sobota, 29 listopada 2014

Six / Never again

Idź własną drogą, bo w tym cały sens is­tnienia, żeby umieć żyć

 Budzi mnie pulsujący ból głowy, obwieszczający, że wczoraj przesadziłam. Impreza w dzień powszedni, to takie w moim stylu. Jak zawsze muszę zrobić coś, co niesie za sobą przykre konsekwencje. Teraz jest tak samo… mam dokładnie czterdzieści trzy minuty na doprowadzenie się do porządku i pojawienie w biurze Christiana. Prawdopodobnie pobiję dzisiaj swój własny rekord.
  Wyłączywszy budzik, który nagle zaczyna wydawać z siebie denerwujący dźwięk, zrywam się z łóżka i pędzę do łazienki. Powinnam być z siebie dumna, w przeciągu kilku minut myję zęby, biorę orzeźwiający prysznic i prostuję włosy, gdyż w inny sposób nie radzę sobie z powstałą katastrofą na mojej głowie. Z kosmetyczki wyrzucam wszystko na łóżko w poszukiwaniu podkładu oraz ulubionego błyszczyka. Dopiero wtedy do mnie dociera, że chyba najpierw należałoby się ubrać. Wybieram więc czarny komplet bielizny i w pośpiechu kompletuję resztę ubioru. Rękawy czarnego sweterka podwijam po łokcie i bez problemu zasuwam zamek od bladoróżowej, rozkloszowanej spódniczki sięgającej mi do połowy uda. Zakładam czarne szpilki bez nosków, o mało nie doznając bolesnego spotkania z podłogą.
  Spoglądam na wyświetlacz telefonu, dwadzieścia jeden minut. Nakładam na twarz podkład firmy Max factor, wydłużam rzęsy mascarą, a usta uwydatniam różowym, błyszczącym kolorem. Cmokam do swojego odbicia, zbierając nadmiar kosmetyku. Na stoliku nocnym zauważam niewielkie kolczyki w kształcie kulek, które wpinam do uszu. Wyglądam nie najgorzej. Powiedziałabym nawet, że całkiem dobrze.
  Zgarniam torebkę z potrzebnymi rzeczami i opuszczam mieszkanie. Dziękuję Bogu za brak korków na ulicach. No tak, każdy normalny człowiek przecież już jest w pracy. Ja mam na to niecałe piętnaście minut, wprost wspaniale. Przekraczam dozwoloną prędkość, ale bardzo zależy mi, by spóźnić się jak najmniej. Nie chcę, żeby Christian miał o mnie złe zdanie. Każdy, byle nie on…
  Zaraz… nie, zapomniałam się, to nic wielkiego. Brewer jest moim szefem i powinnam pracować u niego na dobrą opinię, na razie chyba mi się to udawało. Dość dobrze się rozumiemy, choć do końca nie jestem pewna, jak to możliwe. Okazało się, że zna Jack’a. Mojego Jack’a! Tego nigdy bym się nie spodziewała.
  Chodzi jednak głównie o to, że lepszego szefa bym sobie nie wymarzyła. Jest czarujący, inteligentny, kulturalny… muszę przestać, bo inaczej wyniknie z tego coś złego, a tak stać się nie może. Zdarza nam się odrobinę wykroczyć poza kontakty pracownica-pracodawca, co zaczyna mnie autentycznie martwić. Nie chcę, żeby tak było. Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, bo tak nigdy się nie stanie, ale nawiązała się pomiędzy nami nić sympatii. Cieszę się z tego powodu… jednakże jest też coś, czego się obawiam. Jego obecność działa na mnie niepokojąco, zwłaszcza gdy zostajemy ze sobą sam na sam. Często rozmawiamy w biurze Christian’a, ale… niekoniecznie o pracy. To dobrze? Źle? Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Potrzebuję pomocy.

