sobota, 20 grudnia 2014

Eight / My own guardian

To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia

Targają mną coraz większe wątpliwości. Nie powinnam wychodzić z domu i zostawiać Arianę samą. Greg może tu przyjść w każdej chwili, pewnie czeka teraz na odpowiedni moment. Przecież napisał, że zna miejsce jej pobytu. Śledził ją? Być może.... a być może jest to tylko zwykły blef. Scott na pewno teraz śpi u siebie w sypialni i nie ma pojęcia, co zrobił tej nocy. Szkoda, że moja przyjaciółka pamięta. I jeszcze długo będzie pamiętać. Wprawdzie nigdy z nim dłużej nie rozmawiałam, ale początkowo myślałam, że jest dla niej odpowiedni. Potem zaczęły się ich kłótnie, a potem... prawie ją zgwałcił. Uderzył ją! A ona jeszcze próbowała go usprawiedliwiać.
  Jednakże doskonale wiem, co czuła. Ze mną i Brody'm było podobnie. Tłumaczyłam samej sobie, że to nie jego wina, że musiał to zrobić, że ja też zawiniłam. Dopiero po wszystkim zdałam sobie sprawę, iż to wszystko jest nieprawdą, a Carlson nie zasługuje na ani jedną moją łzę. Przyswoiłam to sobie zbyt późno...
  Spoglądam na brunetkę, mozolnie jedzącą przygotowaną przez siebie owsiankę z owocami. Szczerze mówiąc, sądziłam, że będzie spała o wiele dłużej... jeśli w ogóle tej nocy udało jej się zasnąć. Jestem już gotowa do wyjścia, choć bardzo chcę zostać. Muszę przypilnować, by kobieta poszła na policję, a przed tym nie zrobiła sobie czegoś głupiego. Znam ją i wiem, że w przypływie bezsilności byłaby do tego zdolna. Niepewnie robię krok w stronę drzwi, odwlekając to, ile się da. Udaję, że szukam kluczy bądź telefonu, choć jedno i drugie od dawna spokojnie leży w mojej torebce. Ariana to zauważa. Odstawia pustą miskę i opiera ciężar ciała na blacie kuchennym.
  - Idź, nic mi się nie stanie. Posiedzę tutaj, a jak wrócisz... to wtedy... pójdziemy na... policję - te słowa ledwo przechodzą jej przez gardło, to dla niej cholernie trudne. Dla mnie jednak to powód do zadowolenia. Przemyślała to wszystko i nareszcie chce, by Greg dostał to, na co zasługuje. Całe szczęście.
  - Nie rób głupstw - proszę i mocno ją do siebie przytulam. Gdybym wzięła wolne, Christian zapewne zdenerwowałby się na mnie, zważywszy na to, że wczoraj zbytnio się nie przykładałam. Prawdopodobnie dzisiaj również nie będzie miał ze mnie żadnego pożytku. Będę cały czas myślami gdzie indziej.
  Ariana musi być silna, żeby pokazać temu gnojkowi, gdzie jego miejsce w szeregu.

  Rozmowa z Clarie jest nieco odstresowująca, dzięki niej mogę choć na moment zapomnieć o tej całej chorej sytuacji.
  - Uwierz! Rebecca nie lubi jej nawet bardziej niż ciebie!
  Problem tkwi w tym, że nie chcę mi się słuchać o Stelli, nie specjalnie za nią przepadam. Ale to nawet zabawne, gdy słyszy się, jak Daniels obrzuca ją błotem bez wyraźnego powodu. Chociaż może ma powód? Przecież to Stella, ona każdemu potrafi zaleźć za skórę.
  - Słuchasz mnie w ogóle? - pyta rudowłosa, gdy widzi moją nieobecną minę.
  - Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłam się - silę się na delikatny uśmiech.
  W pewnej chwili widzimy Christiana i Dylana, którzy żywo o czymś rozmawiają. Jeżeli słuch mnie nie myli, jeden z nich ma lecieć do Miami. Witają się z nami, a następnie idą do biura Mellark'a. Akurat stoimy przy biurku Clarie, więc jestem tego świadkiem.
  - Przyjdź do mnie za jakieś pół godziny, dobrze? - sekundę przed tym głos Brewera obija się o moje uszy, na co potakuję i uśmiecham się. Dzisiaj nie mam zamiaru niczego zawalić.
  - Muszę jeszcze złapać Erica zanim wyśle umowę - zawiadamiam kobietę, gdy znowu jesteśmy same i udaję się do windy, gdyż blondyn powinien być teraz na dwudziestym trzecim piętrze.

