czwartek, 25 września 2014

Three / Nightmare even for the day

'Zagłusza­nie bólu na ja­kiś czas spra­wia, że pow­ra­ca ze zdwo­joną siłą'


  - Nie musiałeś tego dla mnie robić, naprawdę. Źle się z tym czuję – wyznaję, popijając łyk herbaty przygotowanej przez Alison. Siedzę właśnie w salonie Gilbertów, gdzie przychodzę, by z całego serca podziękować za tak wielką szansę. Henry uśmiecha się serdecznie i obejmuje mnie ramieniem.
  - Ana, nie przesadzaj, ja nic takiego nie zrobiłem – tłumaczy się. – Po prostu załatwiłem ci tą rozmowę, ale to, czy Chris cię przyjmie, czy też nie, w żadnym stopniu nie zależało ode mnie… nawet z nim o tobie nie rozmawiałem, kochanie.
  - Obiecujesz? – pytam i obdarzam go przenikliwym spojrzeniem. Mężczyzna wybucha śmiechem, przykłada dwa palce do ust, całuje je i unosi do góry.
  - Na słowo harcerza!
  - Ty nigdy nie byłeś harcerzem, skarbie – słyszę i ledwo powstrzymuję chichot, bawiąc się swoim naszyjnikiem na długim łańcuszku.
  Ciocia Ali stawia na stole świeżo zrobione muffinki polane czekoladą i obsypane kolorową posypką. Może nie powinnam, ale wyglądają zbyt smakowicie, by nie spróbować chociaż jednego.
  Siłownia z Arianą. I to dzisiaj, postanawiam sobie, połykając ostatni kęs niesamowitego przysmaku.
  Kobieta zajmuje miejsce obok męża na białej sofie, z uśmiechem kładąc mu dłoń na ramieniu. Zazdroszczę jej. Ma u swojego boku jednego z najlepszych mężczyzn pod słońcem, mieszka w pięknym domu, a majątek nie uderza jej do głowy – razem z Henry’m wspierają organizacje charytatywne na rzecz chorych i potrzebujących. Chcę być jak ona. Miła, pomocna, bezinteresowna, po prostu nieskazitelna. Popełniłam kiedyś jednak zbyt wiele błędów, by choć w połowie jej dorównać. Zniszczyłam to, co mogłam osiągnąć, praktycznie na starcie. Samym starcie.
  - Nieważne – mówi, udając urażonego. Nie udaje się mu. – Chodzi tu o to, że nasza Annie musi wreszcie zrozumieć, że też coś potrafi i osiągnie cel bez niczyjej pomocy!
  - Dziękuję wam, nie macie pojęcia, ile to dla mnie znaczy – dukam nieśmiało, nie mam nawet odwagi im spojrzeć w oczy. Za dużo dla mnie zrobili, o wiele za dużo.
  Są dla mnie światełkiem w tunelu. Wiem, że za każdym razem mogę zwrócić się do nich o pomoc, a oni nigdy mnie nie zignorują. Traktują mnie jak swoją córkę, a ja ich jak biologicznych rodziców. Czasami żałuję nawet, że nie jestem prawdziwą siostrą Jack’a i Emily – dwójki rodzeństwa, których doczekali się Henry i Alison. Z Em dogaduję się bardzo dobrze, a z jej bratem jeszcze lepiej. Taki starszy brat to marzenie. Nigdy nie zapomnę, gdy przesłuchiwał jej przyszłego chłopaka. Mina Derek'a, gdy Gilbert zaczął swój teleturniej 'Milion pytań do...' była po prostu bezcenna! Biedaczek nie mógł wydusić z siebie ani słowa, a koniec końców wymigał się z randki bólem brzucha. Emily przez to nie odzywała się do brata przez ponad miesiąc.
  - Nie masz za co, Ana – odpowiada Henry, całując mnie w czubek głowy.
  - Przepraszam, muszę się zbierać – mówię. Ubieram marynarkę i żegnam się z wujostwem. Każda wizyta u nich napawa mnie przesadnym optymizmem. Właściwie nie wiem, czemu tak jest. Po prostu bardzo lubię przebywać w ich towarzystwie, w pełni zastępują mi rodziców.