  Jestem spóźniona. No, oczywiście. Komu mogło się to przytrafić jak nie mnie? Los niemal codziennie kpi sobie z mojego życia, powinnam już być dawno przyzwyczajona. Mam nadzieję, że Chris nie będzie zły. Proszę, tylko nie to… przecież nie spóźniłam się tak dużo, zaledwie kilka minut. Oby nie robił mi z tego powodu problemu.
  Zawsze rano zatrzymuję się po ulubioną kawę, dzisiaj z oczywistych powodów odstępuje od swojej małej tradycji. Nie potrafię funkcjonować bez dawki kofeiny. Muszę rozwiązać ten problem podczas przerwy na lunch. Z tego co mi wiadomo, mój szef powinien być jeszcze na jakimś spotkaniu z kontrahentami z Francji. I nie mylę się… problem w tym, że odbyło się ono w jego biurze i prawdopodobnie skończyło się przed sekundą. Dwoje nieznajomych mi mężczyzn wraz z szatynem pojawia mi się przed oczami, wstrzymuję oddech.
  Skinieniem głowy witam się z nimi, skupiając jednak największą uwagę na Christianie. Posyła mi swój zniewalający uśmiech. Nie jestem pewna, czy to aby nie dobra mina do złej gry. W zasięgu kilku metrów nie ma nikogo, więc ryzykuję, że dostanę reprymendę. Uśmiecham się przepraszająco, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Wiele mnie kosztuje… pod wpływem tego spojrzenia po prostu się rozpływam.
  - Przepraszam, że się spóźniłam – dukam nieśmiało.
  Spodziewam się wyrzutów. Co dostaję? Serdeczny uśmiech, to całkowicie wytrąca mnie z rytmu. Ja się spóźniam, a on się śmieje?
  - Annie, nie masz za co. To tylko kilka minut, żadna tragedia się nie stała.
  Na moją twarz wstępuje rumieniec, gdy tylko słyszę zdrobnienie swojego imienia. Nie często jestem tak nazywana, więc czuję się tym nieco zaskoczona. To jednak… miłe.
 
