poniedziałek, 27 października 2014

Five / This is how we do the party


'Ser­ce oba­wia się cier­pień [...] Po­wiedz mu, że strach przed cier­pieniem jest straszniej­szy niż sa­mo cierpienie'

  Nigdy nie pomyślałabym nawet, że będę się czegoś tak obawiać. Pamiętam doskonale, że przed pierwszym dniem na uczelni nie odczuwałam takiego stresu. Przecież nie mam powodu, by tak się zachowywać, to tylko Brody. Ten sam gburowaty Brody, który wchodzi w moje życie ciężkimi butami i niszczy wszytko, co spotyka na swej drodze. Ten sam Brody, który prawdopodobnie za parę minut przekroczy próg tego mieszkania i znowu zszarga moje nerwy. Ach, Brody...
  Niedawno pomysł Ariany w ogóle nie przypadł mi go gustu, nie miałam nastroju na zabawę, głośną muzykę i niewinne flirty z przeciwną płcią przy barze. Teraz jednak jestem jej dłużniczką, skróci moje męki do minimum, a potem pozwoli odreagować. Poprosiłam ją, by pojawiła się godzinę wcześniej tylko z jednego powodu. Carlson myśli, że skoro przyjdzie o dwudziestej (podobno dopiero wtedy pozwala mu na to jego jakże napięty grafik), pozwolę mu zostać i rozstaniemy się dopiero rano. Przeliczy się. Nigdy nie dostanie, czego chce.
  Kręcę głową z dezaprobatą co do własnej postawy, podczas mojej setnej wizyty w kuchni bez konkretnego powodu. Własny dom staje się dla mnie za mały, duszę się ze świadomością, że stanę twarzą w twarz z mężczyzną, którego miałam na dzieję nie zobaczyć nigdy więcej. Siadam w salonie, ściągając nad wyraz niewygodne szpilki. Jestem gotowa na wyjście do klubu, przynajmniej pod względem ubioru. Krótka sukieneczka bez ramiączek z czarnym gorsetem i pudrowo różowym dołem idealnie komponuje się z czarnymi obcasami i niedbale zawiązanym kokiem, który wygląda na zrobionego niemal idealnie. Pojedyncze kosmyki spływają po obu stronach mojej twarzy, tworząc coś na kształt aureoli. Nie przesadzam z makijażem, nigdy nie był i nie jest mi potrzebny. Ograniczam się do kredki, mascary oraz eyelinera, który subtelnie podkreśla mój wygląd, nadając oczom nieco drapieżności.
  Jestem teraz marną imitacją kogoś innego. Nerwowo chodzę z kąta w kąt i nie mogę znaleźć dla siebie miejsca. Chcę, żeby ten dzień się już skończył. Chcę wejść do swojego budynku pracy, przywitać się z Clarie i zobaczyć Christiana, który ciepło się do mnie uśmiecha. Ach, dlaczego ciągle o nim myślę? To niedorzeczne, nie mam takiego prawa. Ale nic nie poradzę na to, że gdy obdarowuje mnie choć jednym spojrzeniem, rozpływam się i do w sensie dosłownym. Rebecca dotrzymała słowa i już więcej go nie odwiedza. Zawsze czeka na zewnątrz i idą razem na lunch, a mojej osoby nie chce widzieć. Cóż, mi to odpowiada. Nie wiem, czemu mnie nie lubi. Tylko dlatego, że otrzymałam posadę, na którą ta planowała swoją przyjaciółkę? Chris jest właścicielem tej korporacji, nie ona.
  W pewnej chwili do moich uszu dochodzi dzwonek telefonu. Ariana? Zerkam na wyświetlacz, odczytuję nieznajomy numer. Po krótkim zastanowieniu odbieram.
  - Halo?
  - Jestem na dole. Które piętro? – zamieram. Skąd on ma mój numer? Jak widać, dla Carlsona nie istnieją rzeczy niemożliwe.
  Instruuję go i nie pozostaje mi nic innego, niż czekanie, aż w końcu się tu pojawi.