~*~

  Zakładam nogę na nogę, poprawiając sukienkę, by nie podwinęła się za daleko. Siedzę w fotelu naprzeciwko swojego szefa i omawiam z nim szczegóły wyjazdu do Miami. Dziwi mnie tylko to, dlaczego on nie chce się tam wybrać, ale sam musi wszystkiego dopilnować.
  - Jak to powiedzieć... wolę nie oglądać twarzy Carlson'a częściej niż to konieczne - mimowolnie parskam śmiechem. Nie mogę pojąć, dlaczego oni się tak nie lubią.
  - Widzę, że nie tylko mi napsuł trochę krwi.
  - Może wreszcie dowiem się dlaczego? - ciągle drąży ten niewygodny temat, powoli kończą mi się wymówki. Nie mam pojęcia, po co chce poznać powód mojej niechęci do Brody'ego. Nigdy nie dopuszczę do tego, by poznał prawdę. Inaczej musiałabym sobie szukać nowej pracy... lub nawet wyjechać z miasta, czego absolutnie nie chcę.
  - Christianie, jesteś jedną z ostatnich osób, którym będę się spowiadać ze swojego życia prywatnego - odpowiadam.
  - Postaram się to zmienić, masz moje słowo.
  Jego wypowiedź mnie zaskakuje. O co mu chodzi? Z jakiego powodu chce tyle wiedzieć na mój temat? Czy w tej firmie Chris i Dylan mają szczegółowe informacje o każdym pracowniku? Wątpię, jest ich zbyt wielu.
  - Oczywiście, panie Brewer - mruczę. - Ciekawi mnie tylko, jak zamierza pan tego dokonać.
  Unosi brew, a na jego twarz wkrada się seksowny uśmiech. Spogląda mi w oczy. Cholera, znowu się rumienię. To z całą pewnością nie jest normalne. Wytrzymuję może pięć sekund, gdyż później przenoszę wzrok na biurko, udając, że wszystko jest w porządku.
  - Wątpisz we mnie, Anastasio? - udaje zdziwienie. - Niemądrze, stać mnie na bardzo wiele.
  - Pożyjemy, zobaczymy. Jak na razie... - szukam w myślach odpowiedniego słowa. - Jesteś, powiedzmy, niemalże prawie na dobrej drodze.
  Mówię prawdę, przecież on i tak wie o mnie zbyt dużo... tak samo ja o nim, choć to nie może być porównywalne. Na dodatek sama mu o wszystkim powiedziałam!
  - Zabrzmiało jak pochwała. Jesteś niesamowicie intrygująca - stwierdza, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku. Czuję się zawstydzona, a przecież nie powinnam. - Osobiście uważam, że jestem na bardzo dobrej drodze, żeby trochę lepiej cię poznać.
  - Zauważyłeś już coś? - pytam pół żartem, pół serio. Naprawdę chcę wiedzieć.
  - Kilka rzeczy, oczywiście łącznie z najważniejszą - stwierdza, czym zaczyna coraz bardziej mnie intrygować. Ciekawe do czego doszedł. - Onieśmielam cię. Zawsze, gdy na ciebie patrzę, ty się rumienisz.
  Dlaczego musi być taki bezpośredni? Wprost emanuje od niego pewność siebie. Również pod tym względem dzieli nas przepaść.
  - Przestań to robić, proste - zmuszam się, by na niego spojrzeć. Uśmiecha się, odwzajemniam jego gest. Nie wierzę. Jakim cudem nasza rozmowa o interesach w Miami stała się rozmową... o mnie?
   - Odmówić sobie takiego widoku? Ależ Anastasio... to byłaby prawdziwa tortura, której raczej wolę uniknąć.
  Ten człowiek jest zadziwiający.  Czy on ze mną flirtuje? Tak to przecież wygląda... ale na pewno mi się wydaje. Takie rozmowy z pracownicami są z całą pewnością na porządku dziennym, nie powinnam czuć się wyjątkowa. Ale jednak... to bardzo źle?
  - Jesteś niemożliwy, choć raczej za stary na takie gierki - odgryzam.
  - Więc jestem stuletnim dziadkiem o lasce? - pyta, na co oboje się śmiejemy.
  W jednej chwili potrafię być spięta, a sekundę później całkowicie rozluźniona i zrelaksowana. Och, co bym dała, żeby mój ukochany był w połowie taki jak Christian Brewer. Szkoda, że tak się nie stanie. Nie umiem na nowo zaufać jakiemuś mężczyźnie, po prostu nie dam sobie rady. Już kilka razy spotykał mnie zawód, czasem nad wyraz bolesny. Mijało sporo czasu zanim wreszcie udawało mi się stanąć na nogi. Nie chcę więcej cierpieć z powodu kogoś, kto nie zasługuje na moje łzy.
  - Hmm... no wiesz, blisko ci do tego. Pewnie masz dużo pracy, pójdę już - mówię i zbieram się do wyjścia.
  - Praca nie zając, nie ucieknie. Poza tym są ważniejsze rzeczy, na których mam zamiar się skoncentrować - reasumuje, wodząc spojrzeniem po całym moim ciele. Nie wiem, jaka powinna być moja reakcja. To dość dziwne, że pozwala sobie na coś takiego, mimo iż ma narzeczoną... albo po prostu dziewczynę. Jak zwał, tak zwał. I bez tego czuję się niezręcznie, chociaż mi to pochlebia.
  Głupia idiotka.
  Wybawia mnie czyjeś wtargnięcie do biura. Oboje spoglądamy w kierunku drzwi, które - otwierając się - ukazują postać Stelli uśmiechającej się od ucha do ucha.
  - Mogłem je zamknąć.
  Christian mruczy do siebie, lecz i tak udaje mi się go usłyszeć. Mimowolnie się uśmiecham, czuję swego rodzaju satysfakcję. Kobieta mierzy nas wzrokiem, więcej uwagi skupia jednak na mnie. Pewnie zastanawia się, co ja tu robię i dlaczego nie pracuję. Cóż, dobre pytanie. Czemu nie robię tego, co powinnam i to już któryś raz z kolei?
  - Mam do ciebie ważną sprawę... w cztery oczy - dodaje niemal natychmiast, chcąc pozbyć się piątego koła u wozu. Dobrze, nie będę im przeszkadzać. I tak nasza rozmowa zaczynała brnąć dalej niż powinna. O wiele dalej.
  - Na mnie czas - uśmiecham się niewinnie, wstaję z miejsca i kieruję w stronę drzwi. Zanim jednak zdążam minąć się ze Stellą, nas obie dobiega głos Brewera.
  - Zdaje się, że nie skończyliśmy rozmowy.
  - Rozmowa nie zając, nie ucieknie - stwierdzam, odwracając się z powrotem w stronę kobiety. Widzę na jej twarzy zdziwienie i to moją osobą. Dość rzadkie, ale przyjemne uczucie.
  - Odbiję to sobie, bądź pewna.
  Wymieniamy z Christianem rozbawione spojrzenia, po czym zamykam za sobą drzwi i podchodzę do swojego stanowiska. Niemal od razu dzwoni telefon. Odbieram i zapisuję wiadomość do szatyna, gdyż nie chcę im przeszkadzać, a ta sprawa w gruncie rzeczy nie jest taka ważna.

  Po około pięciu minutach znowu mogę zobaczyć Stellę. Zamiast wrócić do pracy, podchodzi do mnie i krzyżuje ręce na piersi. Uważnie mi się przygląda, jakby próbowała ocenić. Tylko po co? I tak nigdy nie będę taka jak ona. Jest pewna siebie i wie, czego chce, wytrwale do tego dąży. Mi tych cech brakuje. Nie wiem więc, dlaczego tak na mnie patrzy. Jakby ze złością.
  - Co to było? - syczy przez zaciśnięte zęby. Może to niepoprawne, ale uśmiecham się i unoszę wzrok znad papierów, które mam przeanalizować.
  - Rozmowa?
  - Każda wasza rozmowa tak wygląda? - dalej wierci mi dziurę w brzuchu. Gdyby tylko weszła parę minut wcześniej, nie byłaby zadowolona.
  - Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć, wybacz - odgryzam. Czy może wreszcie stąd odejść i zająć się swoimi sprawami? Będzie mi to bardzo na rękę.
  - Posłuchaj mnie, Annie - zdrobnienie mojego imienia w jej ustach brzmi co najmniej złowrogo. - Prędzej czy później i tak znudzi się Rebeccą, a wtedy ja to wykorzystam. Wiem, czego oczekuje od kobiet i ja potrafię mu to dać... z łaski swojej nie przeszkadzaj mi.
  Pomyliłam pewność siebie ze zwyczajnym wyrachowaniem. Stella i Christian? Przepraszam, jakoś tego nie widzę. Nie dorasta Calvano do pięt, ja zresztą też, choć nie o tym mowa.
  - Nawet nie mam zamiaru - zapewniam.
  Pamiętam jej słowa sprzed kilku dni. Że jestem zwyczajna, za zwyczajna. Po części się z nią zgadzam, lecz nie pozwolę oceniać się takiemu komuś jak ona. Komuś, kto za wszelką cenę chce upodobnić się do kogoś innego.
  - Tego się trzymaj - ucina i wreszcie znika mi z oczu. Nareszcie.