~*~

   Nie mija godzina, a ja już wiem, że powinnam wyjść z klubu o wiele wcześniej. Za bardzo przeceniłam swoje możliwości. Myślałam, że dzisiaj sobie poradzę? Przecież jestem ledwo żywa, nie dam rady tak pracować. Ale, niestety, muszę. Nie wezmę dnia wolnego z powodu bólu głowy po wczorajszej nocy. Wykazałabym brak profesjonalizmu, zawiodłabym Christiana. Nie mogę sobie na to pozwolić. Mrużę oczy, tak bardzo chcąc znaleźć się w łóżku i wreszcie oddać w objęcia Morfeusza.
  Widzę Brewera, podchodzi do mnie. Nie jest zadowolony… no pięknie, pewnie przeze mnie. Porada na przyszłość. Nigdy więcej wyjść w tygodniu. NIGDY.
  - Ana, pomyliłaś terminy spotkań – mówi, lecz, w jego głosie nie słyszę ani wyrzutu, ani tym bardziej gniewu. Po prostu obojętność. Sama nie wiem, co jest gorsze.
  - Chris, strasznie cię przepraszam – odpowiadam zmieszana. – To się więcej nie powtórzy…
  - Wiem, że nie – rzuca. – Każdy ma złe dni, ale ty… jesteś blada i ciągle chyba jeszcze śpisz. Ciężka noc?
  Chciałabym się uśmiechnąć, ale nie potrafię tego uczynić. Nieśmiało jedynie przytakuję i wręcz czuję, jak moje policzki stają się czerwone. To niemożliwe, by mężczyzna potrafił mnie onieśmielić zaledwie jednym spojrzeniem.
  - Można tak powiedzieć…
  - Przydałby ci się kubek mocnej kawy – zauważa, na co obdarzam go zawstydzonym uśmiechem. – Co powiesz na tą kawiarnię niedaleko?
  Potrzebuję chwili, by całkowicie przyswoić sobie jego słowa. Chce iść ze mną na kawę. Ze mną… i to teraz. Ja i on.
  No i co? To tylko litość, słyszę cichy głos w swojej głowie. Wiem, że ma racje. Christian po prostu ma dość mojego dzisiejszego „zaćmienia umysłu” i postanawia spróbować coś z tym zrobić. Miło z jego strony… prawda?
  - Nie powinnam – trajkoczę zawstydzona, ale też zażenowana. Niewątpliwie wiele tracę w jego oczach, a sama świadomość o tym przyprawia mnie o dreszcze. Jestem w końcu sekretarką czy małym dzieckiem, którym trzeba się zajmować i pilnować, by nie nabroiło? Wychodzi teraz, że opcja druga nieco bardziej tu pasuje. Choćbym nie wiem, jak się starała, nigdy nic mi nie wyjdzie. To naprawdę demotywuje.
  - Powinnaś, powinnaś – stwierdza, od jego uśmiechu miękną mi kolana. - Przerwa od pracy nikomu nie zaszkodziła.
Może on będzie miał przerwę, ja doskonale wiem, co będę robić. Cały czas stresować się, by nie palnąć jakiejś głupoty lub zrobić czegoś idiotycznego. Znając samą siebie, wiem, że jestem w stanie nawet oblać go tą przeklętą kawą…
  - No… no dobrze – mówię, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Mimo wszystko jestem mu wdzięczna, każdy inny na jego miejscu od razu sprowadziłby mnie do parteru. Ale nie on… Christian nigdy jeszcze na mnie nie krzyczał. Nie zapowiada się, żeby ta sytuacja się zmieniła, on nie podnosi głosu. Nie musi, ludzie – jeśli tego chce – i tak się go boją.
  - Wezmę tylko telefon i możemy iść – zawiadamia, znikając na moment w swoim biurze. Mam kilka sekund, by dojść do siebie.
  Każda normalna sekretarka od tak w środku dnia wychodzi napić się kawy ze swoim szefem, prawda? To całkowicie naturalna kolej rzeczy. Próbuję zachować dobrą minę do złej gry i witam mężczyznę uśmiechem, gdy ponownie pojawia się obok. Udajemy się do windy, nie musimy długo czekać, by ta się otworzyła. Wraz z nami na dół jadą dwie kobiety. Jedna z nich cały czas robi maślane oczka do Brewera, on zdaje się tego nie zauważać. Widziałam ją kilka razy – to prawdopodobnie asystentka kogoś wysoko postawionego w dziale PR. Ze względu na nie szatyn stoi blisko mnie, jego ramię dotyka mojego.
  Gdy nasze towarzyszki znikają za zamkniętymi drzwiami windy, nieco się odsuwa, lecz tylko parę centymetrów.
  Od bliskości jego ciała mrowi mnie skóra. Mam wrażenie, że niewidzialna siła rozsadza niewielką przestrzeń klatki. Emanuje niemal namacalną energią, od której miękną mi nogi. Mój oddech staje się tak nierówny jak uderzenia serca. Czuję to niewytłumaczalne przyciąganie, jakby promieniował niemym żądaniem. Instynktownie na nie odpowiadam.
  Jego wzrok prześlizguje się po moim profilu, ale całą siłą woli staram się nie odrywać oczu od drzwi winy. W brzuchu roi się całe stado motyli, dłużej tego nie wytrzymam.
  - Wszystko w porządku? – jego dźwięczny głos opływa mnie swoim uwodzicielskim rytmem. Robi to z premedytacją, jestem stuprocentowo pewna.
  - Naturalnie – odpowiadam cicho, modląc się, by nie zabrzmiało to jak pisk. Proszę, niech ktoś tu wejdzie…