~*~

 Brody bezprawnie wchodzi do mojego mieszkania. Patrzę na niego, choć nie potrafię określić towarzyszących temu uczuć. Odraza? Tak. Nienawiść? Jak najbardziej. Tęsknota? Nie wiem… ale za żadne skarby nie chcę wiedzieć.
  Przybieram swoją codzienną maskę, poprawiam fryzurę i z uśmiechem pytam, czy ma ochotę się czegoś napić.
  - Herbaty? Kawy?
  Osobiście poleciłabym żrący kwas siarkowy, dodaję w myślach i powstrzymuję chichot. Mężczyzna odmawia, posyłając mi jedno ze swoich spojrzeń. Nic się nie zmienił… może z wyjątkiem wyglądu zewnętrznego. Jego rysy twarzy są bardziej wyraziste, kości policzkowe uwydatnione. Nie powiedziałabym jednak, że jest przystojny, skłamałabym. Po prostu przeciętny, zdecydowanie nie mój typ.
  Całe szczęście.
  Wodzi wzrokiem po całym salonie, jakby go oceniał. Jakby oceniał mnie. Tak, poradziłam sobie i to bez pomocy, która kiedyś wydawała mi się być niezbędna. Teraz wiem, że to wyszło mi na dobre. Nam obojgu.
- Mamy chyba sporo rzeczy do wyjaśnienia, prawda? – zaczyna pewnym głosem, chcę zetrzeć ten parszywy uśmieszek.
- Nie, tylko jedną – prostuję spokojnie, choć w środku uaktywnia się najprawdziwsza bomba. Jeden niewłaściwy ruch i po mnie. – Za chwilę przychodzi tu moja przyjaciółka, mamy zamiar wyjść, więc… - przyciskam środkowy przycisk telefonu, by sprawdzić godzinę na wyświetlaczu. – Masz jakieś kilka minut. Naprawdę myślałeś, że pozwolę ci zostać dłużej?
- Prawdę mówiąc, tak. Tak właśnie myślałem – odpowiada, jego prawdziwe oblicze próbuje wydostać się na światło dzienne. On nie jest taki, jaki próbuje być, jaki pokazuje się całemu światu. Brody Carlson jest słaby. Słabszy nawet ode mnie, teraz jestem w stanie to zauważyć.
I ten fakt sprawia, że zaczynam wierzyć w siebie.
  - Czyżbym cię zawiodła? Jakże mi przykro… – wypluwam, siląc się na sztuczny uśmieszek.
  - Mieszkasz sama? - wypala nagle. Ostatkiem silnej woli powstrzymuję świerzbiącą pięść przez dotknięciem jego zadartego nosa. Wykonuję krok bliżej niego, krzyżując ręce na piersi. Nerwowo przygryzam wnętrze policzka i niemal czuję w ustach metaliczny posmak własnej krwi. Nieprzyjemne uczucie.
  - Tak -  odpowiadam krótko. – Nie zauważyłeś, nikogo innego tu nie ma?
  Ty szowinistyczny dupku, jak myślisz, dlaczego?
  - Cieszę się, wyszło ci to na dobre - sili się na czuły uśmiech. Nie udawaj, że zależy ci na moim dobrym samopoczuciu, bo nigdy ci nie uwierzę.
  - Zamknij się, wcale cię to nie obchodzi. Zostawiłeś mnie samą, zapomniałeś? - syczę z całym jadem,  jaki tylko potrafię z siebie wydobyć. Nie powinno go tu być, musi odejść i już nie wracać.
  - Musiałem - warczy, spoglądając na swój drogi zegarek. Och, zabieram mu jego jakże cenny czas. Powinnam czuć się zaszczycona, że tak olśniewająca osoba zaszczyca mnie swą obecnością? Bo jeśli tak, chyba coś idzie nie tak. - Doskonale wiesz, że musiałem! Masz do mnie pretensje, Anastasio? TY do MNIE? - prycha. W nanosekundzie znajdujemy się w odległości kilku cali. Czuję odpychający oddech, który przyprawia mnie o dreszcze.
  Nawet dwa duże opakowania mentosów ci nie pomogły, Carlson, mogłeś postarać się bardziej. A tak, zapomniałam, że nie jestem warta twojego wysiłku.
   - Ma być na odwrót? - szydzę. - Zniszczyłeś mi życie! - krzyczę prosto w jego pełne usta. Gdy kładzie mi dłonie na ramionach, natychmiast je strącam i oddalam się na bezpieczną odległość. Dwa metry, mam nadzieję, jak na razie wystarczą.
  - Kochanie... - wybucha szyderczym śmiechem. Mój ból jest tak zabawny? Nic nowego. - Oboje wiemy, że marzysz, bym w tej chwili cię zerżnął.
  Już się nie powstrzymuję, a moja dłoń z głośnym dźwiękiem wychodzi na spotkanie jego wstrętnej twarzy. Co za obskurny, prostacki zboczeniec! Otwarcie drwi ze mnie i nie ukrywa, że czerpie z tego przeogromną satysfakcję.
  Na policzku mężczyzny potrafię dostrzec niemal idealne odbicie mojej ręki, która teraz piecze niemiłosiernie z powodu uderzenia. Ignoruję jednak ten dyskomfort, świadomość małego zwycięstwa zdecydowanie bardziej mnie teraz zajmuje. Ciemnooki cofa się o pół kroku, rozmasowując obolałe miejsce. Wlepia swoje nienawistne spojrzenie prosto w podłogę. Przechodzi jednak przez moje stopy, łydki, brzuch, piersi, szyję, a na końcu skupia się na beznamiętnych oczach, w których powoli zaczynają zbierać się gorzkie łzy. Nie okażę jednak swojej słabości przy nim, nie dam kolejnego powodu do drwin. Nie tym razem.
  - Nie gap się tak na mnie - mówię, cicho śmiejąc się z jego postawy. Wygląda jak zbity szczeniak. No tak, chyba nie często kobieta tak nadszarpuje to nieskazitelne ego. Prycham z frustracją, gdy otwiera usta w celu powiedzenia, zapewne, kolejnej obelgi.
  - Crawford ma pazurki - posyła mi jedno z ironicznych spojrzeń. Myśli, że uda mu się mnie złamać, chociaż jest w błędzie. Stałam się silniejsza niż wtedy, potrafię przetrwać naprawdę wiele. W gruncie rzeczy to dzięki niemu, przynajmniej w małej części. Powinnam czuć wdzięczność? Może i tak, lecz w tej chwili odczuwam jedynie czystą nienawiść.
  - I może cię nimi uszkodzić, więc uważaj. Wyjdź z mojego domu, nie chcę cię w nim.
  Ciało odmawia mi posłuszeństwa, nogi stają się miękkie jak galareta i z trudem na nich stoję. Jeśli nie zniknie mi z oczu w ciągu minuty, złamię się i okażę słabość. A nie mogę tego zrobić, przegram po raz kolejny. Brody Carlson więcej nade mną nie zatriumfuje, nie ma takiego prawa.
  - Ostre słowa jak na małą blondyneczkę – śmieje się złośliwie.
  - Nie jestem znowu aż taka mała, kochanie – silę się na przesłodzony głosik, jest mi niedobrze. Sam jego widok wywołuje u mnie odruch wymiotny. Naprawdę zastanawiałam się, czy za nim tęskniłam? Teraz znam odpowiedź. Z całą pewnością nie, za tym śmieciem nie da się tęsknić.

  Słyszę donośny pisk. Krótką chwilę zajmuje mi przyswojenie faktu, że nie wydałam go ani ja, ani on. Więc kto? Ariana. Nie mam pojęcia, jakim sposobem, ale kobieta weszła do mojego mieszkania, a teraz stoi na środku salonu i bezceremonialnie wskazuje palcem na Carlsona. Jej wzrok potrafi zabijać, słowo daję.
  - Co ty tu, do cholery robisz?! – szczerze mówiąc, jestem zdziwiona. Poznaje. Widziała go niedawno na ulicy, fakt, ale samo to, że wie, jak wyglądał, mnie zaszokowała. Poprzednim raz mogła dostrzec go tylko na fotografii… a mieliśmy wtedy po szesnaście lat! Tak, Brody jednak w ogóle się nie zmienił.
  - Znamy się? – odpowiada zdziwiony, spoglądając to w jej stronę, to w moją.
  - Dzięki Bogu nie, ale chcę, żeby ta sytuacja pozostała bez zmian – warczy nieprzyjemnie, pokazując na drzwi. – Wiesz, jak z nich korzystać? Mamy zamiar dzisiaj dobrze się bawić… ciebie nie ma w naszych planach. Jeśli nie chcesz, żebym zadzwoniła na policję i oskarżyła cię o nękanie, lepiej się stąd wynieś. Mój facet to gliniarz.
Za to ją uwielbiam. Za każdym razem się za mną wstawi i to bez względu na wszystko, nawet gdy nie zna sytuacji. Potrafi mnie pocieszyć w trudnych chwilach, rozweselić i choć często nie zamyka jej się buzia, wie, kiedy być cicho. Gdyby nie ona, nie wiem, co bym zrobiła. Wprawdzie mam całe grono znajomych, ale nikogo nie dopuściłam tak blisko jak Ariany, traktuję ją jak siostrę i ona tak samo traktuje mnie. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna.