~*~

  Resztę dnia spędzam w mieszkaniu Ariany, oglądając idiotyczne filmy, śmiejąc się ze wszystkiego i plotkując. Jak zawsze od razu po przekroczeniu progu, kobieta zasypuje mnie nowymi wiadomościami na temat wszystkich znanych jej osób. Problem w tym, że nie koduję nawet połowy tych informacji. Kuzyn przyjaciółki siostry najlepszej przyjaciółki brata znajomej z pracy ma zamiar poprosić o rękę swoją dziewczynę, oczywiście moja podświadomość natychmiastowo to wchłonie.
  - Ana, jest problem – brunetka kończy swój długi monolog i wpatruje się we mnie. Widzę w jej oczach… strach? Niepokój? Ale przed czym? Po co?
  - Na czym on polega? – pytam ciekawa, lecz po jej minie wnioskuję, że sprawa naprawdę jest poważna. Choć z drugiej strony Ariana robi czasami afery o odprysk lakieru na paznokciu i zmianę emisji ulubionego serialu, ale chyba za to właśnie ją kocham.
  - Może mi się przywidziało, ale widziałam dzisiaj kogoś bardzo, ale to bardzo podobnego do… - przerywa na moment, by wziąć głęboki oddech. – Brody’ego.
Zamieram. Moje ciało nie jest w stanie się poruszyć. Brody Carlson w Nowym Yorku? Dlaczego? Wie, że tu jestem?
  A to sukinsyn!, słyszę w głowie donośny pisk, wściekły pisk. To idealnie oddaje mój aktualny stan. Po tym wszystkim, co mi zrobił, ma czelność się tu pojawiać? Idiota! Zostawił mnie samą, zdaną tylko na samą siebie. Chciałabym mu wybaczyć i zapomnieć, ale nie mogę. Teraz nienawidzę go z całego serca, brzydzę się nim.
  - Pewnie się pomyliłaś, Ari – na zewnątrz wkładam jednak obojętną maskę, nie daję niczego po sobie poznać. – Widziałaś go na zdjęciu, zrobionym prawie osiem lat temu, to nie był on. A nawet gdyby to nikt nie zabraniał mu mieszkać w Nowym Yorku.
  - Ana, ale on przecież… - zaczyna, lecz uciszam ją podniesieniem dłoni. Nie chcę znowu o tym słyszeć, nawet słowa są zbyt bolesne.
  - Wiem, ale to było dawno… nie chcę znowu rozdrapywać starych ran, nie umiem.
Przeklinam samą siebie, że jestem tak słaba. Staram się z całych sił, lecz i tak po policzkach spływają łzy. Duże, ciężkie łzy smutku. A miałam już przez niego nie płakać.
  - Wychodzimy! – zarządza przyjaciółka, podrywając się z miejsca. Z prędkością światła ubiera ulubione buty rzucone niedbale w kąt pomieszczenia i pociąga moją rękę, bym też podniosła się z miejsca. Tak też robię.
  - Niby gdzie?
  - Na spacer, nie będziesz siedzieć w domu, Crawford! – śmieje się, ja razem z nią.
Jestem też zdziwiona. Ogromnie zdziwiona. W B&M’s pracuję już ponad dwa tygodnie, a ona nie zadała jeszcze ani jednego pytania dotyczącego Christiana. Owszem, o samą pracę, innych ludzi tak, ale nie o niego. Choć to nawet lepiej, nie chcę o nim mówić, nawet nie potrafię. Jest w nim coś takiego, co przyciąga mnie do niego jak magnez. Tajemnica, groza i przerażająca pewność siebie, tylko to czasami w nim widzę. Jednak ma też inną stronę, tą, którą mam dane widzieć znacznie częściej – uśmiechniętego, szarmanckiego i niezwykle ujmującego człowieka. To mieszanka wybuchowa, do której nie mogę zbliżać się zbyt blisko, bo w każdej chwili może eksplodować.
  Rebecca mnie nienawidzi, wiedzą o tym wszyscy… no, może z wyjątkiem Brewera. Sytuacja jest wręcz komiczna. Raz umyślnie prawie zepchnęła mnie ze schodów, gdy akurat nie chciało mi się czekać na windę, a raz, gdy był w pobliżu Pan Idealny, udawała, jak bardzo polubiła jego nową sekretarkę.
  Sparks zamyka drzwi na klucz, a po chwili jesteśmy już na ulicy. Kierujemy się do centrum miasta, żeby znaleźć jakąś dobrą kawiarnię. Najlepiej taką, w której jeszcze nigdy żadna z nas nie była, a to graniczy chyba z cudem.
  Zawsze mogę się odstresować, kiedy spędzam z nią czas. Potrafimy przegadać całą noc o bezsensownych rzeczach, praktycznie o niczym, ale rozumiemy się niemal bez słów. Traktuję ją jak siostrę bliźniaczkę, choć z wyglądu z charakteru jesteśmy całkowicie różne. Ja jestem blondynką, ona - brunetką. Ja jestem na ogół cicha i zamknięta w sobie, ona – rozrywkowa i przebojowa królowa imprez. Uzupełniamy się idealnie. Ja czasami ją uspokajam i uciszam, ona – bardzo, ale to bardzo często namawia mnie do zrobienia czegoś skrajnie głupiego… ale chyba na tym polega nasza przyjaźń.
  - Dlaczego mu tego nie powiedziałaś? – prawie wybucham, gdy idziemy ramię w ramię. – Powinnaś była, to w końcu Greg!
  - No i co? Spójrz na to z mojej strony, to pieprzony dupek, któremu zależało tylko na seksie – odparła naburmuszona, popijając kawę z plastikowego kubka.
  Nie zważając na innych przechodniów, nieco ją wyprzedzam i odwracam się twarzą w jej stronę. Idę teraz tyłem, ale na razie na nikogo nie wpadłam, więc żywię nadzieję, że tak pozostanie.
  Na próżno. Po przejściu może dziesięciu, piętnastu metrów czuję, że w kogoś uderzam. Karcę się w duchu za swoją lekkomyślność i szybko pomagam wstać poszkodowanej. Przynajmniej mam taki zamiar, bo widząc ją, automatycznie moje wyrzuty sumienia znikają.
  - Patrz, jak leziesz, ty suko! – pisk Calvano roznosi się chyba po całej 18th Avenue. Ledwo powstrzymuję śmiech na widok jej prób wstania na równe nogi na ponad piętnastocentymetrowych obcasach, a Ariana obserwuje wszystko z boku. Chcę zadać pytanie, widzę to, lecz na razie siedzi cicho i czeka w spokoju na rozwój wydarzeń.
  - Nie wiem, czy zauważyłaś, ale szłam tyłem, więc to ty mogłaś uważać, ślepa chyba nie jesteś. No halo, uważa się! – odpowiadam, gestykulując rękami. Robię przy okazji nieco dziwną minę
Fakt, to była moja wina, ale akurat teraz mało mnie ten szczegół interesuje.
  - Idiotka – syczy. – Zadomowiłaś się u Chrisa? Nie? To dobrze, bo postaram się, żeby niedługo wylał cię na zbity pysk! Pogniotłaś mi sukienkę od Armaniego. Czy ty wiesz, ile ona kosztowała?! W życiu nie widziałaś takiej sumy.
Próbuje mi dogryźć, ale puszczam jej uwagę mimo uszu. Znam ją lepiej, aniżeli jej się wydaje. Bogata, rozpieszczona dziewczynka, cały czas na utrzymaniu bogatego tatusia, który kupuje jej rezydencje na Karaibach, kolie wysadzane brylantami i Bóg wie, czego jeszcze nie kupił.
  - Co za inteligentne wyzwiska, Rebecca. Podziwiam, że sama je wymyśliłaś, to musiało cię sporo kosztować – mruczę przesłodzonym głosem. Tylko kilka sekund, a dziewczyna wybuchnie, ale nie mam zamiaru na to patrzeć.
  Chwytam brunetkę za nadgarstek i mijam Rebeccę bez słowa. Aż sama się sobie dziwię, że tak nagle przybywa mi potężny zastrzyk pewności siebie. Nie odwracam się w tył, choć dam głowę, że Calvano właśnie obserwuje, jak stopniowo znikam z jej pola widzenia.
Mój mały sukces, teraz to ja choć na moment triumfuję. Wspaniałe uczucie.
  - Kto to był? – jednak Sparks jest nieustępliwa, żadnej sytuacji nie pozostawia bez wyjaśnień.
  - Rebecca Calvano, dziewczyna Christiana… niespecjalnie się lubimy – przyznaję rozbawiona, czym wywołuję zdziwiony grymas na twarzy przyjaciółki.
  - No przecież! Christian Brewer! – wiedziałam, że ten sen nie będzie trwał długo. – Opowiadaj mi o nim, jaki jest? O Boże, ja nic o nim nie wiem! Ana, rapoort! - niemalże śpiewa, poruszając brwiami. Przekrzywia głowę w lewą stronę i krzywi usta. Udaje, że jest urażona.
  - Co ja ci mogę powiedzieć? – odpowiadam retorycznie, nie mam pomysłu na opisanie go. Żadne słowa nie oddadzą tego wystarczająco dobrze. Co ja mówię? Nie oddadzą tego nawet w jednej czwartej! – To Christian Brewer. Bajecznie bogaty, przystojny, ujmujący, szarmancki, zabawny… o czym to ja mówiłam?
  Rumienię się. Jak mogłam dać się przyłapać na czymś tak idiotycznym? Na samo wspomnienie o szatynie zapominam języka w buzi, oczarował mnie i zauroczył. Ale nic więcej, ja nie mogę się w nim zakochać. Nie mogę.
  - Widzę, że wpadł ci w oko, Ana – idealnie podsumowuje moją wypowiedź. Problem w tym, że się myli, to całkowita nie prawda. Po prostu wywarł na mnie wrażenie swoim sposobem bycia, nie wiem, o co ta cała afera. To tylko kolejny facet, dla którego jestem całkowicie niewidzialna.
  - Wcale nie – zaprzeczam, lecz w moim głosie nie słychać ani grama przekonania.