  O wyznaczonej godzinie opuszczam firmę, żegnając się uprzednio z Clarie. Umawiamy się na jutro na drinka wraz z kilkoma innymi znajomymi. Zabiorę też Arianę, przyda jej się mała rekompensata po ostatniej nocy. Odstresuje się i trochę zabawi, to wyjdzie jej na dobre. Ja jednak na pewno nie przesadzę z alkoholem, nie po raz kolejny. Kilka martini i nic więcej, muszę się tego trzymać.
  Zjeżdżam windą wraz z Daniels i Vanessą, dogadując szczegóły. Dzisiaj żadna z nas nie ma czasu, a ja - dodatkowo ochoty. Czeka mnie za to nieprzyjemne spotkanie z oficerami posterunku. Czego się jednak nie robi dla przyjaciółki. Przy wyjściu wpadamy na pomysł, by zaprosić też recepcjonistkę, Sophie. Zgadza się z przyjemnością, więc będzie nas więcej.
  Każda z nas idzie w innym kierunku. Vanessa umówiła się z matką na zakupy, Clarie postanawia coś zjeść, a ja przed udaniem się do domu chcę iść po kolejną kawę. Nie robię nawet dziesięciu kroków, ponieważ ktoś mocno szarpie mnie za ramię i pociąga do tyłu. Chwieję się lekko w swoich obcasach, lecz utrzymuję równowagę. Odwracam się w stronę nieznajomego i cudem powstrzymuję od krzyku.
  Greg Scott.
  Robię wielkie oczy, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Skąd wie, że tu pracuję i o której wychodzę? Czekał na mnie? Uśmiecha się szyderczo, a ja zapominam o tym, że mnie dotyka. Za bardzo jestem zaskoczona, ale też zdenerwowana. Oby nikt z podwładnych Christiana i Dylana niczego nie widział, a tym bardziej oni.
  - Mamy do pogadania, Crawford - syczy i na moment zwalnia uścisk, dzięki czemu mu się wyrywam. Dalej milczę, więc kontynuuje. - Nie podpuszczaj Ariany do zrobienia czegoś głupiego, bo źle się to dla ciebie skończy.
  - Jak... jak się dowiedziałeś, że tu pracuję?
  Najpierw chcę poznać prawdę o najważniejszym. Przecież Parks mu nie powiedziała, prawda? Nie miała powodu, żeby mówić.
  - Śledziłem cię dzisiaj i czekałem, aż wyjdziesz. Nie śpieszyłaś się zbytnio - warczy. Tak, to moja wina, że mam godziny takie same jak większości Amerykanów, to takie oczywiste.
  - Coś jeszcze?
  - Nie tym tonem - ostrzega. - Ma do mnie wrócić, rozumiesz?
  - Albo co? Znowu ją uderzysz? - szydzę z niego. Ten człowiek nie zasługuje na gram szacunku ze strony drugiego. W moich oczach już go całkowicie utracił.
  - Nie zadzieraj ze mną - szepcze i przyciąga mnie do siebie, mocno łapiąc za przedramię. Boli, lecz nie daję tego po sobie poznać, Greg jest bardzo silny. Nikt nas nie zauważa, a to dość dziwne, gdyż na ulicy co chwila mijają nas ludzie. A może widzą, tylko nie reagują? Tak, to o wiele bardziej prawdopodobne. Nie potrzebują borykać się z cudzymi problemami, mają od groma własnych, większych.
  - Skończyłam rozmowę, Scott - stwierdzam sucho i rozmasowuję lewą rękę. Próbuję odejść, ale znowu dochodzi do mnie jego odrażający szept.
  - Nie tak szybko.
  - Nie słyszałeś? Pani skończyła rozmowę.
  Ni stąd, ni zowąd Christian znajduje się między mną a szatynem. Wiedziałam, że coś się jeszcze stanie, wiedziałam! Przyciągam kłopoty z odległości dwóch mil, przyzwyczaiłam się do tego.
  Mężczyzna - z tego co wiem - ma za pół godziny swoje ostatnie dzisiaj spotkanie. A mimo wszystko postanawia marnować na mnie swój cenny czas. Nie zasługuję na to...
  - Jakiś problem? - powtarza, gdy Scott się nie odzywa. Jest opanowany, mówi spokojnie. Chyba aż za spokojnie, przeraża mnie. - Teraz grzecznie się stąd oddalisz, albo coś trzeba będzie z tobą zrobić.
  Greg też się boi, widzę to po nim. Staje się blady niczym trup, z jego twarzy znikają wszelkie kolory. Usta układają się w wąską kreskę, a zabójczy wzrok skupia na mnie. Jest zły... żeby nie powiedzieć wściekły. No pięknie.
  - Uważaj, suko - wypluwa, uwalniając rękę z uścisku szatyna. Te słowa nie robią na mnie większego wrażenia, jednak ich też nie ignoruję. Scott na pewno nie kłamie i ma w planach zniszczenie życia mojej najlepszej przyjaciółki. Nie mogę mu na to pozwolić.
  - Grzeczniej - słyszę, przy czym wbijam spojrzenie w chodnik. Ta sytuacja staje się coraz bardziej irracjonalna. - No już - warczy, gdy ten nie odpowiada.
  - Do zobaczenia, kochanie - mruczy wreszcie przesłodzonym głosikiem i odchodzi.
  Wolę już, by nazywał mnie suką. Ta słodycz z niewiadomych przyczyn napędza mi jeszcze więcej strachu. W co ja się najlepszego wpakowałam? Na dodatek Christian to widział. Gorzej już chyba być nie może. Myśli teraz o mnie najgorsze rzeczy, domyślam się tego. Jak zwykle muszę coś skomplikować, choćby nie wiem, jakbym się starała.
  Chcę uniknąć jego wzroku, lecz nie potrafię. Przyciąga mnie do siebie jaką niewidzialną siłą, która sprawia, że spoglądamy sobie w oczy. Ja z obawą i strachem, a on... nie z obrzydzeniem, ale z troską, współczuciem.
  Wydaje mi się.
  - Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? - pyta miękko, przez co moja maska pewności siebie opada na ziemię. Jest zbyt ciężka, by ją podnieść. Nieosiągalna.
  - Tak, tak... przepraszam, że musiałeś być tego świadkiem - szepczę ze wstydem, próbując ukryć swe zażenowanie. Że też przyszedł właśnie teraz!
  - Cieszę się, że jednak byłem - zaskakuje mnie tą wypowiedzią. - Ten idiota mógł ci coś zrobić, Anastasio. Kto to?
  Nie chcę udzielać odpowiedzi na to pytanie, choć wiem, że nie mam dokąd uciec. Jak z tego wybrnąć?! Nie wyjawię mu przecież prawdy.
  W tej chwili zdaję sobie sprawę, że znowu to robię... znowu okłamuję wszystkich wokół. Tracę nad tym kontrolę. Jeszcze chwila, a sieć moich kłamstw stanie się tak wielka, że nie będę mogła się z niej wydostać... boję się tego.
  - Po prostu znajomy... pokłóciliśmy się i tyle. Zbyt... zbyt impulsywnie zareagował, fakt, ale wszystko mam pod kontrolą - zapewniam, próbując zapanować nad przyśpieszonym oddechem i kołataniem serca. Chcę jak najszybciej znaleźć się w domu.
  - Nie wygląda - stwierdza, lecz gdy widzi moją proszącą minę, postanawia dłużej nie drążyć tematu. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. - Na pewno nic ci nie jest?
  - Na pewno, dziękuję - dukam. - Teraz przepraszam, śpieszę się. Do jutra.
  - Miłego dnia, Anastasio.