Mężczyzna ostatni raz mierzy moje ciało odpychającym spojrzeniem, stara się trzymać fason. Bądźmy szczerzy, nie miał go nigdy. Gdy zostajemy same, nie mam siły, by dalej stać na nogach. Czuję się wyczerpana, jakbym przebiegła co najmniej kilkukilometrowy maraton. Opadam na kanapę i spuszczam wzrok w dół. Dlaczego czuję wstyd? Tym razem to nie ja przecież zawiniłam. Nie trzeba dużo, by Parks znalazła się obok i mocno przytuliła. Tego właśnie potrzebuję, kogoś bliskiego.
- Kochana, nie ma go już… spokojnie.
Dopiero teraz daję upust emocjom, które kłębią się we mnie od dawna. Nie próbuję powstrzymywać swoich łez, bo dłużej by mi się to nie udało. Nie muszę tego robić, przy brunetce nie udaję kogoś, kim nie jestem. Za to też, między innymi, pragnę jej podziękować.
- On znowu chce zniszczyć mi życie – skomlę, zdając sobie sprawę, jak żałośnie brzmią te słowa. Jestem wiecznie użalającą się nad samą sobą ofiarą losu, potrafię tylko płakać i rozpaczać nad tym, jaka to ja jestem pokrzywdzona. Przypadkowa osoba trzecia uznałaby zapewne, że nie potrafię zrobić nic innego. A to nieprawda. Nie jestem taka słaba… potrafię walczyć i to do upadłego.

  Mija kilka minut zanim całkowicie dochodzę do siebie. Mogłabym straszyć dzieciaki na Halloween obecnym wyglądem, więc zmywam makijaż i zastępuję go nowym. Poprawiam też fryzurę, to samo robi Ariana. Ma na sobie krótki, czerwony crop top i czarne spodenki oraz czarne buty na obcasie, lecz nie za wysokim. Nigdy nie przesadza z dodatkami i biżuterią, więc tak jest i tym razem. Kilka bransoletek na prawej ręce, czarne, niewielkie kule w uszach i kołnierzyk idealnie dopełniają całość. Obie jesteśmy gotowe, by odreagować.
  Zdaję sobie sprawę z tego, że o ósmej muszę pojawić się w pracy, ale nie mam zamiaru przesadzić z alkoholem. Poza tym nie mam do tego mocnej głowy, wystarczy kilka mocniejszych drinków, bym odpłynęła, więc nawet nie będę próbować się zapędzać. Christian z całą pewnością będzie zły, jeśli zobaczy mnie spóźnioną, a do tego na kacu. Momentalnie odpędzam od siebie wszelkie czarne scenariusze, które krążą mi po głowie, gdyż właśnie podjeżdża żółta taksówka, która ma zabrać nas na miejsce. Podajemy kierowcy właściwą ulicę i czekamy, aż dowiezie nas na miejsce.
  Na chodniku dochodzą do nas najnowszej piosenki Calvina Harrisa, uwielbiam ją. Przez chwilę stoimy w kolejce, lecz po paru minutach oczekiwania zostajemy wpuszczone. Od razu uderza mnie nastrój lokalu, jest wprost idealny. Panuje wszechogarniająca ciemność, którą przecinają neonowe światła oraz normalne oświetlenie przy barze, gdzie przystojni barmani wydają coraz to nowe drinki. Na parkiecie królują mistrzowie tańca, niektórzy podbijają go sami, ocierając się o siebie i kusząc płeć przeciwną, ale są też ci, którzy zmysłowo obkręcają swe partnerki. Muzyka sama woła do tańca, nieliczni tylko podpierają ściany, lecz i tak urządzają małe przedstawienie. Pewien mężczyzna bezceremonialnie dobiera się do jakiejś niskiej blondynki, ona się nie opiera… mimowolnie uśmiecham się na ten widok. Długo czekałam na wieczór, by całkowicie zapomnieć o otoczeniu i oddać się zabawie. Potrzebuję tego. Podchodzimy z Arianą do baru i zamawiamy pierwszą kolejkę. Potem kolejną, kolejną i kolejną…
  Słyszę piosenkę Zhu, Faded, hipnotyzuje mnie. Jestem otumaniona, co naprawdę bardzo ułatwia mi sprawę. Nie protestuję więc, gdy przypadkowy mężczyzna zaciąga mnie na parkiet. Rozstaję się z przyjaciółką, to ostatni moment, kiedy widzę ją tej nocy.