~*~

Droga do firmy zajmuje mi mniej czasu niż zazwyczaj. Dziękuję Bogu za brak korków, przez co nie ryzykuję spóźnienia. Choć prawdopodobnie nic by się nie stało, Christian by zrozumiał.
Christian, Christian, Christian… - to imię krąży w mojej głowie nieustannie od ponad dwóch tygodni.  Oczarował mnie, definitywnie. Na pewno nie przypomina typowego biznesmana, jest inny. To nie zimny gbur z wielkim ego, dla którego liczy się tylko jak najszybsze zarobienie milionów. Mam wrażenie, że naprawdę mnie polubił, oczywiście z wzajemnością. Lubię wchodzić do jego biura, patrzeć na niego, rozmawiać z nim. Po prostu go lubię, jest wspaniałym człowiekiem.

  Widzę go. Wraca właśnie ze spotkania. Ubrany w ciemne spodnie i jasnoniebieską koszulę, a marynarkę trzyma w ręce. W drugiej znajduje się jego telefon, przez który żywo konwersuje. Chyba jest zdenerwowany. Mija mnie, posyłając w moją stronę ciepły uśmiech, odwzajemniam. Zanim znika w gabinecie, słyszę, jedno zdanie, którym obdarza rozmówcę.
  - Rebecca, nie przesadzaj i nie rób afery o byle co! – jest spięty, widzę to.
  Czyli rozmawia z nią, mogłam się domyślić. Ciekawi mnie tylko, dlaczego się kłócą. To znaczy z tego, co usłyszałam, mogłam tak wywnioskować.
  Znielubiłam ją jeszcze bardziej po naszym wczorajszym spotkaniu, ta kobieta mocno działa na moje skołatane nerwy. Mam dość tej blondyny, jej obecność to chyba jedyny minus tej pracy.

