno Christian się dowie… a skoro tak to jakimś cudem sprawi, że mu wszystko wyśpiewam.

~*~

  O szesnastej zabieram swoje rzeczy i wreszcie wychodzę. Chcę pożegnać się z Sophie, lecz widzę, iż jest zajęta rozmową, więc tylko kiwam głową, uśmiechając się. Ona wystawia rękę, co stanowi znak, bym poczekała. Odkładając telefon na biurko od razu przekazuje mi ważną informację. Ktoś czeka na mnie na dole. I to nie byle jaki ktoś. Mężczyzna.
  Mężczyzna o imieniu Gregg Scott. Po raz kolejny
  - Jesteś pewna? – cała się spinam. Oby tego nie zauważyła. Do szczęścia brakowało mi tu tylko jego. Ten dzień nie może być gorszy…
  - Powiedział, że tak się nazywa. Podobno jest mega-przystojny! – świergocze rozanielona. Jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce. Ten człowiek jest idealnym przykładem.
  - No dobrze, dziękuję. Miłego dnia – ucinam, wyginając usta w coś na kształt krzywego uśmiechu. W momencie każdy mięsień w moim ciele się napręża. Naciskam guzik ze znakiem parteru chyba z dziesięć razy, jakby to miało sprawić, że szybciej się tam znajdę.
  I szybciej stracę swojego gościa z pola widzenia.
  W recepcji go jednak nie dostrzegam. Gdy z entuzjazmem przyswajam sobie tę wiadomość, widzę, że czeka na zewnątrz. Coś muszę z tym zrobić, przecież nie ucieknę. Nawet nie mam dokąd…
  Zauważa mnie i uśmiecha się w ten swój odrażający sposób. Zaczynam się bać. Pocieszająca jest jednak świadomość, że to miejsce publiczne i ani na chwilę nie zostaniemy sami. Uroki wiecznie ruchliwego Manhattanu.
  - Co tu robisz? – atakuję od razu. Dlaczego nie może dać mi spokój? Przedtem zamienił ze mną może z pięć zdań, więc nie rozumiem, czemu teraz obiera sobie za cel właśnie mnie.
  - Przyszedłem cię odwiedzić – mruczy. – Kluczyki.
  - Przepraszam, co?
  - Kluczyki do twojego auta – informuje. – Zawiozę cię gdzieś, mamy do porozmawiania. Chodzi o naszą kochaną Arianę.
  Ona już nie jest twoja, myślę, zaciskając zęby. Chwila wahania nie trwa zbyt długo. Jeśli posłucham, co ma do powiedzenia, może wreszcie da jej spokój. Nie planuje mnie wywieść na jakieś odludzie i zostawić… prawda?
  - Dostarczę i ciebie, i samochód w jednym kawałku. Słowo – przykłada dwa palce do ust i całuje je.
  Wiem, że to, co robię, jest głupie, ale nie pozostawia mi wyboru. Mam tylko nadzieję, że nie zrobi żadnego głupstwa.
  Choć po nim spodziewam się wszystkiego.
Od autorki: Strasznie przepraszam za tak wielkie opóźnienie!! Miałam go dodać wieki temu, ale na początku przez dwa tygodnie miałam komputer w naprawie, a potem dokończenie pisania przychodziło mi dosyć opornie. Na dodatek dochodzi też koniec semestru, a moi nauczyciele nagle uświadomili sobie, ile to przed feriami trzeba sprawdzianów napisać. Już wtorek, a za mną testy z trzech przedmiotów. Jutro powtórka. Czy to jest w ogóle dozwolone?
No nic, nie zanudzam Was swoim życiem:) Jak wrażenia po rozdziale? Jest trochę dłuższy niż poprzednie i mam nadzieję, że to odpowiednia rekompensata. Jednakże nie jestem z niego zadowolona. Już chciałabym pisać te dalsze, które mam prawie całkowicie zaplanowane, ale no...:) Muszę trochę poczekać, Wy też. Kolejny obiecuję wstawić najszybciej. Mam nadzieję, że mimo to ktoś tu zagląda:*
L.