~*~

 Mija kilka godzin Poruszam się w rytm klubowej muzyki, zatracając się całkowicie w otoczeniu. Staję się jedną z wielu, niezauważalną. Ta sytuacja jak najbardziej mi odpowiada. Co chwila czuję, jak obce ciało ociera się o moje, lecz nie reaguję i tańczę dalej. Tracę Arianę z pola widzenia, dostrzegam tylko fakt, że jest prowadzona przez jakiegoś mężczyznę. Idą tyłem do mnie, po kolorze włosów nie udaje mi się dociec, kim jest, chociaż mogę w ogóle go nie znać. Jedna myśl przez moment wkrada się do mojej głowy. Greg. Ale to przecież nie on. Co by tu robił? Poza tym brunetka nie jest na tyle głupia, by dalej się z nim zadawać. Doskonale przecież wiedziała, że chodziło mu tylko jedno. Wmawiała sobie, że już nigdy więcej, a on obiecywał niestworzone rzeczy, które i tak nie znalazłyby pokrycia. Tacy ludzie nigdy się nie zmieniają.
  Czyjeś ręce dotykają moich bioder, widzę posturę ich właściciela jak przez mgłę. Przyciąga mnie bliżej siebie, zaczynamy poruszać się w jednym, tylko nam znanym rytmie. Zjeżdża w dół, mocno ściskając pośladki, przez co cicho jęczę wprost w jego usta. Wiem tyle, że jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu, w jego oddechu czuć wódkę. Dużo wódki.
  Mój towarzysz jest pijany, tak samo jak i ja, choć alkohol dopiero zaczyna przejmować nade mną kontrolę. W tlę słyszę melodię Zhu, Faded. Jakby była stworzona specjalnie dla nas… Mimo że mamy dla siebie jedynie skrawek parkietu, czuję się jak królowa całego Wszechświata. Co rusz ocieram się o nieznajomego, wykonując ruchy, do których normalnie nie byłabym zdolna. Po prostu odreagowuję dzisiejsze wydarzenia, muszę coś zrobić, by przestać myśleć o Brody'm. Na szczęście jego miejsce zajmuje teraz niezwykły tancerz, który najwyraźniej nie ma ochoty się ze mną rozstawać. Gdy piosenka się kończy, chcę odejść do baru, umieram z pragnienia. On ma w planach dokładnie to samo, co więcej przez cały czas idzie parę centymetrów za mną. Prosi kelnera o dwie tequile i dopiero wtedy pyta o moje imię.
  - Anastasia - chichoczę niczym nastolatka, zawieszając mu ręce na szyi.
  - Nick - przedstawia się, muskając palcami odkryte ramiona. - Zapamiętaj, bo dzisiaj nie jeden raz je wykrzyczysz.
  Co za dupek. Wyrywam się momentalnie i cofam pół kroku w tył. Kątem oka dostrzegam niemal pełną szklankę soku pomarańczowego, którym ktoś przed chwilą popijał wódkę. Reaguję zbyt impulsywnie, fakt, lecz w tej chwili nie mogę się powstrzymać. Z premedytacją opróżniam naczynie, a jego zawartość ląduje na koszuli i twarzy Nick'a. Przepraszam właścicielkę napoju, która na szczęście nie robi problemu. Na pierwszy rzut oka widać, że jest młodsza o co najmniej kilka lat, zapewne nastolatka. Uśmiecha się serdecznie i obdarza mężczyznę pogardliwym spojrzeniem. Ku mojemu zdziwieniu, gratuluje mi, co wywołuje u mnie atak śmiechu. Sama jestem z siebie dumna.
  Dość wrażeń jak na jedną noc, poza tym jutro muszę pojawić się w pracy. Kompletnie o tym zapomniałam, a przecież już grubo po północy! Nie chcę mieć problemów, więc postanawiam wrócić do domu. Zostawiam oszołomionego Nick'a przy barze, czuję satysfakcję. Na zewnątrz natychmiast uderza mnie zimny powiew wiatru, który sprawia, że moje policzki stają się rumiane. Jestem niemal pewna, że Ariany nie ma w klubie, odleciała z Gregiem do jej mieszkania lub najbliższego hotelu, doskonale ją z nam. Jeśli chodzi o niego, całkowicie potrafi stracić zdrowy rozsądek i podporządkować się mu.
  Łapię więc taksówkę i podaję kierowcy właściwą ulicę. W samochodzie moje oczy same się zamykają, jestem wyczerpana, a alkohol sprawia, że szumi mi w głowie…

Od autorki: Rozdział krótki, chaotyczny, zagmatwany i na dodatek bez sensu. Nie mam pojęcia, jak Was przepraszać, naprawdę. Sprawdzę błędy dzisiaj w nocy, a jak nie to jutro po południu. Ja serio nie wyrabiam, zrozumcie... chodzę ledwo żywa, bo wstaję o szóstej, a kładę się spać po północy, żeby jakoś to ogarnąć. Wiem, jak to brzmi, ale każdy, kto jest/był w trzeciej gimnazjum doskonale mnie rozumie. Nie jestem z tych, którzy mają wyjebane na wszystko, ja się wkurzam jak dostanę z czegoś czwórkę (przesada, ale co tak mi się zakodowało w głowie).
Kolejny? Chryste... nie mam pojęcia. Ale obiecuję, że pojawi się NA PEWNO przed 11 listopada. Wyjaśni Wam nieco rzeczy, zapewniam.
A na razie się z Wami żegnam! Przy okazji, wszystkie blogi skomentuję do soboty, przynajmniej się postaram.
Lexi ♥

sobota, 11 października 2014

Four / Talk is what we need

 Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane.

 Przeglądam się w lustrze, nie widzę człowieka. Widzę jego absolutny brak, co po mistrzowsku ukrywam pod maską obojętności. Nie pozwalam sobie na ani jedną łzę, nie tutaj. W tym miejscu pozostaję twarda i silna, każdy musi tak uważać. Nie mogą postrzegać mnie za małą dziewczynkę, płaczącą cichutko w kącie, gdy coś nie idzie po jej myśli. Oni nie zrozumieją, nikt nie zrozumie, z nikim się tym nie podzielę. To moja tajemnica, którą zabiorę do grobu. Mam szczęście, że w damskiej toalecie nie ma nikogo prócz mnie. Mogę więc spokojnie zebrać siły i uspokoić negatywne myśli. Buntują się, wcale nie chcą być okiełznane. Najchętniej zrobiłabym to samo - wyszła i wykrzyczała mu, co o nim myślę. Zachowuję jednak kamienną twarz, chowając wszystkie negatywne uczucia, które mną targają. Złość, rozdrażnienie, ogarniającą apatię i czystą nienawiść krążącą w moich żyłach. Nienawiść do człowieka, który z premedytacją zniszczył mi życie.