~*~

  Po dwóch minutach bezsensownego wpatrywania się w potężne drzwi od jego biura zdaję sobie sprawę, że w moim kierunku zmierza Dylan. Uśmiecham się, co odwzajemnia i wręcza mi teczkę z papierami.
  - Bez podpisu Chrisa projekt nie ruszy. Przekażesz mu je? Ja lecę na spotkanie, na razie – mówi jeszcze i odchodzi, a sekundę później znika z mojego pola widzenia. Przez krótką chwilę zbieram się na odwagę, by wstać z miejsca. Lekko pukam do drzwi i wchodzę do środka.
  Mogłaś poczekać!, gromię się w duchu na widok Christiana dalej pochłoniętego rozmową z Calvano. Chcę wyjść, ale powstrzymuje mnie gestem ręki i wskazuje na obity skórą fotel, na którym zajmuję miejsce. Dopiero teraz mam okazję rozejrzeć się dokładniej po jego gabinecie. Naprzeciwko mnie ponad pół ściany zajmuje wielka szyba, przez którą doskonale widać panoramę Nowego Yorku. To wprost niezapomniany widok.
  Wszystko wydaje się być takie piękne, nieskazitelne. W rzeczywistości jest jednak inaczej, człowiek zalicza porażkę za porażką, błąd za błędem. Tylko nieliczni wygrywają los na loterii. Od niedawna mogę śmiało rzec, że mi się udało.
  W rogu stoi biała, skórzana sofa oraz dwa fotele i szklany stolik, na którym znajduje się włączony laptop. Spoglądam na Brewera, nie mogąc nic odczytać z jego wyrazu twarzy. Jest bardzo tajemniczy, a zarazem intrygujący. Ciekawi mnie, co skrywa się pod tą maską. Kolejna? Czy może prawdziwa twarz, jaką ujawnia jedynie w niektórych momentach?
  Rozłącza połączenie, kładąc telefon na biurko. Uśmiech sam ciśnie się na jego twarz, choć nie mam pojęcia dlaczego. Na policzkach Chrisa zauważam słodkie dołeczki, aż czuję, jak się rumienię. Pokazuję mu akta i chcę opuścić pomieszczenie, lecz mnie zatrzymuje i każe znowu usiąść. Chce czegoś ode mnie... tylko czego? Zwalnia mnie?
  Błagam, wszystko, tylko nie to. Naprawdę lubię tę pracę, współpracowników, otoczenie, szefów... a zwłaszcza jednego z nich. Wiem, to brzmi irracjonalnie, ale Brewer codziennie robi na mnie coraz większe wrażenie.
  - Coś się stało? - pytam zdziwiona, lecz staram się nie okazywać zdenerwowania. Nie chcę, żeby miał nade mną jeszcze większą przewagę. W tej chwili może zrobić ze mną absolutnie wszystko, jestem podatna na każdą sugestię, choć wbrew sobie... lub wbrew małej części siebie, która jako jedyna nie jest nim zafascynowana.
  - Nie, nic. Tylko chcę wiedzieć, czemu Rebecca od dwudziestu minut wyzywa cię od najgorszych suk.
Więc zadzwoniła do niego, żeby się poskarżyć, dedukuję szybko. Nie mogę uwierzyć, że posunęła się do tego, by dostać to, czego pragnie - moje wypowiedzenie.
Spuszczam wzrok pod wpływem jego spojrzenia, onieśmiela mnie.
  - Christian, równie dobrze mogę ci nazmyślać, ale...
  - Nienawidzę kłamstwa, Anastasio - rzuca szorstko i już jestem pewna, że zostanę skreślona z listy pracowników. Stracę pracę przez to, że narzeczona szefa, delikatnie mówiąc, nie darzy mnie szczególną sympatią.
  - Zwolnisz mnie? - mruczę smętnie i wzbiera się we mnie odwaga, by choć na moment na niego spojrzeć.
  Czego się spodziewam? Natychmiastowej decyzji o zmianie sekretarki.
  Tak, Ana, to się mogło przytrafić tylko tobie, ganię się w duchu, czekając na nieuniknione. Jednak ono nie nadchodzi. Zamiast tego słyszę śmiech. Szczery, serdeczny śmiech Christiana. Obdarzam go zaintrygowanym, lecz jednocześnie zdezorientowanym spojrzeniem, nic nie rozumiem.
  - Co cię tak śmieszy?
  - Ty - odpowiada szybko i pewnie, przenikając moje ciało na wylot swoimi czekoladowymi tęczówkami. - Chryste, jesteś taka urocza...
  Czuję, jak oblewam się krwistoczerwonym rumieńcem. Nie mogę na niego dłużej patrzeć, więc znajduję inny punkt oparcia. Nigdy wcześniej nie myślałam, że zwykłe, czarne szpilki mogą być tak interesującym widokiem. Przygryzam nerwowo wargę, nie mając najmniejszego pojęcia, co powinnam zrobić. Wstać, podziękować za komplement i odejść? Nie, to przecież nie ma najmniejszego sensu.
  Ale wiem, że powiedział te słowa z absolutną premedytacją. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że mnie onieśmiela i perfidnie to wykorzystuje, sprawiając, że znowu jestem nieśmiałą, małą dziewczynką, która źle reaguje na miłe słowo jakiegoś obcego. Problem w tym, że Chris nie jest tak całkowicie obcy, lecz nie jest też bliski. Jakim mianem w ten sposób można określić własnego szefa?
  - Dlaczego pomyślałaś, że chcę cię zwolnić po czymś takim? Ana, proszę! Bądź poważna, bardziej irracjonalnego powodu nie mógłbym znaleźć - dalej się śmieje, lecz prawie uspokaja. Pierwsze zdanie tej wypowiedzi pozwala mi głęboko odetchnąć. Tym razem tlenionej blondynie się nie udało, ja jestem górą. Tylko, żebym się do tego nie przyzwyczaiła.
  Jego dobry humor jest wręcz zaraźliwy, ponieważ sama się uśmiecham, choć nie kontroluję tego.
  - Rebecca powiedziała, że póki tu jesteś, jej noga tu nie postanie... nie mów tego nikomu, ale dziękuję ci bardzo.
  Nieomal krztuszę się własną śliną, wątpiąc w to, czy aby na pewno to nie jest tylko moje przywidzenie. Powoli dochodzą jednak do mnie przyswojone informacje. Nie mogę uwierzyć, że Brewer to powiedział. Czego, jak czego, ale takich słów o swojej d z i e w c z y n i e z jego ust nigdy bym się nie spodziewała.
  - Po prostu czasami jej mania kontrolowania każdego mojego kroku staje się wręcz męcząca - wyjaśnia pośpiesznie, widząc moje zakłopotanie. - Ana, jestem zadowolony z twojej pracy, widać, że naprawdę się przykładasz i masz do tego wszystkiego świeże podejście. Cieszę się, że wybrałem właśnie ciebie na to stanowisko.
  - Em... ja... dzię-dziękuję - dukam cicho, lekko się uśmiechając.
  - Poza tym... - kontynuuje, wyczekując mojej reakcji. - Taka piękna kobieta to najprawdziwszy skarb.
  Wpatruję się w niego jak zaczarowana, nie mogąc złożyć ani jednej sensownej odpowiedzi. Może to i zwykłe, nic nie znaczące zdanie rzucone na wiatr, lecz ja odbieram to jako jeden z najmilszych komplementów.
  Mówi to każdej kobiecie w tej firmie, nie jesteś wyjątkiem, cichutki głosik w mojej głowie natychmiast sprowadza mnie na ziemię do szarej rzeczywistości. Przez pierwszą chwilę czuję, jakbym unosiła się trzy metry nad ziemią. Jednak to nie może trwać wiecznie, jestem jedną z setek kobiet, którym niemal nieustannie prawi komplementy. Więc dlaczego mam wrażenie, że to... takie inne, wyjątkowe?
  - Pójdę już, masz dużo pracy, nie chcę... nie chcę przeszkadzać - mówię szybko i wstaję ze skórzanego fotela. Mam zamiar wyjść, lecz zostaję powstrzymana. Momentalnie znajduje się koło mnie i dotyka mojego przedramienia. Zaciskam usta, a moje ciało przechodzą dreszcze, które przysparza mi jego elektryzujący dotyk.
  - Możesz jeszcze coś dla mnie zrobić? - pyta. Odwracam się przodem do niego. Dzieląca nas odległość nie jest specjalnie duża, nie ukrywam, że mi się to podoba, lecz jednocześnie wprawia w zakłopotanie. Sama właściwie nie wiem, czy ta sytuacja stawia mnie w dobrym świetle. Każda normalna kobieta na moim miejscu odeszłaby zaraz po wysłuchaniu prośby, lecz tylko ta, która ani odrobinę nie jest zadłużona w Christianie. Ja z kolei nerwowo przygryzam wargę w oczekiwaniu na zadanie, jakie ma mi dać.
  - Ale bądź pewna, że nie kłamałem - zapewnia sumiennie, jakby zapominając, że po coś jednak mnie tu jeszcze zatrzymuje.. - Jesteś naprawdę piękna, Anastasio.
  Otwieram usta, choć zamykam je po niespełna dwóch sekundach. Już dawno nikt tak mnie nie zawstydził, czemu akurat jemu się to udało?
  On również ma zamiar się odezwać, ale przeszkodą okazuje się niespodziewany gość. Duże drzwi otwierają się gwałtownie, na co wzrok szatyna przenosi się w tamtą stronę. Teatralnie przewraca oczami, a jego idealnie wykrojone usta wykrzywia ledwo widoczny grymas. Nie cieszy go wizyta, to widać nawet na kilometr. Ja jednak nie odwracam się w stronę nieznajomego. Nie chcę, by zobaczył mój płomienny rumieniec, więc żywię nadzieję, że oni zajmą się rozmową, a ja cichutko przeproszę i w mgnieniu oka udam się na zewnątrz.
  Ach, marzenia.
  - Brewer, gdzie Mellark? - warczy drugi mężczyzna. - Mam załatwić z wami sprawę, Scott coś chce.
  - A po co ci Dylan? Aż tak się boisz zostać ze mną w jednym pomieszczeniu, że potrzebujesz ochroniarza? Zapewniam, on by mi tylko pomógł, Carlson! - odpowiada sucho, wyczuwam też nutkę ironii i wyższości. Jego zatrważająca pewność siebie pozwala mu sądzić, że jest lepszy. To idealny przykład człowieka władczego, który ma każdego pod sobą, a wrogów traktuje gorzej niż śmieci.
  Ale... Carlson? Nie, to tylko zbieg okoliczności, powtarzam sobie w duchu. Przecież prawdopodobieństwo jest znikome, jeśli oczywiście nie zerowe. Co z tego, że Ariana mówiła mi, że podobno go widziała? Co z tego, że słyszę jego nazwisko? To nie on, nie może nim być, absurd.
  - Pewnie przeszkodziłem - prycha z dezaprobatą, aż czuję na sobie ten świdrujący wzrok. Na zewnątrz zachowuję spokój i dalej się nie odwracam, lecz w środku cała dygoczę niczym galareta. - No, no... ja tu przychodzę w ważnej sprawie, a ty masz, widzę, lepsze zajęcia. Ta nowa ostra sekretareczka, o której słyszałem od Morgana? - zaciskam zęby, powstrzymując się od powiedzenia paru słów za dużo. Jednocześnie uderza mnie rzeczywistość.
  Szara, smutna rzeczywistość, gdzie całe zło tego świata przeciwstawia się przeciwko. Teraz mam sto procent pewności, że demon właśnie powraca. Głos ma niezmieniony, tak samo niski i chłodny. Przypominam sobie, jak bardzo go nienawidziłam... a teraz nienawidzę jeszcze bardziej.
Dlaczego ma czelność znowu powracać do mojego życia? Czy nie zrobił już wystarczająco dużo?!
  - Mmm... seksowny tyłeczek, nie powiem.
  - Zamknij się, dobrze radzę - dodaje Chris, wyraźnie poirytowany, ale na pewno nie tak jak ja. Ten człowiek zajmuje czołowe miejsce na mojej czarnej liście, nikt nie zadał mi tyle bólu co on. A teraz śmie znowu to robić, znowu sprawiać, że będę cierpieć i pożałuję dnia, kiedy go poznałam.
  Chociaż już żałuję.
  Boję się na niego spojrzeć, zaciskam usta, układając je w wąską, prostą linię. Największy koszmar mojego życia powraca wprost w idealnym momencie. Przecież powoli wychodzę na prostą, mam dobrą pracę, wszystko wreszcie zaczyna się układać, to aż nazbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Prędzej czy później coś musi się zepsuć i najwyraźniej ten czas nadchodzi właśnie w tym momencie. Świat po raz kolejny przeciwstawia się przeciwko mnie, już zdążyłam poznać to uczucie.
  Christian wlepia we mnie swój elektryzujący wzrok, prawdopodobnie widzi, że coś jest ze mną nie tak. Chociaż nie trzeba być specjalnie bystrym, by zauważyć, że potwornie się boję. Aż czuję, jak robię się trupio blada, a z mojej twarzy znikają wszelkie kolory. Dopiero po chwili zbieram się na odwagę, by odwrócić w tył, centralnie na niego.
  Do samego końca łudzę się, że jednak się mylę, że to kompletnie obca osoba o tym samym nazwisku i podobnym głosie... nadzieja matką głupich, mam rację, ale tak bardzo chcę się mylić...
  - Anastasia? - pyta niedowierzająco. Prawie mdleję, a fakt, że chodzę w szpilkach wcale nie ułatwia mi pozostania w pionie. - Anastasia Crawford, nie wierzę! Tyle lat...
  Mój szef podchodzi bliżej, stoimy ramię w ramię. Jest zdziwiony zaistniałą sytuacją. Błagam, byleby tylko ten dupek wszystkiego mu nie wygadał, nie chcę odchodzić. Nikt nie ma prawa dowiedzieć się o moich błędach z młodości. Muszę dopilnować, by zostało to tylko pomiędzy mną, a Carlsonem.
  Mężczyzna zmierza w naszym kierunku, nie udaje mi się odgadnąć jego intencji. Wiem jedynie, że podchodzi centralnie do mojej osoby. Być może pragnie przytulić mnie na powitanie? Nigdy nie pozwolę się mu dotknąć nawet małym palcem! Dlatego też cofam się o pół kroku w tył, chowając za szatynem.
  Brawo, to takie odważne, burczy moja podświadomość, zaintrygowana obserwując zachowanie Brody'ego. On jednak przystaje, śmiejąc się chytrze. Boże, z ponad siedmiu miliardów ludzi na całym globie zsyłasz mi właśnie jego? Czy niewystarczająco już pokutuję za grzechy?
  - Muszę iść, przepraszam - dukam cicho i w pośpiechu opuszczam biuro. Idę najszybciej, jak tylko mogę, byleby być daleko od niego. Człowiek, przez którego tyle wycierpiałam, zniosłam setki upokorzeń, na nowo pojawia się w moim życiu i coś mi mówi, że to nie jedynie chwilowa wizyta. On chce zostać... zostać i zniszczyć wszystko, tak jak te kilka lat temu.
  Oby tylko Christian nie wymagał żadnych wyjaśnień, przecież nie powiem mu, skąd się znamy. W tej chwili nie przychodzi mi do głowy żadne sensowne kłamstwo, które mogłabym mu przedstawić. Znajomy ze studiów? Nie, w NYU pewnie nigdy nawet nie słyszeli o człowieku, jakim jest Brody Carlson. Tak bardzo pragnę być na ich miejscu, to moje jedyne marzenie.
  Mijam ludzi na korytarzach, nawet na nich nie patrząc. Nie obchodzi mnie już nic, po prostu chcę znaleźć miejsce, gdzie będę mogła choć na chwilę zostać sama. Kroki kieruję do windy, po czym zjeżdżam na dół. Nikogo nie ma, lecz nie pozwalam sobie na okazanie choć cny słabości. Pozostaję silna. Niestety, tylko na zewnątrz, bo w środku jestem już całkowitym wrakiem.
  Musiał się tu pojawić, po prostu musiał! Dlaczego? Czy naprawdę tak pragnie mnie zniszczyć? Tyle mu dałam... tyle przez niego straciłam. Nienawidzę się za to.
Od autorki: Z góry przepraszam za ewentualne błędy, rozdział nie był sprawdzany. Obiecuję, że zrobię to w weekend, kiedy będę mieć choć chwilę wolnego czasu. Skomentuję też wszystkie zaległe rozdziały, o to możecie być spokojni :)
Jak wrażenia? Akcja powoli, powoli, ale się rozkręca. Ostrzegam, postać Brody'ego jest bardzo ważna i zagości w opowiadaniu niemal do samego końca. Nigdy nie wpadlibyście na to, co szykuję dla Was za kilka rozdziałów! Mam nadzieję, że - mimo błędów - rozdział wam się podoba, bo ja osobiście jestem z niego całkiem zadowolona. Zawarłam w nim wszystko, co chciałam zawrzeć, więc pozostaje mi tylko czekać na waszą opinię. Pamiętajcie, krytyka jest dobra, ale KONSTRUKTYWNA. "Twój blog jest głupi przestań pisać!". Okay, a co ci się w nim nie podoba? Powiedz mi, być może uda mi się to zmienić!
No tak, rozpisałam się, a fizyka czeka... chyba naprawdę zbyt dużo na siebie wzięłam. Mam w tygodniu DZIESIĘĆ GODZIN JĘZYKA POLSKIEGO! Z czego mogę opuszczać tylko dwie, ponieważ mam w tym samym czasie zajęcia z chemii, angielskiego i geografii (zgadza się, wszystko jednego dnia). Do naszego ojczystego języka potrzebuję aż trzech zeszytów na jeden raz :) Wiem, tak bardzo potrzebne...
Żegnam się już z Wami, czekam na Wasze opinie ♥
Zapomniałabym... rozdział dla Emily Moore. Dziewczyno, kocham cię <3