~*~

  Trzęsącymi dłońmi przekręcam klucz w zamku. Ciekawi mnie, czy Ariana dalej jest w środku. Chciałabym, by tak było, ponieważ mogły ją ogarnąć wątpliwości, które za wszelką cenę muszę rozwiać. Jeśli opowiem jej o najściu Greg’a, być może przekonam ją do pójścia na policję. Nie pozwolę, żeby temu gnojkowi uszło to na sucho, na pewno do tego nie dopuszczę.
  Zdejmuję niewygodne buty i wchodzę w głąb mieszkania, wołając przyjaciółkę po imieniu. Zastaję ją na kanapie otuloną kocem i oglądającą jakiś idiotyczny horror. Siedzi po turecku, trzymając między nogami miskę z popcornem. Film tak ją fascynuje, że nie zauważa mojego powrotu. Chyba nigdzie nie wychodziła, a to dobrze. Oby tylko Scotta tutaj nie było, przecież zna mój adres... ale chyba by mu nie otworzyła, prawda?
  - Hej! - mówię nieco głośniej, przypominając o swoim istnieniu. Kobieta piszczy i podskakuje, przez co wysypuje kilkanaście ziaren prażonej kukurydzy. Na szczęście zjadła już większość.
  - Annie! - beszta mnie, jednocześnie rzucając we mnie swoim przysmakiem. - Nie zakrada się tak! Masz pojęcie, jak się wystraszyłam?
  - Nie moja wina, że się zapatrzyłaś w telewizor - stwierdzam. - Poza tym czy ty nie jesteś może na diecie? - patrzę na nią kątem oka, na co ta śmieje się i wystawia mi język.
  - Pieprzyć dietę - unosi zaciśniętą pięść do góry w wyrazie manifestu, a drugą ręką sięga po popcorn. - Tobie też polecam... bardzo dobry.
  Wydaje się, że nie pamięta już ani o Greg’u, ani o wydarzeniach z wczoraj. Ale jest inaczej, wiem to. Mam tylko nadzieję, że nic jej się nie odwidziało. Ariana potrzebuje kogoś, kto będzie się nią opiekował, kto będzie na nią zasługiwał.
  - Nie, dzięki - odpowiadam i zajmuję miejsce koło niej, rzucając torebkę na stolik. - Zdecydowałaś? Idziemy na policję?
  - Już złożyłam zeznania - uśmiecha się delikatnie. - Jakąś godzinę po twoim wyjściu ogarnęłam się i tam poszłam. Co prawda było cholernie ciężko i już miałam wracać, ale jakoś... dałam radę i opowiedziałam wszystko - mówi i spuszcza wzrok. Domyślam się, że wymagało to od niej niesamowicie dużo odwagi, podziwiam ją. Miałam tam iść z nią, ale cieszę się z takiego obrotu spraw. Już nie boi się Greg'a, przynajmniej nie na tą chwilę.
  - Chciałaś, żebym tu została, ale nie mogłam wysiedzieć w miejscu. Skoczyłam do siebie po ubrania, bo nie chciałam brać od ciebie, i tak już dużo dla mnie zrobiłaś... a potem wróciłam tutaj - wyjaśnia, na co mocno ją do siebie przytulam.
  - Nie ma o czym mówić - zapewniam, a uśmiech sam ciśnie się na moją twarz.
  - Więc... - odrywamy się od siebie, a ona na chwilę ścisza telewizor. - Może zróbmy tak... zamówmy pizzę, obejrzyjmy kolejną bezsensowną komedię i napijmy się drinka - proponuje, szczerząc się jak głupia.
  - Dobry pomysł - odwzajemniam jej uśmiech i sięgam po telefon w poszukiwaniu numeru naszej ulubionej pizzerii.
  Chyba lepiej będzie, jak nie wspomnę jej ani słowem o moim spotkaniu z Greg'iem. Nie powinna sobie tym zaprzątać głowy, nie teraz. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, ten facet już nigdy nie pojawi się w życiu Ariany.
  Oby tak się stało.
 Od autorki: Jutro niespecjalnie będę mieć czas, żeby dodać rozdział, więc macie go teraz. Mam nadzieję, iż przypadł Wam do gustu. Mi nawet się podoba:) Wreszcie mamy wolne ♥ Chociaż ja od poniedziałku siedzę w łóżku z antybiotykiem i gorączką. Ale teraz to tak oficjalnie. Jako, że jutro są moje urodziny, postanowiłam post dodać dzisiaj. Macie już plany na Sylwestra?
Nie przedłużając, chciałam Wam z całego serca życzyć wesołych i pogodnych świąt. Spędźcie je w przyjemnej rodzinnej atmosferze. Ja jeszcze muszę ubrać choinkę:)
Ktoś ma zastrzeżenia do nowego wyglądu bloga? Muszę przyznać, że się w nim zakochałam♥ Gdyby ktoś nie wiedział na nagłówku jest Ashley Benson oraz Chace Crawford - odtwórcy roli Anastasii i Jack'a, który pojawi się niedługo. Tak, wprowadziłam małe zmiany. Odwiedźcie zakładkę z bohaterami, choć nie wpłynie to na czytanie.
Do zobaczenia w roku 2015 ♥
L x

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Seven / Too much love can hurt you

 
 W cier­pieniu jest ty­siąckrot­nie więcej doświad­cze­nia niż przyjemności. 