 - Spokojnie, Ana – szepczę do siebie, opierając ciężar ciała na umywalce. Odgarniam włosy do tyłu i upewniam się, że mascara nie spływa po moich policzkach. Ale jest idealnie.
Nie. Ja nie jestem idealna, nigdy nie byłam i nie będę.
  Spędzam w pomieszczeniu jeszcze kilka sekund, potem wychodzę, starając się nie zważać na fakt, że moje nogi stają się najprawdziwszą watą i odmawiają prawidłowego funkcjonowania. Z trudem dochodzę do drzwi biura Christiana. Biję się z myślami, naprawdę chcę tam wejść, ale jestem niemal sparaliżowana strachem. Wiem, muszę pokazać mu, że jestem silniejsza niż te nieszczęsne kilka lat temu, lecz wystarczy krótkie spojrzenie, a wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą i ranią mnie coraz bardziej.
  Widzę ich, całą uwagę skupiam na nim. On też bacznie mnie obserwuje, puszczając mi oczko w drodze do windy. Jest pewny siebie, myśli, że zapomniałam. Ale ja nie zapomnę, nigdy. Jakby tego było mało, bez szczególnego zażenowania mija się ze mną. Staram się go ignorować, ale nie mogę. Ten idiota łapie mnie za tyłek i nareszcie znika z pola widzenia. Widzę po minie Brewera, że rozszarpałby go na strzępy, a po tej sytuacji powstrzymuje się od tego ostatkiem silnej woli. Ja momentalnie odskakuję, jestem bliska łez. Robi to z premedytacją, chce mi przypomnieć, co zrobiłam. Tak bardzo go nienawidzę.
  Odprowadzam go beznamiętnym spojrzeniem. Marzę jedynie o tym, by zaszyć się pod kocem z popcornem i obejrzeć jakiś dobry film. Chcę stąd wyjść.
  Carlson, mam nieodpartą ochotę zrzucić cię z dachu drapacza chmur, w którym obecnie się znajdujemy. Wiesz o tym, prawda? Jestem pewna, że tak, bo jeśli nie – uświadomienie cię będzie czystą przyjemnością. Ach, dlaczego akurat mi musisz niszczyć życie?
  Muszę się z tym pogodzić, Brody mieszka w Nowym Yorku, jest na pewno jakimś cenionym biznesmanem, idę o zakład, że będę spotykać go regularnie. Może dzisiaj jedynie wpadam na niego przykrym zrządzeniem losu, lecz idę o zakład, że ta sytuacja będzie się powtarzać.
  - W porządku? – pyta Christian. Nawet nie zauważam, kiedy do mnie podchodzi. Wyrywam się z transu, przyklejając na twarz sztuczny uśmiech i kolejną maskę złudnej pewności siebie. Mam już tego dość.
  - Najlepszym – kłamię nie mrugnąwszy nawet okiem. Powoli się łamię, chcę wykrzyczeć całą prawdę, by reszta dowiedziała się, co tak naprawdę we mnie drzemie.
  Ten potwór wie, gdzie jestem, znowu mi coś zrobi! A ja znowu zostanę sama, nienawidzę go, Christianie! I nie, nic nie jest w porządku!
  - Pozwól jeszcze na chwilę – ruchem ręki zaprasza mnie do swojego biura.
Jeśli mam być szczera, przyznaję, że okropnie się boję. Co ja mu powiem? Wszystko, byleby nie prawdę. Nie poradzę sobie z tym, jestem przecież za słaba.
Przegram.
  - O co chodzi? – pytam nieśmiało, stojąc z nim w twarzą w twarz. Unoszę wzrok, by spotkać jego magnetyzujące spojrzenie. Patrzymy na siebie, ale te oczy nie mają wyrazu. Nie odczytuję z nich nic, a nic. Muszę się oderwać, ale nie mogę, nie chcę. Czy tak powinno być?
  - Powinnaś wiedzieć, Anastasio – mruczy, a ja nieruchomieję. Naprawdę rzadko używa mojego pełnego imienia… na sam tego dźwięk przechodzą mnie dreszcze. Brody Carlson zaczyna z premedytacją niszczyć to, co udało mi się zbudować przez te kilka lat. Pewność siebie i stabilizację, której nic nie potrafi zachwiać. No cóż, jemu przychodzi to zadziwiająco łatwo – że nienawidzę kłamstwa.
  - Christianie… - zaczynam, choć słowa grzęzną mi w gardle. Nerwowo przełykam ślinę i przeczesuję swoje blond włosy. Wolę zaczekać, aż on sam przejmie pałeczkę i odezwie się pierwszy. Spuszczam wzrok, jednocześnie wyczekując jakiejś reakcji. Obojętnie jakiej.
  - Martwię się o ciebie.
Cofam to. Na pewno nie takiej. Zaskoczona unoszę brwi i z nerwów oblizuję spierzchnięte wargi. Nie mam odwagi, by wypowiedzieć chociaż jedno słowo.
  Jestem słaba. Kiedyś przez chwilę naiwnie myślałam, że jest inaczej. Jestem po prostu za słaba na to wszystko.
  - Czemu tak zareagowałaś na obecność Brody’ego? – niemalże od razu otwieram usta, by temu zaprzeczyć, lecz Brewer jest szybszy i wyprzedza moje zamiary. – Nienawidzę kłamstwa, choć o tym dobrze wiesz…
  Zastygam w bezruchu, czuję, jakby zaschło mi w gardle i nie mam siły nic z siebie wykrztusić. Ta sytuacja jest cholernie przytłaczająca.
  - Wiem, ale naprawdę… nie masz o co się martwić – postanawiam uchylić przed nim rąbek tajemnicy, ale to dopiero namiastka całego koszmaru. Wyjawiam mu jedynie to, o czym musi wiedzieć. – Chodziliśmy razem do liceum, to wszystko. Zareagowałam tak, ponieważ wtedy za nim nie przepadałam i jednak wolałabym uniknąć kolejnego spotkania twarzą w twarz z tym człowiekiem.
  - No proszę… - nie jestem pewna, czy wierzy w moją historię, czy jednak nie, ale to nie zaprząta mojej głowy. Liczy się tylko jedno. Co robi w tej firmie ludzkie ucieleśnienie szatana? – Więc nie tylko mi zepsuł całe mnóstwo krwi.
  - Kim on jest? To znaczy… pracuje dla ciebie i Dylana? – zadaję nurtujące mnie pytanie, a oczekując odpowiedzi siedzę jak na szpilkach. Mam nadzieję, że jego obecność jest jednorazowa. Nie wiem, czy dam sobie radę z musem widywania go.
  - Nie, Chryste, nie! – jęczy, czym, chcąc nie chcąc, mnie rozbawia. Mimowolnie uśmiecham się w jego stronę, co odwzajemnia. – Nigdy nie było i nie będzie tu takiego pasożyta. Carlson to pracownik konkurencji… jako, że niedługo odbywa się przetarg w Miami, Scott – domyślam się, że chodzi o jego szefa – ostrzy sobie na niego kły. Chociaż to całkowicie zbyteczne, ponieważ my zamierzamy go wygrać.
  - Będzie tu przychodził? – pytam cicho.
  Proszę, odpowiedz, że nie… proszę.
  - Niestety, tak. Mi też się to nie podoba, ale to taki typ człowieka, który zawsze pcha się głównie tam, gdzie go nie chcą… spodziewaj się go jeszcze dzisiaj.
  Nie wiesz jeszcze, że masz wiecznego pecha, Anastasio?, słyszę niewinny głosik w głowie, a moja podświadomość ma kolejny powód do drwin. No cóż, przyzwyczaiłam się i nie jest to coś niezwykłego.
  - Jeśli to wszystko, pozwolisz, że pójdę. Nie chcę ci przeszkadzać – odpowiadam, wstając z miejsca. Kieruję się do drzwi. Cały czas czuję jego wzrok na sobie, przez co muszę uważnie patrzeć pod nogi, by nie doznać bolesnego spotkania z podłogą.