  Błagania zostają wysłuchane. Winda zatrzymuje się na dwunastym piętrze i zabiera trójkę żywo konwersujących ze sobą mężczyzn w czarnych garniturach. Nie specjalnie im jednak one pasują. Wymyka mi się myśl, że Chris wygląda o niebo lepiej.
 Witają się z Brewer’em, widać, że czują przed nim respekt. Ale to chyba oczywiste… to szef ich szefa. Przesuwam się w tył, aby zrobić im miejsce, jednocześnie uciekając od pana prezesa. On podąża za mną, cholera. Nagle znajduje się bliżej niż wcześniej. Osiągam skutek odwrotny do zamierzonego. Co ja mam zrobić?
  Gdy poprawia idealnie zawiązany krawat, jego ramię ociera się o mnie. Wciągam głęboko powietrze i udręczona staram się ignorować swoje towarzystwo. Mogę się nie wysilać, przecież stoi tuż obok. Cały perfekcyjny, zachwycający i pachnący najlepszymi męskimi perfumami. Moje myśli galopują niekontrolowanie, ku memu przerażeniu, w coraz bardziej nieprzyzwoitą stronę. Martwi mnie tylko jedno… cholernie mi się to podoba.
  Staram się zachować maskę obojętności, choć niezbyt dobrze mi się to udaje. On z kolei cały czas uśmiecha się w tej swój szelmowski sposób i co chwila zerka na mnie, jakby wyczekując mojej reakcji. Raz ulegam. Spoglądam na niego z ukosa, przez również na moją twarz wstępuje delikatny uśmiech.
  Mamy towarzystwo aż do parteru. Sama nie wiem, czy cieszę się z tego, czy też nie. Wychodzimy z budynku, do naszych uszu dobiega dźwięk telefonu Brewera. Kierujemy się w stronę kawiarni, podczas gdy on przez niecałą minutę rozmawia z jakimś mężczyzną, niejakim Stevenem. Gdy chowa urządzenie do kieszeni, spogląda na mnie. Wyraźnie nie jest z czegoś zadowolony.
  - Jutro znowu będziemy mieli wizytę Carlson’a – obwieszcza, na co cały mój dobry nastój momentalnie znika. Po zdarzeniach z wczoraj nie mam najmniejszej ochoty oglądać tego człowieka już nigdy więcej.
  - Wspaniale – mruczę bez przekonania, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu.
  - Może wreszcie dowiem się, co zaszło między wami? Dlaczego tak bardzo go nie lubisz? – pyta. Nie zamierza odpuścić, ale to niepotrzebne… przecież nigdy się nie dowie. Jak niby miałabym mu to powiedzieć? Podejść i tak po prostu wyjawić sekret, jaki skrywam przed światem od ponad siedmiu lat? Nie, nigdy się na to nie zdobędę… całą prawdę znają cztery osoby, to w zupełności wystarczy. Choć, według mnie, jest ich i tak za dużo.
  - Wątpię, by to kiedykolwiek miało nastąpić – odpowiadam zgodnie z prawdą.
  - Aż tak źle?
  - Jeszcze gorzej – wzdycham przeciągle. Nic więcej o Brody’m mu nie powiem. Christian z pewnością wie o mnie kilka istotnych rzeczy, lecz tej nie pozna. Nie mogę mu na to pozwolić.
  - Jesteś bardzo tajemniczą kobietą, Anastasio – stwierdza, mierząc mnie spojrzeniem. Oblewam się rumieńcem. Nawet nie wiem, który raz w ciągu tego dnia. Ten mężczyzna mnie dekoncentruje.
  - To samo można powiedzieć o tobie.
  - Że jestem kobietą? Dziękuję ci bardzo – oboje wybuchamy śmiechem. Prawie zapominam o Carlson’ie, Chris potrafi obrócić wszystko w żart. Mam ochotę mu za to ogromnie podziękować.
  - Ależ nie ma za co – staram się opanować, gdyż dochodzimy do kawiarni.
  Brewer otwiera drzwi i przepuszcza mnie pierwszą. Nie mamy problemu ze znalezieniem wolnego stolika, wybieramy ten przy oknie. Moje poprzednie obawy całkowicie mijają. Dzięki niemu chociaż na moment mogę oderwać się od rzeczywistości.
   Ale wiem jedno. Tak nie powinno być.
Od autorki: Rozdział jest krótki, ale zawarłam w nim wszystko, co chciałam. Długość może nie jest zadowalająca, ale niesamowicie się z nim męczyłam i po prostu musiałam jak najszybciej skończyć. Mam nadzieję, że nie jest jednak taki zły.
Przepraszam, że musieliście czekać aż trzy tygodnie - czyli ponad dwa razy tyle, ile zakładałam. Nie mam pojęcia, kiedy pojawi się następny, ale na pewno nie za kolejne trzy :)
Ktoś coś robił w Andrzejki? Ja byłam bardzo 'piękną' wróżką... dowiedziałam się ile lat ma mój były wychowawca <3 A taki biedny się chciał z powiedzenia roku urodzenia wymigać...
I czy tylko ja mam egzaminy próbne dwa razy? Co tam, przecież nie warto poprzestawać na jednym razie... trzeci, czwarty, piąty i dziewiąty, dziesiąty, jedenasty grudnia to idealne daty <3
Ale potem święta! Wreszcie sobie odpocznę i nie będę musiała się niczym przejmować. Przynajmniej na jakiś czas... Kto był tak inteligentny, żeby poprawić ocenę +4? TYLKO JA. Zdecydowanie potrzebuję długiej przerwy... a ferie dopiero od lutego ;c