  Sama właściwie nie wiem, czego się tak bardzo obawiałam. Nasz wypad na kawę poprawia mi humor i wprawia w dobry nastrój. Christian więcej nie pyta o Brody’ego. Dobrze wie, że i tak nie odpowiem. Nasza rozmowa dotyczy rzeczy o niebo przyjemniejszych. Zachowujemy się jak starzy znajomi, co jednak trochę mnie martwi. Nie powinniśmy. On jest moim szefem, ja jestem jego sekretarką. Nic więcej.
  Czasem chyba warto na chwilę odbiec od tej niepisanej reguły. Czas leci nam naprawdę szybko, więc żadne z nas nie zauważa, gdy piętnaście minut zamienia się w ponad sześćdziesiąt. Pijemy kawę i jemy po kawałku ciasta w wyjątkowo miłej atmosferze.  Chris jest człowiekiem, który potrafi rozbawić każdego niezależnie od sytuacji. Jestem świadkiem sytuacji, gdy zdejmuje swoją maskę i staje się sobą. Nie współwłaścicielem największej korporacji w Nowym Jorku, która ma pod sobą setki mniejszych firm, ale prawdziwym sobą. Zabawnym, uroczym i niesamowicie ujmującym mężczyzną.
  Niestety, miłe chwile muszą kiedyś dobiec końca. Brewer dostaje telefon od Dylana i musimy natychmiast wracać.

~*~

  Po wejściu do budynku od razu się rozstajemy. Do szatyna od razu doskakuje Dylan i zabiera go gdzieś, a ja udaję się do windy i wciskam odpowiedni guzik. Gdy drzwi mają się już zamknąć, niespodziewanie wbiega cała zdyszana Stella. Uśmiecha się w moją stronę i opiera o ścianę, by móc złapać oddech. Zajmuje jej to kilka sekund, po czym przyjmuje normalną postawę i poprawia swoją idealną fryzurę. Jest o centymetr wyższa ode mnie, choć przez dwudziesto centymetrowe szpilki na jej szczupłych nogach ta różnica wydaje się być jeszcze większa. Podziwiam ją… ja w takich butach nie wytrzymałabym więcej niż godziny, nie mówiąc już o biegu. Cud, że niczego sobie nie złamała.
  - Ostatni raz! – patrzy na swoje stopy. – Wyglądałam jak idiotka! Każdy się ze mnie śmiał, no pięknie… co jeśli Chris i Dylan to widzieli? – piszczy przerażona i łapie się prawą ręką za głowę. – Nie, Boże, nie mogli tego widzieć.
  Mam ochotę parsknąć śmiechem, ale to chyba nieodpowiedni czas i miejsce. Założę się, że źle by się to skończyło. Ta kobieta potrafi biegać w tak wysokich szpilkach, a to już zły znak.
  - Jestem pewna, że nie widzieli – uśmiecham się pocieszająco. – Właściwie czemu się tak śpieszyłaś?
 - Wymknęłam się coś zjeść – wyjaśniła. – Zapomniałam o śniadaniu i byłam potwornie głodna.
  No tak, podobno to najważniejszy posiłek dnia. Prawdopodobnie nie dla mnie… no chyba, że codzienną kawę można nazwać posiłkiem.
  - Nie chciałam, żeby się dowiedzieli.
  Wiem, że ma na myśli Brewera i Mellark’a. Pierwszy z nich na pewno nie zauważył. Chyba, że Stella wybrała tą samą kawiarnię co my, ale to nie jest możliwe. Zauważylibyśmy ją, prawda?
  - Spokojnie – mówię rozbawiona, czego staram się nie okazać.
  Metalowe drzwi otwierają się na odpowiednim piętrze, więc obie udajemy się w głąb korytarza, cały czas rozmawiając. Właściwie to ona coś mówi, a ja tylko słucham i przytakuję, całkowicie się wyłączając. Mijamy kilka osób, mało brakuje, bym się z jedną nie zderzyła. Jestem nieco rozkojarzona, dzisiejszy dzień z całą pewnością nie należy do udanych. No, może pod jednym względem…
  Dostrzegamy Clarie, która rozmawia z Eric’iem. Mężczyzna wita się z nami i odchodzi, gdyż ma do załatwienia kilka rzeczy. Stella od razu dopada Daniels i zasypuje ją masą plotek. A ja kiedyś myślałam, że to Ariana dużo gada… znalazłam dla niej konkurencję.
  Patrzę na rudowłosą, na pierwszy rzut oka dostrzegam, że jest niezadowolona. Wspominała kiedyś, że nie specjalnie darzy Evans sympatią. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że kobieta ma worki pod oczami. Nie tylko ja miałam ciężką noc…
  - Nie zdążyłam wypić kawy! – skarży się i robi zbolałą minę. – Głowa mi pęka, nie mogłam zasnąć… skoro nie ma ani Chrisa, ani Dylana myślicie, że mieliby coś przeciwko temu, żebym jeszcze raz wyskoczyła sobie na pięć minut?
- Och, Chris na pewno nie – mruczy Clarie pod nosem. Obie patrzymy na nią zdziwione. – No co? Przecież dzisiaj wyszedł do kawiarni z tobą, Annie, na przeszło godzinę.
  Gromię ją wzrokiem, jednocześnie zastanawiam się, skąd o tym wie. Słyszała naszą rozmowę? Ta opcja może być prawdopodobna. Po prostu jej nie zauważyliśmy, a ona się nie odezwała i sobie poszła. Tylko dlaczego o tym wspomina?
  Po chwili zdaję sobie sprawę, że jest to po to, by zdekoncentrować Stellę. Prostuje się i mierzy mnie przenikliwym spojrzeniem.
  - Ze mną nigdy nie wyszedł, a pracuję tu od przeszło roku – burczy. Z jakiej racji niby Christian miałby to robić? - Ana, skarbie, zdradź swoją metodę. Będę zobowiązana.
  Zaciskam usta w cienką linię, z trudem powstrzymując się od jakiegokolwiek obraźliwego komentarza w jej stronę. Metoda? Niby jaka? To bezsensowne. Jestem w końcu jego sekretarką, więc nie ma w tym nic dziwnego... a może i jest?
  - Stella, proszę cię! - besztam ją, patrząc z ukosa na Clarie, która uśmiecha się pod nosem.
  - Swoją drogą, nie rozumiem, co on widzi w tej tlenionej lali. Każda blondynka jest idiotką!
  Uśmiecham się sztucznie, mam ochotę przemówić jej do tej pustej głowy, choć wiem, że akurat mnie nie miała na myśli.
  - Kochana, nie chodzi o ciebie, ale... bądźmy szczerzy. Pasowałabym do Christiana bardziej niż ty. Nie obraź się, jesteś dla niego... jakby to powiedzieć... zbyt pospolita i zwyczajna - klepie mnie pokrzepiająco po ramieniu i znacząco mruga.
  Teraz już znam powód jej niechęci do brunetki. Ta kobieta jest przesadnie pewna siebie i sądzi, że jeśli ubierze krótszą spódniczkę, każdy mężczyzna będzie za nią latał jak pies za kością.
  - Miło z twojej strony, dziękuję – mruczę smętnie.
  Jakby moja samoocena nie była już wystarczająco niska... jednak w tym przyznaję jej rację. Ktoś pokroju Brewera nigdy nie spojrzałby na mnie pod tym kątem, nie spełniałabym jego wymagań. Słowa Stelli tylko mnie w tym utwierdziły, nawet w oczach kobiety, którą znam jedynie od ponad miesiąca, stanowię osobę, którą nie warto jest się przejmować.
  - Przykro mi, ale taka jest prawda – uśmiecha się pokrzepiająco i odchodzi, zostawiając nas same. Wiem, że nie powinnam się przejmować taką osobą jak ona, ale jej słowa ciągle szumią mi w głowie.
  Zbyt pospolita i zwyczajna.
  Naprawdę taka jestem? Tak postrzega mnie reszta ludzi? Jako pospolitą i zwyczajną?
  Nawet Christian, myślę. Nie sądzę jednak, by było to w całości prawdą. Jak każdy człowiek mam w sobie coś wyjątkowego. Coś, co czyni mnie inną od reszty. Stella ma swoją przesadną pewność siebie, a ja… właśnie tutaj tkwi mój problem. Ja nie mam właściwie nic.