~*~

  - Ale ty nie rozumiesz. Idziesz tam dzisiaj ze mną. Nie ma, że nie! – słyszę stanowczy głos Ariany i żałuję, że nie zostawiłam telefonu w pracy. Kroczę przez zatłoczone ulice Nowego Yorku z kawą w dłoni, korzystając z przerwy na lunch, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Szczerze mówiąc, dobrze mi to robi. Mogę się oderwać, a widok zabieganych ludzi i zasłyszane urywki ich rozmów całkowicie odciągają mnie od problemów. Staję się niewidzialna dla reszty, nikt nie zwraca na mnie uwagi, zajmuje się sobą. Całkowicie odrywam się od smutnej rzeczywistości, sącząc ulubiony napój, i mijam pozornie takich samych jak ja, lecz w rzeczywistości – całkowicie różnych. Uśmiecham się na widok kobiety z dzieckiem, które uporczywie próbuje namówić mamę na kupno zabawki z wystawy.     Powstrzymuję łzy z wielkim trudem za każdym razem, gdy widuję podobną scenę. Na jej miejscu mogłam stać ja… ale już nie mogę.
  - Anastasio Rosalie Crawford, wiedz, że cholernie działasz mi na nerwy – burczy z powodu kilku sekund ciszy z mojej strony. Co mam powiedzieć? To zła chwila na jakiekolwiek zabawy, a tym bardziej na otwarcie nowego klubu.
  - Ariano Savannah Parks – mruczę niezadowolona jej uporem. – Wiedz, że jeśli ktoś komuś działa na nerwy to ty mi. Nie mam ochoty na wyjścia!
  - Matko, kochana, dobrze się czujesz? – drwi. Ona nie wie wszystkiego, nikt nie wie. Zna tylko część prawdy. Tyle, ile pozwalam.
  - Miałaś rację co do Brody’ego… jest w mieście, był dzisiaj u Christian’a – wyjaśniam szybko powód mojego złego humoru. Kobieta po drugiej stronie w mig pojmuje powagę sytuacji. Z początku słyszę serię przekleństw pod adres Carlson’a, potem wyrazy współczucia, a na sam koniec, że wpadnie po mnie o dwudziestej pierwszej. Rozłącza połączenie, nie dając mi dojść do słowa. No tak, negocjacje z Arianą. Ja naprawdę myślałam, że dam radę ją przekonać? Ją? Najbardziej nieustępliwego człowieka na Ziemi? Nie ma na to nawet najmniejszych szans.
Wzdycham zrezygnowana, kierując swoje kroki z powrotem do miejsca pracy. Zostało mi co prawda jeszcze piętnaście minut, ale w jednej chwili tracę ochotę na wszelkie spacery. Brody rozmawia z kimś zaciekle przez telefon, żywo przy okazji gestykulując. Nie zauważa mnie, przez co mogę bez problemu uciec.
  Tym razem ja to robię, wtedy on najzwyczajniej w świecie stchórzył, nawet nie próbował stawić czoła problemowi. Przez niego musiałam godzić się na to wszystko. Pomiatanie, ciągłe upokorzenia. Nie zasłużyłam sobie na to, jednak nic nie mogłam zrobić. Byłam samotna, sama jak palec. Myślałam o nim? Tak, niemal codziennie. Lecz nie tęskniłam. Wyklinałam go, z całego serca pragnąc, by napotkał na swojej drodze makabryczne nieszczęście. Choć w połowie okrutne jak moje.
  Wstyd mi za samą siebie, boję się spojrzeć w jego oczy i wygarnąć wszystko prosto w twarz. Planowałam to od dobrych paru lat, a teraz, gdy wreszcie przychodzi co do czego, odwracam się na pięcie i uciekam, gdzie pieprz rośnie.
  Masz tam podejść, Ana. TERAZ!, słyszę w głowie. Przymykam oczy, analizując wszystko po kolei. Jesteśmy na neutralnym gruncie, nic nie może mi zrobić… nie ma tu nikogo znajomego, tym lepiej. Nie będę martwić się, że ktoś się dowie. Unoszę powieki z idiotyczną nadzieją, że mężczyzna rozpłynie się w powietrzu. Mam pecha, wciąż jest w jednym miejscu. Ludzie coraz to zasłaniają mi widok na niego, lecz wiem, że tylko odwlekam to, co nieuniknione.
  Wyrzucam kubek do pobliskiego śmietnika, podchodząc niego tak szybko, na ile pozwalają mi nieszczęsne obcasy. Stoi odwrócony plecami, więc trącam go w ramię, odwraca się natychmiast. Na mój widok zamiera. Uśmiecha się przewrotnie i rozłącza połączenie, tłumacząc brakiem zasięgu. Carlson, jesteś taki oryginalny.
  - Anastasia Crawford – cmoka z uznaniem, biegnąc spojrzeniem od nosków butów po czoło. Mam nadzieję, że coś powie i skończy bezpardonowo pożerać mnie wzrokiem. Zakładam ręce na piersi, wyczekuję jego reakcji.
  - Zamierzasz tu tak stać? Muszę być za chwilę w pracy – warczę. Dużo mnie kosztuje, by jak gdyby nigdy nic stać koło swojego największego koszmaru z kamienną twarzą. W myślach rzucam się na niego i zabijam gołymi rękami. Szkoda tylko, że jestem o wiele za słaba, by takową rzecz uczynić. Pozostaje tylko wierzyć, że jakiś dobroduszny człowiek, najlepiej bokser walczący w klatkach, wyznaczy go sobie jako cel. O tak, wiele bym zapłaciła, by móc obejrzeć takie widowisko.
  - Ależ skąd – obrzuca mnie zaciekawionym spojrzeniem. Zaskoczyłam go? Siebie prawdopodobnie jeszcze bardziej.
  - To dobrze. Posłuchaj, musimy wyjaśnić parę spraw. Masz czas dzisiaj wieczorem?
W co ty się pakujesz, kobieto?!, myślę przerażona własnym postępowaniem. Samowolnie rzucam się na głęboką wodę, a wiem, że nie umiem pływać. Zatonę.
  - Dla ciebie zawsze – mruczy gardłowo i wzdycha. – Ana… tyle lat… nie mogę uwierzyć, że… ach, zmieniłaś się. Jesteś taka piękna.
  Kiedyś pragnęłam poruszyć Niebo i Ziemię, by usłyszeć takie słowa z jego ust. Spijałam je niczym najpyszniejszy nektar, rzecz niezbędną do życia. Teraz wzbudza to tylko i wyłącznie odrazę. Do niego, ale też do samej siebie, że uważa mnie za piękną. Niedobrze mi…
  - Nie czas na wspomnienia, Brody – odpowiadam hardo, silę się, by nie rozpoznał w moim głosie strachu. Tak, boję się go i nic na to nie poradzę. Jestem tylko małą dziewczynką, która za każdym razem znajduje się w złym miejscu i złym czasie. Los sobie ze mnie kpi i nie  chce, bym choć na chwilę zaznała prawdziwego szczęścia. Proszę o tak wiele?