Lexi ♥

wtorek, 16 września 2014

Two / There is a obstacle to overcome

 
'Le­piej brnąć do przo­du, po­pełniając masę błędów, niż stać w miejscu i nie ro­bić nic'


   Mój pierwszy dzień, okropnie się denerwuję. Znowu czuję się zagubiona, nie wiem, co powinnam zrobić. Zastanawiam się nawet nad zrobieniem kroku w stronę szafy, gdzie wisi mój potencjalny wybór na dzisiaj. Jeśli nie chcę wpaść, nie mogę przecież pokazać się w pracy w krótkich, czarnych spodenkach i różowym topie, sięgającym do połowy brzucha, który poprzedniej nocy służył mi jako piżama. Moje marzenie na tamtą chwilę? Zamknąć się w sypialni z wielkim pojemnikiem popcornu, dobrym filmem na laptopie i nie wychodzić już do końca życia. Tak, perspektywa spędzania czasu w satynowej pościeli wydaje się być dość kusząca, ale to znaczyłoby, że się poddałam. Mam ochotę się rozpłakać, bezsilność mnie przytłacza. Ale łzy były oznaką słabości, tak przynajmniej sądzi moja matka.
   Przed pierwszym dniem już się poddajesz? Jesteś do niczego, moja podświadomość ma pole do popisu, ale nie przejmuję się tym. Jestem odporna na drwiny i uszczypliwości, tego przez całe życie od siebie wymagałam i wymagam nadal.