~*~

  Około godzinę przed zakończeniem pracy dzwoni mój telefon. Marzę tylko o tym, by już znaleźć się w domu. Z braku zajęcia odliczam nawet minuty. Dźwięk dzwonka wyrywa mnie z zamyślenia. Spoglądam na wyświetlacz i uśmiecham się pod nosem. To tata. Nie miałam z nim kontaktu od kilku miesięcy, tęsknię za nim. Sama się sobie dziwię, ale tęsknię nawet za mamą… chociaż ona pewnie za mną nie.
  - Halo?
  - Annie, hej! – po drugiej stronie słyszę dziecięcy głos Toby’ego, przez co mam najprawdziwszą ochotę skakać z radości.
  - Cześć, kochanie. Jak się masz? – pytam. Kocham tego sześciolatka jak nikogo na świecie.
  - Super! Mama powiedziała, że cię odwiedzimy! – tryska entuzjazmem, ja też się cieszę. Jednakże zdaję sobie sprawę, że spotkanie z matką nie będzie należało do przyjemnych. To jednak normalne.
  - Nie mogę się doczekać, żeby pokazać ci Nowy Jork. Spodoba ci się – zapewniam
  Z trudem powstrzymuję łzy, nie mogę pozwolić sobie na chwilę słabości. Nie tutaj, nie teraz. Ktoś mógłby mnie zobaczyć.
  - Muszę iść, tata mnie woła. Wziąłem jego komórkę. Kocham cię, Annie – mówi wesoło, zaraża mnie tym dobrym nastrojem. Niestety, na krótko.
  - Też cię kocham, mały. Do zobaczenia – kończę i odkładam telefon na biurko. Wreszcie będę mogła się z nim zobaczyć! Chciałabym mieszkać bliżej niego, ale jest to niemożliwe. Już za późno, by cofnąć czas, chociaż bardzo bym tego chciała.

  - Anastasio, proszę, byś swoje prywatne sprawy załatwiała po pracy – szorstki głos Christiana obija się o moje uszy. Momentalnie wstaję z miejsca i uśmiecham się w jego stronę. On jednak pozostaje obojętny. Nie odczytuję żadnych emocji. Jest na mnie zły przez ten telefon?
  - Ja… przepraszam – dukam nieśmiało, spuszczając wzrok w dół.
  Zostawia mnie samą i znika za drzwiami swojego biura. Mogłam powiedzieć Toby’emu, że jestem zajęta… ale nawet nie przeszło mi to przez myśl. Tak bardzo cieszyłam się, że mogłam z nim porozmawiać. Nie zwróciłam uwagi na to, gdzie się znajdowałam. Nie powinnam była, wiem to.
  Postanawiam więc to naprawić. Z niewiadomych przyczyn ogarnia mnie strach. Niepewnie unoszę rękę ku wielkim drzwiom i zamykam oczy. Nie chcę na to patrzeć. Otwieram je i wchodzę do środka, widząc Christiana piszącego coś w laptopie. Doskonale zdaje sobie sprawę z mojej obecności, lecz nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem. To boli. Powinno?
  - Chris… - zaczynam, dopiero wtedy unosi wzrok sprzed monitora. – Jesteś zły?
  - Nie, Anastasio – widać, że kłamie, ale mu nie przerywam. – Po prostu na sprawy osobiste jest odpowiedni czas i miejsce. Następnym razem powiedz narzeczonemu, że oddzwonisz później.
  Parskam śmiechem, czym go zaskakuje. Nigdy nie poruszaliśmy tematu związków, gdyż byłby on nieodpowiedni. Nie powinnam przecież zagłębiać się w szczegóły jego relacji z Rebeccą ani mówić mu o swoim życiu uczuciowym! Nigdy nie dojdziemy do tego etapu znajomości. Nigdy.
  - To nie był mój narzeczony – wyjaśniam szybko. Nie wierzę, że tak pomyślał.
  - Chłopak?
  - Sześcioletni brat.
  Rzednie mu mina, miło na to popatrzeć. Uśmiecham się sama do siebie. No, proszę. Nawet wielki Pan Nieomylny może zaliczyć wpadkę. Kto by pomyślał.
  - Och…
  - Przepraszam, że rozmawiałam z nim w trakcie pracy, ale zadzwonił, a ja nie miałam serca się rozłączać. Po prostu za nim tęsknię, nie widzieliśmy się pół roku.
  Nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale te słowa nagle wydostają się z moich ust. Chcę się jakoś wytłumaczyć i sprawić, by nie był na mnie zły.
  Udaje mi się. Na jego twarz wstępuje delikatny uśmiech, którego przez moment naprawdę zaczęło mi brakować.
  - Nic się nie stało, Ana, rozumiem to – oddycham z ulgą. – Możesz już iść, nie mam dla ciebie niczego do zrobienia.
  Spoglądam na niego zdziwiona. Z jednej strony jestem mu wdzięczna, ale przecież powinnam zostać. Co z tego, że nie mam żadnych obowiązków? Coś może się znaleźć. Dzielę się z nim swoją uwagą, on zdaje się puścić ją mimo uszu.
  - Poradzę sobie, nie martw się.
    Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko wdzięczny uśmiech i udanie się do domu.
  - Dziękuję ci. Do jutra.
  - Do jutra, Annie - to ostatnie co słyszę, zanim zamykam za sobą drzwi. Christianie, nawet nie masz pojęcia, że mnie tym uratowałeś.
  Zbieram szybko swoje rzeczy i udaję się do windy. Jest tam też dwóch mężczyzn, którzy wsiadają razem ze mną, lecz jestem dla nich niczym powietrze, niezauważalna. Rozmawiają, jakby mnie tam nie było. Uśmiecham się do siebie, kiedy wreszcie rozstaję się z nimi na dziesiątym piętrze. Zaczynam szukać kluczyków, moja torebka zawiera wszystko, czego w aktualnej chwili absolutnie nie potrzebuję. Zawsze powtarzam sobie, że muszę w niej kiedyś posprzątać, ale gdy przekładam rzeczy z jednej do drugiej, to postanowienie jakoś wylatuje mi z głowy.