Do następnego rozdziału ♥
Lexi

sobota, 22 listopada 2014

Przepraszam

 Nig­dy szczęście nie jest tak piękne, jak wte­dy, gdy zbliżamy się doń małymi krokami.

Nie mam pojęcia, naprawdę, ile razy będę musiała to jeszcze powtarzać. Zawaliłam, przepraszam. Powtórzy się? Kłamałabym, mówiąc, że nigdy więcej. Ale dziękuję Wam, że dalej ktoś tego bloga odwiedza. Nie macie pojęcia, jak bardzo Was uwielbiam.
Rozdział dodam dzisiaj, jak nie to jutro, teraz już na pewno. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale dzieje się u mnie teraz dużo... bardzo dużo. Nie wspominając o szkole i nauce, której mam serdecznie dość. Niby codziennie wstaję o szóstej, a wracam do domu po trzeciej i do nocy siedzę nad książkami, dalej nie jest tak, jakbym tego chciała. Wygląda na to, że scenariusz się powtarza - w drugim semestrze poprawiam się o cnm jedną ocenę z niemal każdego przedmiotu. Ale to już chyba moja mała tradycja.
Teraz coś przyjemniejszego. Kto był na "Kosogłosie"? <3 Ja niedawno wróciłam do domu. Z przyjaciółką jarałyśmy się od rana... Teraz kończę rozdział i oglądam pozostałe części filmu. Nie mam, niestety, czasu, by znowu sięgnąć po książki. Od czego są ferie..:)
Nie przedłużając, mam dla Was małą zapowiedź szóstego rozdziału. Oby się podobała.


Jego wzrok prześlizguje się po moim profilu, ale całą siłą woli staram się nie odrywać oczu od drzwi winy. W brzuchu roi się całe stado motyli, dłużej tego nie wytrzymam.
  - Na pewno wszystko w porządku? – jego dźwięczny głos opływa mnie swoim uwodzicielskim rytmem. Robi to z premedytacją, jestem stuprocentowo pewna.
  - Naturalnie – odpowiadam cicho, modląc się, by nie zabrzmiało to jak pisk. Proszę, niech ktoś tu wejdzie…
  Błagania zostają wysłuchane. Winda zatrzymuje się na dwunastym piętrze i zabiera trójkę żywo konwersujących ze sobą mężczyzn w czarnych garniturach. Nie specjalnie im jednak one pasuję. Wymyka mi się myśl, że Chris wygląda o niebo lepiej.
 Witają się z Brewer’em, widać, że czują przed nim respekt. Ale to chyba oczywiste… to szef ich szefa. Przesuwam się w tył, aby zrobić im miejsce, jednocześnie uciekając od pana prezesa. On podąża za mną, cholera. Nagle znajduje się bliżej niż wcześniej. Osiągam skutek odwrotny do zamierzonego. Co ja mam zrobić?

Lexi