   Dość. Pójdę tam i pokażę,  że Christian podjął najlepszą decyzję, jaką tylko mógł podjąć. Nie przegram, stawka jest za wysoka.
   Nie byłam jeszcze u Henry’ego, żeby mu podziękować, wczorajszy dzień był wystarczająco zakręcony. Zrobię to dziś, gdy skończę pracę. Mój dług u niego rośnie i rośnie, z każdym dniem. Gdyby to spisywał, lista wyszłaby dłuższa niż cała wysokość Emipire State Building, jestem tego pewna.
Nie jestem już tą samą małolatą, którą byłam parę lat temu. Jestem inna, silniejsza niż wtedy. Lepsza, niż wtedy. A nowa Anastasia nigdy się nie poddaje i zawsze walczy… nawet do upadłego. Jest tylko jeden problem. Tak, za chwilę zabrzmię jak typowa plastikowa lala. Nie mam się w co ubrać. Jestem w kropce. Czego ode mnie oczekują? Czego Chris ode mnie oczekuje? Sekretarka na pewno nie założy jasnych, przedartych szortów i czarnego crop-topu, który teraz wpadł mi w oko. Zwyczajny dres też odpada, to pewne. Decyduję się na coś poważnego, stonowanego, lecz też seksownego. Ubieram biały, koronkowy komplet bielizny, a do moich rąk dostaje się biała sukienka, sięgająca mi niewiele niżej jak połowy uda. Szafirowe szpilki z kilkunastocentymetrowym, złotym obcasem dodają mi wzrostu. Tego samego koloru marynarka opada na moje plecy, podczas gdy każdy z paznokci pomalowanych lakierem idealnie z nią współgra. Podkręcone mam jedynie końcówki włosów, które dzisiaj zostawiam rozpuszczone, by spływały kaskadą po moich ramionach. Jasne cienie do powiek, mascara i błyszczyk do ust dopełniają cały strój, tak samo jak delikatne kolczyki, które wpinam do uszu. Jestem gotowa. Przynajmniej fizycznie, bo ze stanem psychicznym jest u mnie o wiele gorzej.
   Dziękuję Bogu, że mechanik załatwił wszystko wczorajszego popołudnia. Mogę więc bez problemowo jechać do pracy. Spoglądam na swój telefon, siódma trzydzieści siedem. Punkt ósma mam stawić się w biurze Christian’a Brewera, jednego z moich nowych szefów.

   Siódma pięćdziesiąt sześć. Wchodzę do budynku, od razu witam się z miłym spojrzeniem kobiety, siedzącej przy biurku. Nie mam czasu rozejrzeć się po parterze, bo od razu idę do windy. Odwracam się za siebie. Widzę tych wszystkich ludzi – niektórzy w pośpiechu wychodzą, inni dopiero przychodzą do pracy.
   Od dzisiaj jesteś jedną z nich, słyszę w głowie, wciskając odpowiedni przycisk. Drzwi windy zamykają się, ruszam do góry. Dopiero wtedy na moją twarz wkrada się uśmiech. Jestem z siebie zadowolona, coś mi się udało. Wchodzę na piętro, mijając się z kilkoma osobami – zaszczycają mnie powitalnym uśmiechem, ja w odpowiedzi kiwam głową i odwzajemniam ich gest. Widzę ją. Ta sama blondynka, która wczoraj weszła do biura Chris'a. Jeśli nie myli mnie pamięć, ma na imię Rebecca. Jest bardzo ładna, wręcz piękna. Ubrana w miętową sukienkę bez ramiączek do połowy uda i białe szpilki na niebotycznym obcasie, przez co jej nogi wyglądają na jeszcze dłuższe i szczuplejsze, niż są w rzeczywistości.
   Jest zajęta rozmową z jakimś mężczyzną w garniturze, mam szczęście. Nie chcę, żeby mnie zobaczyła, więc szybko idę w odpowiednim kierunku, wczoraj zapamiętałam drogę. Zauważam puste biurko niedaleko z dwoma teczkami na biurku. Za chwilę będzie ono należeć do mnie. Lekko pukam w drzwi, a następnie wchodzę, dostrzegając posturę Christian’a. Ubrany w czarne spodnie, jasną koszulę i lekko rozluźniony krawat, wygląda o wiele więcej niż dobrze. Włosy prezentują się podobnie jak wczoraj – idealnie, wygląda niesamowicie. Widzi mnie, a na jego twarz wstępuje delikatny uśmiech. Unosi głowę znad papierów i wstaje. Podchodzę do niego, ściskając wystawioną ku mnie dłoń.
   - Dzień dobry – mówi, zajmując z powrotem swoje miejsce. Siadam na fotelu naprzeciwko, widząc jak składa ostatni podpis na dokumencie, a następnie całą swoją uwagę poświęca mi.
   - Dzień dobry, panu – odpowiadam, na co się śmieje. Nie mam pojęcia, czemu to robi.
   - Nie. Skoro mamy razem pracować, proponuję przejść na „ty”. Jestem Chris Brewer, żaden ze mnie pan – jest taki rozluźniony i pewny siebie, chciałabym taka być.
   - Anastasia Crawford, ale osobiście preferuję Ana – uśmiecham się, napotykając jego czekoladowe, elektryzujące spojrzenie.
   - A więc, Ana… śpieszę się teraz na spotkanie, ale Dylan, twój drugi szef, zgodził się pokazać ci budynek. Nie ma teraz żadnego spotkania, a on jest ku temu odpowiednią osobą. To, że jesteś moją sekretarką, nie zwalnia cię z wykonywania jego drobnych poleceń. To chyba jasne?
   - Jak słońce – odzywam się szybko. Rozsadza mnie ciekawość, jaki jest wspomniany Dylan. Jeśli taki sam jak Chris, wszystko pójdzie dobrze, ale jeśli całkiem inny? Jeśli od razu postawi na mnie krzyżyk? Nie chcę tego.
   - Jest jeszcze jedna kwestia. Czasami muszę wyjeżdżać na kilka dni, nawet za granicę. Ty w takich sytuacjach musiałabyś mi towarzyszyć, jesteś moją asystentką – dodaje, nie tracąc ze mną kontaktu wzrokowego. Kąciki jego ust drgają, wykrzywiając się w uśmiechu. Szelmowskim, seksownym, zapierającym dech w piersiach uśmiechu.
   Drzwi w pewnej chwili otwierają się, oboje przenosimy na nie wzrok. Staje w nich mężczyzna. Wysoki, przystojny, trzymający w rękach jakieś dokumenty. Ma krótkie włosy, regularne rysy twarzy i uroczy uśmiech, jednak do Christian'a zdecydowanie mu daleko.
   - To Ana, a ja lecę do Henderson. To babsko nienawidzi czekać – stwierdza Brewer z niezadowoleniem, podnosząc się z miejsca i chwytając swoją marynarkę. Robię to, co on, czując na sobie wzrok nieznajomego.
   - Wiesz co? Myślę, że to babsko po prostu nienawidzi ciebie – oponuje, śmiejąc się przy tym. Mój szef obdarza go morderczym spojrzeniem, lecz zaraz też się śmieje. Czyli to jest Dylan? Tak, chyba na to wygląda. – No idź, bo wiesz, jakie to ważne.
   Mija nas, zaszczycając mnie kolejnym uśmiechem i wychodzi w pośpiechu. Zostajemy sami. Mężczyzna wystawia ku mnie rękę, którą ściskam.
   - Dylan Mellark – przedstawia się, ładne imię. – Skoro mam ci pokazać, co i jak, zaczynajmy. Chris wprowadził cię już w zakres obowiązków, prawda?
   - Mniej więcej tak.
   - W takim razie chodźmy – otwiera przede mną drzwi i wychodzimy na korytarz.