~*~

  Jedyne, czego mi potrzeba, to dobry film i ciepły koc, pod którym mogę się schować. Po powrocie do domu nie robię kompletnie nic. Leżę w salonie i skaczę po kanałach w telewizji, szukając czegoś odpowiedniego. Nie jestem specjalną fanką filmów akcji, no chyba, że mowa tu o kimś jak Paul Walker, ale tym razem mam ochotę na starą, dobrą komedię. Nie zapamiętuję nawet jej tytułu. Wiem tyle, że jest ona najgorszą produkcją, jaką miałam okazję kiedykolwiek zobaczyć. Czyni to ją więc idealną na dzisiejszy wieczór.
  Niestety, nie dane mi jest nacieszyć się widokiem faceta biegającego nago po własnym ogrodzie, ponieważ w całym pomieszczeniu rozbrzmiewa dźwięk dzwonka. Na początku myślę, że to znowu Toby, lecz na ekranie pojawia się zdjęcie Ariany pałaszującej ogromną porcję lodów i całą umazaną czekoladową polewą. Gdyby jakiś mężczyzna zobaczyłby tą fotografię, z całą pewnością źle by się to dla mnie skończyło. Przed odebraniem sprawdzam jeszcze godzinę. Dwudziesta czterdzieści osiem. Co może chcieć o tej porze? Nie dam się wyciągnąć na kolejną imprezę, prędzej skonam w tym salonie.
  - Annie... - wita mnie jej roztrzęsiony głos. Słyszę, że podciąga nosem. Płakała?
  - Cześć, Ari. Coś się stało? - pytam zaniepokojona.
   - Mogę u ciebie przenocować? Boję się wracać do siebie - łka, boi się czegoś. Nie mogę jej tak zostawić, to moja najlepsza przyjaciółka. Teraz błąka się gdzieś po mieście i nie ma gdzie podziać.
  - Oczywiście, przychodź - mówię bez wahania. Odpowiada jedynie, że będzie za chwilę, po czym się rozłącza. Ogarnia mnie niepokój. Ariana Parks nie jest osobą, która płacze z byle powodu. To moje całkowite przeciwieństwo, jest silna i pewna siebie, nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Jak widać, prawie nic.
  Po kilku minutach słyszę pukanie do drzwi. To na pewno ona. Wstaję ze swojego miejsca i otwieram. Zastały widok wprawia mnie w całkowite osłupienie. Kobieta ma podbite prawe oko, rozciętą górną wargę, z której sączy się krew. Zakrywam usta prawą dłonią, lewą wciągając ją do środka. Nic nie mówię, przyjdzie na to czas. Prowadzę ją na kanapę i szczelnie okrywam kocem. Niemal biegnę do kuchni po worek z lodem, a gdy wracam, widzę Parks płaczącą i skuloną w kłębek. Jaki potwór mógł zrobić coś takiego?!
  - Kochanie, co się stało? - pytam przerażona. Zajmuję miejsce obok i przykładam woreczek do jej oka. Może choć na chwilę przyniesie ulgę.
  - Ja... ja nie wiem, Ana! - piszczy. - Było tak wspaniale... wyszliśmy coś zjeść, a potem... się czegoś napić - wyjaśnia, lecz dalej nie rozumiem. - Greg... on... dużo wypił... mówiłam mu, żeby... żeby przestał, ale... nie słuchał! Chciał, żebyśmy... wrócili do... do niego. Zgodziłam się - co parę sekund podciąga nosem, cała się trzęsie. - Wydawał się normalny! Kiedy już przyszliśmy... zaczął... mnie całować... dotykać... ciągnął mnie do sypialni... ale ja nie chciałam... zezłościł się... nazwał mnie suką i uderzył... potem drugi... potem trzeci... upadłam na podłogę, a on... on się na mnie położył!
  Cały czas mocno ją do siebie przytulam. Nie mam pojęcia, co powinnam zrobić. Przecież Greg wydawał się w porządku. Do cholery, poznałam go i niczego nie zauważyłam! Jak mógł tak bestialsko potraktować moją przyjaciółkę? Sama mam ochotę się rozpłakać, lecz nie zrobię tego przy niej. Muszę jakoś podnieść ją na duchu.
  - Co było dalej? - szepczę cicho, odkładając lód obok. I tak go sobie nie przykłada.
  - Kopnęłam go... przewrócił się na plecy... wtedy szybko uciekłam - wyznaje. Opiera głowę na moich kolanach, a ja głaszczę ją po włosach. - Nie chciałam wracać do domu... Greg wie, gdzie mieszkam... boję się, że może tam przyjść. Ana... on taki nie jest... to przez alkohol się tak zachowuje.
  Jak ona w ogóle śmie go usprawiedliwiać? Skrzywdził ją. Pobił! To co, ze był pijany i się nie kontrolował? Zrobił to i nie ma takiej rzeczy, która mogłaby go ułaskawić.
  - Może i tak, ale alkohol tylko przyśpieszył to, co mogło się stać. Ariana, proszę cię... jutro wezmę wolne i pójdę z tobą na komisariat. Zamkną go, jestem pewna.
  - Jaki komisariat?! - piszczy zaskoczona. - Nie! Żadnej policji. Nie pójdę tam, nie mogę!
  - Możesz i zrobisz to. Ten człowiek jest niebezpieczny, może coś ci zrobić. Nie wiesz o tym? Co jeśli jutro znowu będzie pijany, przyjdzie i to powtórzy. Teraz jesteś tutaj, ale przecież musisz choć od czasu do czasu wyjść.
  - On mnie kocha, Annie, ja to wiem! - łka, chowając twarz w dłoniach. - Nie był sobą.
  Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co musi teraz czuć. Zbrukana, upokorzona... skrzywdzona. A mimo wszystko próbuje tłumaczyć tego zwyrodnialca. To, że wypił, ma go postawić w nieco lepszym świetle? Nie, to czyni go jeszcze gorszym niż jest. Żaden prawdziwy mężczyzna nie podnosi ręki na kobietę. W takiej chwili dla mnie przestaje być mężczyzną, a staje się zwykłym, nic nie wartym śmieciem.
  - Wcale nie - szepczę. - Tylko to sobie wmawiasz. Ari, wiem, że ci na nim zależy, ale to zwykły dupek. Musisz iść na policję, nie zostawiaj tego tak, proszę cię.
  - Jestem idiotką. Totalną idiotką! - nie może opanować płaczu. Nie rozumiem, dlaczego tak źle o sobie myśli. To nie jej wina, ze Greg okazał się damskim bokserem, który ukazuje prawdziwe oblicze dopiero po paru kieliszkach.
  Ariana jest najwspanialsza na świecie, zasługuje, by faceci nosili ją na rękach. Dostaje za to nędznego karalucha, którego należy zgnieść jak najszybciej. Życie jest tak cholernie niesprawiedliwe.
  Mija dłuższy moment zanim Parks chociaż trochę dochodzi do siebie. Wprawdzie dalej siedzi zwinięta w kłębek, ale wypiła kubek herbaty i pozwoliła mi się opatrzyć. Nie mogę zrobić nic wiele, powinien tu zadziałać lekarz. Jak mam ją przekonać, by dała się zaprowadzić na obdukcję? Bez tego temu dupkowi ujdzie to na sucho... a tak stać się nie może, już moja w tym głowa.
  Brunetka zgniata w dłoni chusteczkę, czarną od jej tuszu do rzęs. Prowadzę ją do łazienki, gdzie bierze długi prysznic, i przynoszę jakieś swoje ubrania. Czekam aż znowu pojawi się w salonie, by podać wodę mineralną i proszki nasenne. Sama czasami mam problem z zaśnięciem, a widzę, że Ariana jest tym wszystkim zmęczona. Musi odpocząć, chociaż na parę godzin.
  - Chodź, pora spać - postępuję z nią jak z małym dzieckiem, lecz nie mam wyjścia. - Jutro rano, kiedy się obudzisz, mnie prawdopodobnie już nie będzie, ale nie ruszaj się stąd dopóki nie wrócę. Rozumiemy się?
  Lekko kiwa głową. Być może przesadzam, ale skąd mogę wiedzieć, że Greg nie czatuje teraz na ulicy i spokojnie czeka? Nakrywam ją kołdrą, gaszę światło i zamykam drzwi. Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy ta przez niego płaczę. Nie jest wart żadnej łzy mojej najlepszej przyjaciółki. Żaden mężczyzna nie jest.
  Zauważam telefon w fioletowej obudowie leżący na kanapie. Przedtem nie zauważyłam, by go tam zostawiała. Jest ustawiony na wibracje. Po cichu za to dziękuję. Greg dzwonił do niej pięć razy i wysłał trzy wiadomości. Całe szczęście, że znam wzór odblokowania ekranu.