  - Daj spokój! Na to zawsze jest czas… ale masz rację, ja też się śpieszę i to do twojego… szefa? Jak sądzę, jesteś tą nową sekretarką Brewera? – przytakuję. Nawet nie chcę wiedzieć, skąd czerpie te informacje. – Świetnie, wobec tego cię odprowadzę. Chyba masz mi sporo to opowiedzenia – posyła mi znaczące spojrzenie, wiem, o co mu chodzi. Jednak wolałabym nie wiedzieć… to przecież mnie zniszczyło.
  - Tak, chyba tak – z niechęcią przyznaję. – Ale wieczorem, nie mam zamiaru teraz się w to zagłębiać. Nie tutaj.
  Spoliczkowanie cię na ruchliwej rzeczy byłoby rzeczą co najmniej dziwną, więc mam zamiar powstrzymać się kilka godzin.
  W tej chwili myślę, że plany Ariany będą moim ratunkiem. Carlson pójdzie szybciej, niż przyjdzie, a ja później się odstresuję i wreszcie pozbędę się ciężaru tego koszmarnego dnia. Znowu wychodzi na to, że Parks ratuje mi skórę, jestem jej ogromnie wdzięczna.
Przez całą drogę nie odzywam się do niego ani słowem, nie widzę takiej potrzeby. Mężczyzna co chwilę zagaduje mnie i wypytuje o różne rzeczy, lecz zbywam go półsłówkami. Na wyjaśnienia przyjdzie czas… później. Wtapiam się w tłum i czuję, jakby go nie było. Ani jego, ani nikogo innego. Kroczę samotnie, nic mnie nie powstrzymuje, nie zamartwia. Czuję się sama, samiutka na świecie. Chociaż na krótką chwilkę. Wspaniała perspektywa.
  - Ana, do cholery, możesz raz normalnie się odezwać? – burczy nieprzyjemnie, jednak zbywam go szybko, dziękując Bogu, że znajdujemy się już w miejscu mojej pracy. Przyśpieszam kroku, a w pewnej chwili pojawia się dla mnie światełko w tunelu. Christian właśnie wchodzi do budynku, kończąc jakieś połączenie. Niższy od niego o głowę blondyn deklaruje ku niemu kilka słów, a zaraz potem odchodzi. Wzdycham z ulgą, gdyż niemal od razu nas zauważa. Z jego twarzy nie umiem nic odczytać. Niby jestem do tego przyzwyczajona, lecz działa to na mnie irytująco. Brewer to tykająca bomba zegarowa, lecz nie wiem, kiedy dojdzie do wielkiego wybuchu.
  Wiem, że zachowuję się jak wystraszone dziecko, lecz nic nie mogę na to poradzić. Uśmiecham się lekko w stronę swojego szefa, posyłając mu proszące spojrzenie. Doskonale odczytuje o co mi chodzi. Nic dziwnego, z jego wcześniejszych wypowiedzi wnioskuję, że z jakiegoś powodu Brewer i Carlson się nienawidzą.
  - Kogo my tu mamy? – śmieje się drwiąco, rozpoczyna się ich walka na spojrzenia, lecz Brody pierwszy odwraca wzrok. Chce przytrzymać mnie przy sobie, lecz szybko wyrywam się i staję kilka centymetrów za Chrisem. Widzi, że się boję? Na pewno, ślepy by to zauważyć.
  - Rozmawialiśmy sobie i pomyślałem, że ją odprowadzę – spogląda na mnie, przez co mam ochotę zapaść się pod ziemię. To nie była rozmowa, na nią nadejdzie czas dzisiaj wieczorem. Musimy ustalić sobie parę rzeczy, nie chcę przez niego po raz kolejny rezygnować z całego życia i zaczynać wszystko od nowa. Zrobiłam to już raz… i o jeden raz za dużo.
  - Myślisz nieczęsto, a jeśli już to robisz to nic dobrego z tego nie wynika – unosi brwi, a uśmiech mimowolnie ciśnie się na moją twarz. Mimo iż Christian nie ma takiego zamiaru, znacznie poprawia mi humor. Jestem mu za to wdzięczna.
  - Drażniąco działasz nie tylko na mnie, lecz na moją sekretarkę – dodaje, zanim ten drugi otwiera usta. - Postaram się przekazać ci to najłagodniej, jak tylko potrafię - zapewnia, choć nie jestem co do tego przekonana. - Wypierdalaj stąd, bo inaczej wezwę ochronę, albo rozbiję twoją twarzą ten chodnik, czego bardzo nie chciałbym zrobić, bo musiałbym ubrudzić sobie tobą ręce, na co naprawdę szkoda mojego cennego czasu. Powiedz swojemu szefowi, że nie rezygnujemy z przetargu. Mało tego, mamy zamiar go wygrać, więc jeśli biedny Scott zamarzył sobie zabawę w inżyniera, z wielką przyjemnością sprowadzę go na ziemię. Czy to jasne?
  Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego. Ani razu nie mruga, w ogóle się nie denerwuje, czego nie mogę powiedzieć o Carlsonie. Jest aż czerwony ze złości. Klnie pod nosem i zmierza w kierunku, z którego szliśmy, obrzucając nas jeszcze ostatnim morderczym spojrzeniem. Gdy znika z zasięgu wzroku, znowu kieruję spojrzenie na Chrisa, nie mogę wyjść z podziwu. Ten człowiek jest aż przesadnie pewny siebie, niczego się nie boi i dąży do wyznaczonego celu, nie przejmuje się, że w każdej chwili może się sparzyć, chociaż - prawdę mówiąc - jemu nie grozi to w żadnym wypadku. Zawsze dostaje to, czego chce. Tak bardzo zazdroszczę mu tego podejścia do życia i innych ludzi.
  - W porządku? - pyta, wyczuwam lekką nutę troski w jego głosie, lecz odpędzam od siebie tę myśl. – Zbladłaś, Anastasio.
  - Wszystko gra, dziękuję - odpowiadam, siląc się na uśmiech. - Po prostu źle reaguję na jego obecność, musisz to zrozumieć.
  - Nie powiesz mi, co się stało, że zachowujesz się tak wobec niego? - chce się upewnić, lecz odpowiedź po raz kolejny będzie taka sama.
  - Już mówiłam, że nie będę opowiadać ci o swoim życiu prywatnym, Christian – powtarzam, czując się jeszcze bardziej zawstydzona. Byłoby sto razy lepiej, gdybyśmy znajdowali się w jego biurze, a nie na zewnątrz, gdzie każdy może bez żadnego kłopotu podsłuchać naszą rozmowę.  - Uwierz, nie chciałbyś tego słuchać - zapewniam, wstając z miejsca. On robi to samo, przelotnie się uśmiechając, przez co na jego policzkach zauważam słodkie dołeczki.
  Jest idealny... w pewnym stopniu zazdroszczę Rebecce, mimo paskudnego charakteru potrafiła przygruchać sobie takiego faceta, wygrała los na loterii. Potrafi w pełni zadowolić najbardziej wybredną kobietę i to pod każdym z możliwych względów. Mimowolnie rumienię się na samo wyobrażenie jego możliwości.
  Zapomnij, nie masz u niego szans, moja podświadomość szyderczo śmieje mi się w twarz, wytykając palcem. Ma rację, nie mam nawet prawa myśleć o nim w taki sposób, jestem idiotką. Oswoiłam się z tym już bardzo dawno temu.