   Jedno mogę o nim powiedzieć, to naprawdę miły człowiek. Nie jest typowym biznesmenem – wstrętnym gburem, dla którego liczą się tylko pieniądze, kupno nowego jachtu, odrzutowca, czy własne ego, powiększające się z każdą chwilą. Jest naprawdę miły, zabawny i inteligentny. Nie traktuje mnie jak równą sobie. Nie jak sekretarkę, podwładną czy kogoś gorszego.
   - Nigdy nie pomyślałabym, że pan…
   - Nie pan, po prostu Dylan! – upomina mnie. – Nie lubię, kiedy ktoś z firmy mówi do mnie per pan, to postarza – mruczy niezadowolony, mam ochotę się roześmiać, ale to chyba nie stosowne.
   - A więc, Dylan… nigdy nie pomyślałabym, że zrobisz coś takiego – przyznaję zaskoczona. Z nim naprawdę jest coś nie tak, ale nie jestem pewna czy w tym dobrym sensie. Kto wyrywa się ze spotkania z ważnymi inwestorami z Niemiec i idzie sobie poskakać na spadochronie?! To przecież skrajnie nieodpowiedzialne, mógł narobić problemów całej firmie.
   - Ale widzisz, to jest tak, że zamiast gadać można działać – stwierdza. – Wiem, co myślisz. Współwłaściciel największej korporacji w Nowym Yorku to duże dziecko, ale… jeśli cię to pocieszy, Chris też taki jest. Musisz się z tym pogodzić – śmieję się, ja razem z nim. Coś czuję, że ta praca to coś dla mnie.
   - Chris też? Chyba nie rozumiem.
   - Ja skaczę na spadochronie, a on na bungee… to było urozmaicenie do konferencji. Kto nie chciał, nie skakał. Ale chciał każdy… - mówi, po czym oboje się śmiejemy. – Dobra, jeśli ci powiem więcej, uciekniesz w podskokach, a chcę cię tu zatrzymać.
   - Bez obaw, nie wybieram się nigdzie – zapewniam, gdy wychodzimy z windy i kierujemy się znowu do mojego biurka.
   Dylan za chwilę ma dołączyć do Christian’a i pani Henderson – która, według opowieści Mellarka, naprawdę nie cierpi Brewera – więc nasza mała wycieczka musi się zakończyć. Jednak czeka nas mała niespodzianka. Rebecca.
   Wychodzi z biura mojego pracodawcy, jest rozdrażniona. Od razu swój wzrok kieruje na nas, chyba nie podoba jej się moja obecność. Wczoraj pokrzyżowałam jej plany, więc wątpię, bym przypadła jej do gustu.
   - Gdzie Chris? – pyta obojętnym tonem, jakby Dylan był osobą zupełnie obcą. – Byłam z nim umówiona, a tu go nie ma. Poszedł gdzieś?
   - Na spotkaniu. No wiesz, to się nazywa p r a c a. Słyszałaś kiedykolwiek ten termin? – warczy nieprzyjemnie, a mnie przechodzą dreszcze. – Nie będzie go przez co najmniej godzinę. Wiesz, gdzie jest winda, więc możesz z niej śmiało skorzystać. Trzeba wcisnąć ten szary guziczek z cyfrą zero – instruuje, jakby była małym dzieckiem. Zastanawia mnie tylko, kim jest rzeczona blondynka. Na pierwszy rzut oka widać, że niechęć między nimi jest wręcz namacalna, ale jaki jest tego powód?
   - Przestań, Mellark! Skończyłam dziesięć lat dawno temu, nie jestem małą gówniarą!
   - No właśnie trochę jesteś – mówi przesłodzonym głosem. Kobieta odchodzi z podniesioną głową, po drodze spoglądając na mnie z wyższością.
Myśli, że jest lepsza. I jest.
   - Poznałaś już moją ukochaną Rebeccę? – zmusza się na przyjazny ton, lecz nie brakuje w nim trującego jadu. Najchętniej chyba zrzuciłby tę dziewczynę z okna w swoim biurze. Cóż… nie dziwię mu się.
   - Wczoraj miałam okazję – odpowiadam dość niechętnie. – Kim ona w ogóle jest?
   - Dziewczyna Chris’a – słyszę.
Nie wiem czemu, ale… jestem lekko zawiedziona. Przecież nie mam ku temu powodu! Nie, to na pewno nie to. Po prostu dziwi mnie, że tak miły facet może być z kimś takim jak ona, choć nie znam jej jeszcze zbyt dobrze.
   - A nie lubisz jej, ponieważ… - przerywam, w celu uzyskania odpowiedzi.
   - Jakby to ująć… - chwilę się zastanawia. – Po prostu nie lubię. Tego się nie da racjonalnie wytłumaczyć. To rozkapryszona księżniczka z IQ niższym od przeciętnej czwartoklasistki, ma bogatych rodziców i duże tyły, więc myśli, że wszystko należy do niej. A tak nie jest. Może i jest w miarę normalna, kiedy są sami, bo do mnie zawsze ma jakieś pretensje.
   - Znam ten ból – przypomina mi się wydarzenie sprzed paru lat. Tkwiło w mojej pamięci, żeby dać o sobie znać akurat w tej chwili. Wtedy doskonale wiedziałam, że robię dobrze… ale potem zmieniłam zdanie. To największy błąd w moim życiu.
   - No dobrze, zostawiam cię. Mam nadzieję, że sobie poradzisz, ja muszę lecieć.
Po kilku sekundach już go nie ma, zostaję sama. Spoglądam na biurko i czekające na nim papiery. Siadam na krześle, otwierając jedną teczkę. Uśmiecham się sama do siebie, pierwsze wrażenie chyba wypadło dość dobrze, a moi pracodawcy są naprawdę mili i uprzejmi, choć ich „wyskoki” nie należą zbytnio do tych normalnych.