"Myślisz, że z tobą skończyłem?"

"Odbierz, nie ignoruj mnie."

"Wiem, gdzie jesteś."

  Po ostatnim SMSie zamieram. Jak to możliwe? Więc jednak ją śledził... mogłam się tego spodziewać. Albo tylko chce ją nastraszyć. Tak, to też prawdopodobne. Na pewno teraz siedzi u siebie, pijany jeszcze bardziej, i śpi jak suseł. Nie byłby na tyle sprytny, by iść za Arianą... przecież to idiota, a ten pomysł wymaga odrobiny myślenia.
  Po krótkim namyśle stwierdzam, że mi też przyda się sen. Chociaż godzina jest dość wczesna, dosłownie padam z nóg. Dzisiejszy dzień nie należy do najlżejszych... za dużo wrażeń jak na tak krótki okres czasu. Sprawdzam jeszcze, czy drzwi aby na pewno są zamknięte i dopiero wtedy udaję się na górę. Przedtem jednak zaglądam do Ariany, zasnęła. Tyle dobrego. Cicho zamykam za sobą drzwi.
  Zmywam makijaż, biorę szybki prysznic i przebieram się w czarne, dresowe szorty i bluzeczkę na ramiączkach. Całkowicie wyczerpana gaszę światło i rzucam się na łóżko, które aż ugina się pod niespodziewanym ciężarem. Wpełzam kołdrę i nakrywam się nią cała. Sprawdzam tylko, czy bateria telefonu nie jest aby na wyczerpaniu. Przymykam oczy, starając się nie myśleć o niedawnych wydarzeniach. Chcę, żeby jutrzejszy dzień przyniósł coś nowego, lepszego.
  Musi przynieść.
Od autorki: Witam <3 Co sądzicie o rozdziale? Jeśli mam być szczera, wyjątkowo przypadł mi do gustu. Sprawdzałam go kilka razy, ale - znając mnie - będą tam jeszcze jakieś literówki, za które przepraszam. No, tym razem tylko dwudniowe opóźnienie. Mój osobisty rekord. Nie chciałam, żebyście czekali tak długo jak poprzednio, więc się zmobilizowałam. Kolejny postaram się dodać przed świętami, gdyż w ich trakcie nie będę mieć dostępu do internetu. Może jednak uda mi się coś napisać i opublikować w nowym roku ♥
Jak tam mikołajki? :D Moje można zaliczyć do udanych, chociaż, bądźmy poważni, ja i łyżwy to złe połączenie. Cały dzień na mieście i niepotrzebnie zrobione kilometry sprawiły, że na następny dzień spałam sobie po południa... a potem jeszcze przez dwie godziny wieczorem XD
Kto pisze jutro próbne egzaminy? Dla mnie będzie to drugie podejście. Kocham swoją szkołę... jeszcze mamy wizytację z kuratorium, IDEALNIE.
Ale nie zanudzam Was już swoim głupim życiem, macie przecież własne. Rozdział dla cudownej EMILY <3 KOCHANIE, POWODZENIA... zwłaszcza na historii:)
L x