Od autorki: Przepraszam za opóźnienia, naprawdę mi głupio, że nie potrafiłam tego ogarnąć. Nie sprawdzałam go, ale obiecuję, że zrobię to jutro. Na dodatek rozdział jest krótszy niż zazwyczaj, a końcówka wcale mi się nie podoba, lecz chyba rozdział do najgorszych nie należy. Chociaż może... pisałam gorsze, tyle powiem, a ten jest całkiem, całkiem. Ten tydzień był ciężki, ale opłaciło się :) 
Jak tam pierwszy miesiąc w szkole? :D Ja nie mogę narzekać. Od początku wzięłam się ostro za naukę i widać tego efekty. Oby było jeszcze lepiej! Kto ogląda mecz Polska-Niemcy? Przepraszam, jeśli kogoś z Was urażę, ale ja nigdy nie uwierzę, że pokonamy naszych sąsiadów:) Siatkówka? Owszem, bo tutaj bezapelacyjnie jesteśmy najlepsi, ale no... PIŁKA NOŻNA? O CZYM MY TU ROZMAWIAMY :)))
Kolejny rozdział? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Kiedyś na pewno :D
Lexi ♥

piątek, 3 października 2014

Informacja + zapowiedź

Strzeż się ludzi, którzy są pewni tego, że mają rację

Cytat Sokratesa. Od tygodnia pałam do tego pana czystą nienawiścią :) Ale okej nieważne. Piszę tą notkę, prosząc Was, byście uzbroili się w jeszcze trochę cierpliwości. Rozdział dodam w piątek lub sobotę, za co bardzo, ale to bardzo przepraszam. Nie mam go jeszcze skończonego, a naprawdę nie posiadam zbyt wiele sposobności, by go skończyć. Codziennie przychodzę ze szkoły, jem obiad i od razu się uczę. Mogłabym może napisać w weekend? Otóż nie.. w poniedziałek mam konkurs z polskiego, w środę - z chemii. Cholernie dużo materiału, niewiele czasu. A serio mi na tym zależy, bo jak na razie w szkole bardzo dobrze mi idzie. Jak widać systematyczna nauka od początku - w poprzednich latach w pierwszym semestrze miałam tak jakby wyjebane na wszystko - przynosi efekty.
Okej, żeby Was dłużej nie zanudzać, mam małą niespodziankę. Mini zapowiedź rozdziału czwartego, taki mały przedsmak. Miłego czytania. Wracam z całością za tydzień ♥

***
  - Anastasia Crawford – cmoka z uznaniem, biegnąc spojrzeniem od nosków butów po czoło. Mam nadzieję, że coś powie i skończy bezpardonowo pożerać mnie wzrokiem. Zakładam ręce na piersi, wyczekuję jego reakcji.
  - Zamierzasz tu tak stać? Muszę być za chwilę w pracy – warczę. Dużo mnie kosztuje, by jak gdyby nigdy nic stać koło swojego największego koszmaru z kamienną twarzą. W myślach rzucam się na niego i zabijam gołymi rękami. Szkoda tylko, że jestem o wiele za słaba, by takową rzecz uczynić. Pozostaje tylko wierzyć, że jakiś dobroduszny człowiek, najlepiej bokser walczący w klatkach, wyznaczy go sobie jako cel. O tak, wiele bym zapłaciła, by móc obejrzeć takie widowisko.
  - Ależ skąd – obrzuca mnie zaciekawionym spojrzeniem. Zaskoczyłam go? Siebie prawdopodobnie jeszcze bardziej.
  - To dobrze. Posłuchaj, musimy wyjaśnić parę spraw. Masz czas dzisiaj wieczorem?
W co ty się pakujesz, kobieto?!, myślę przerażona własnym postępowaniem. Samowolnie rzucam się na głęboką wodę, a wiem, że nie umiem pływać. Zatonę.
  - Dla ciebie zawsze – mruczy gardłowo i wzdycha. – Ana… tyle lat… nie mogę uwierzyć, że… ach, zmieniłaś się. Jesteś taka piękna.
  Kiedyś pragnęłam poruszyć Niebo i Ziemię, by usłyszeć takie słowa z jego ust. Spijałam je niczym najpyszniejszy nektar, rzecz niezbędną do życia. Teraz wzbudza to tylko i wyłącznie odrazę. Do niego, ale też do samej siebie, że uważa mnie za piękną. Niedobrze mi…
  - Nie czas na wspomnienia, Brody – odpowiadam hardo, silę się, by nie rozpoznał w moim głosie strachu. Tak, boję się go i nic na to nie poradzę. Jestem tylko małą dziewczynką, która za każdym razem znajduje się w złym miejscu i złym czasie. Los sobie ze mnie kpi i nie  chce, bym choć na chwilę zaznała prawdziwego szczęścia. Proszę o tak wiele?

Lexi ♥