~*~

   Jestem tu od dwóch godzin. Muszę powiedzieć, że to naprawdę odpowiednie zajęcie. Mimo że świeża absolwentka może mieć z pracą nieco problemów, ja mam jeszcze wsparcie. Jest nim Clarie, sekretarka Dylana. To ta sama rudowłosa, która wczoraj prowadziła mnie do biura Christian’a. Szybko złapałam z nią nić porozumienia, rozumiemy się. Oczywiście nie jest to to samo co z Arianą, moją najlepszą przyjaciółką, ale też daje radę. A propos, muszę dzisiaj ją odwiedzić. Miałam to zrobić wczoraj, ale kompletnie zapomniałam. No, tak samo jak z Henry’m, do niego też powinnam iść i podziękować mu za to wszystko.
   - Nie potrzebujesz pomocy? – pyta Daniels, sącząc kawę i siedząc na moim biurku, gdy zapisuję namiary ostatniego dzwoniącego, by Brewer mógł później wykonać do niego telefon.
   - Nie, jest dobrze. Chyba jakoś mi idzie – zauważam. Nagle kobieta staje na równe nogi, ja również. Nie może powstrzymać śmiechu, a mała garstka osób, przechodzących akurat, nie ma odwagi wydać z siebie dźwięku. Po prostu idą dalej, kiwając głową w stronę niedawno przybyłych Christian’a i Dylana. Ten pierwszy chichocze pod nosem, a drugi… posyła mu krnąbrne spojrzenie i trzyma się za bolące czoło, na którym znajduje się odrobina zaschniętej krwi. Okay, ta firma nie należy do normalnych.
   - Clarie, zrobisz naszemu geniuszowi kawy? – pyta Brewer, a zdenerwowany Mellark śmieje się cynicznie w jego stronę i znika za ścianą, by udać się do swojego biura. Rudowłosa nie wie, co powinna zrobić, więc tylko uśmiecha się i znika. Spoglądam zaskoczonym wzrokiem w stronę swojego szefa. Biorę oddech, chcę coś powiedzieć, ale ostatecznie się powstrzymuję i zaciskam usta.
On jakby od razu odczytuje, o co mi chodzi, co chyba nie jest aż takie trudne.
   - Miał mały wypadek – wyjaśnia. – Nic strasznego, może będzie siniak, ale nic poza tym. Często chodzi rozkojarzony.
Na usta ciśnie mi się jedno pytanie, ale boję się, że jeśli je zadam, ten dzień w pracy będzie jednocześnie moim pierwszym i ostatnim.
Ale, jak to mówią, do odważnych świat należy, czyż nie?
   - Chciałabym o coś zapytać, ale nie jestem pewna, jak zareagujesz – zaczynam. Mężczyzna podszedł do mojego biurka, opierając się o nie.
   - Jakkolwiek bym nie zareagował, pytaj – mówi z uśmiechem.
Znowu to elektryzujące spojrzenie. Boże, to za dużo.
   - Jak to jest, że jesteście przed trzydziestką, prowadzicie największą korporację w Nowym Yorku, a czasami zachowujecie się jak… jak duże dzieci? Nie zrozum mnie źle… Dylan opowiadał mi o waszych… skokach z wysokości - dukam nieśmiało, natychmiast żałując wypowiedzianych słów. Bez żadnych przeszkód może stwierdzić, że go tym obraziłam.
Jednak nie, on tylko się śmieje. Nie powiem, uśmiech też ma zniewalający.
   - Ciężka praca, motywacja i zaangażowanie, to klucz do sukcesu, Ana. Fakt, często mamy jakieś „odchyły”, delikatnie rzecz biorąc oczywiście, ale gdybyśmy byli tacy poważni jak większość tych wszystkich prezesów i dyrektorów… nie wiem, jak to ująć, ale ja osobiście bym zwariował. Jest czas na obowiązki, ale też na chwilę odpoczynku. To odświeża pomysł… zwłaszcza skoki na bungee z ważnymi inwestorami – nie mogę się powstrzymać i również wybucham śmiechem. – Próbowałaś kiedyś?
   - Nie miałam okazji – stwierdzam zgodnie z prawdą. Dla mnie to niebezpieczne i okropnie się tego boję, nie jestem fanką wielkich wysokości.
   - Kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić – odpowiada, zaskakują mnie. Czy on właśnie sugeruje to, co myślę?
   - A właśnie, niejaki Sebastian McKinley dzwonił jakąś godzinę temu – podaję mu karteczkę z nazwiskiem, napisanym adresem i numerem telefonu. – Powiedział, że masz do niego zadzwonić od razu, jak wrócisz. To pilne.
   - Tak, dziękuję. Nie przeszkadzam ci więcej, wracaj do pracy – kończy, uśmiechając się i znika w swoim biurze, podczas gdy ja zajmuję swoje miejsce, bo dźwięk kolejnego telefonu dochodzi do moich uszu.
Od autorki: Rozdział miał być wczoraj, ale naprawdę nie miałam czasu. Sprawdzian, potem do kościoła, a potem znowu do nauki... i tak czas leci do drugiej w nocy. Ale cóż... opłaciło się, pierwsze piątki są, to najważniejsze :) Co do rozdziału, to średnio mi się podoba, zwłaszcza końcówka, ale mam nadzieję, że choć trochę przypadł Wam do gustu.
Chcę poznać Wasze zdanie odnośnie jednej kwestii. Po prawej stronie umieszczone są dwie ankiety, chciałabym, abyście w nich zagłosowali. Jedna do zwyczajne sprawdzanie obecności, a druga dotyczy dość ważnej sprawy. Z góry dziękuję... jak również za cudowne komentarze pod prologiem i pierwszym rozdziałem. Nie miałam pojęcia, że tak Wam się to spodoba, jestem bardzo miło zaskoczona. Ta historia nie skończy się szybko, a rozdziały będą zbliżonej długości do tego, więc chyba dziesięciodniowe (lub czasem dłuższe) odstępy między nimi nie robią zbyt dużej różnicy. Dam Wam od siebie odpocząć :))
Rozdział specjalnie dla Claudii Ok. Kochana, gdyby nie ty, nie wiem, co bym zrobiła! Klikając "TUTAJ" (lub po prostu w odpowiednią podstronę w Menu) możecie zobaczyć nowiutki zwiastun tej historii, oczywiście jej autorstwa.
Do kolejnego rozdziału, szykuję dla Was niespodziankę ♥
Lexi